Miałam już nic nie pisać, ale gula mi skacze i muszę, bo się uduszę. Będzie po kolei, choć miałabym ochotę wyrzygać wszystko na raz. Wkurza mnie niepomiernie to, że Polacy kochają być ekspertami. W zależności od obecnie rozdmuchiwanej przez media afery przenoszą swą wiedzę wszelaką, czerpaną z internetu, układu chmur lub plotek usłyszanych i dopowiedzianych, na coraz to nowe dziedziny i bronią jej, niczym doktoratu, albo i lepiej. Pienią się, plują i rzucają jadem, znając jedynie mały wyrywek, jednak to nie przeszkadza im w dzieleniu się wiedzą wątpliwej jakości. Ale co tam, przecież można się wypowiedzieć i siać ferment. Wkurza mnie wszechobecna propaganda, która pokazuje tylko to, co wzbudzi emocje i najpodlejsze ludzkie instynkty. Bo przecież łatwiej pluć na nauczycieli, którzy żądają kasy, ale już dużo głupiej i niezręcznie byłoby pluć na nich i pomyje wylewać, jakby się tak człowiek dowiedział, że chcą też zniesienia egzaminu na koniec podstawówki i zmiany systemu, żeby te dzieciaki nie dostawały tyle do domu. O kilku innych postulatach nie wspomnę, kto chce, poszuka. Wybitnie działa mi na unerwienie wklejanie pustych frazesów, kopiuj wklej i brak argumentów w dyskusji, bo o czym dyskutować, jak obrazem czy tekst nie ma źródła i w ogóle nie wiadomo o co chodzi, ale udostępnić można, bo to modne.
No dobra, wyplułam się.
A teraz o strajku z mojej strony.
W naszej szkole i tak miało być wolne na czas egzaminów (odbywają się normalnie), więc dotyczył nas tylko poniedziałek i wtorek. W poniedziałek zajrzałam do szkoły, z wychowawczynią Córy siedział jeden chłopak, potem doszła jeszcze dwójka. Mimo, że rodzice byli w domu, dzieciaki zostały. Komentarz zostawię sobie. Razem z nimi do szkoły przyszło 6 uczniów. We wtorek nie przyszedł już nikt. Ja wiem, że mam łatwiej, bo nie pracuję i dla nas w ogóle nie było problemu, choć jakbym pracowała to Osobisty wziąłby opiekę, bo oboje stoimy murem za nauczycielami. Jednak skala nieobecności pokazuje, że jednak się dało. My wykorzystujemy wolne do granic możliwości. Co prawda Syn w poniedziałek i wtorek był w przedszkolu (prywatne, więc nie strajkuje, inaczej by nie poszedł), ale już wczoraj był, bo czemu on ma chodzić, jak nie chodzi ona. Posiedzieliśmy w ogrodzie, wsadziliśmy roślinki, trochę pieliłam, trochę się wygłupialiśmy, pognali do kolegów...
A wczoraj pojechaliśmy do kina. To znaczy kino wyszło przypadkiem, bo akurat wylądowaliśmy niedaleko, sprawdziłam i wybraliśmy Robaczki z zaginionej dżungli. Spodziewałam się śmiesznej historyjki o robaczkach, które wybierają się z misją ratunkową. Pierwszy niepokój zakradł się do serca już w pierwszej sekundzie. Obraz zupełnie nieprzystający do bajki. muzyka też bardzo poruszająca. I mój niepokój okazał się prawdą. Bo zamiast standardowej bajki, śmiesznej, uroczej i nie bardzo zapadającej w pamięć dostaliśmy ambitną, przepiękną opowieść o przyjaźni, miłości, poświęceniu i wartościach. O tym, że czasem jedyne, co możemy zrobić, kochając, to puścić wolno ukochaną osobę. To wszystko bez jednego słowa po polsku, ba, z dwoma zdaniami "po ludzku". Opowieść tkana obrazami, zdecydowanie trudna, długo musiałam im tłumaczyć, co się działo, ale bardzo dużo zrozumieli, po swojemu, ale zrozumieli. W trakcie seansu, z ciężkim sercem, bo mnie się bardzo podobało, zaproponowałam, że możemy wyjść, ale nie chcieli. Dumna z nich jestem. A najlepsze jest to, że nie kłamali, bo w domu dowiedziałam się, że to druga część (tak, tak, jestem szalenie niezorientowana, ale to film z 2013 a wtedy do kina na bajki nie chadzaliśmy) i koniecznie chcą obejrzeć pierwszą.
Dziś za to urządziliśmy sobie warsztaty wielkanocne. Zrobiliśmy całą stertę kartek, choć osobiście mam ochotę urządzić bojkot poczcie, za te ceny, ale Osobisty się śmieje, że przecież nie wyślę kartek paczkomatem ;). Posialiśmy też rzeżuchę. Nigdy nie wiem, kiedy jest na to dobry czas, ale może będzie jakoś wyglądać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 kwietnia 2019
czwartek, 10 stycznia 2019
Shanties 2019
W końcu kupiłam bilety na Shanties 2019. Zakładając, że wcześniej kupowałam, jak tylko były dostępne, a w tej edycji Festiwalu były już 19 grudnia to macie pojęcie o moim czasie.
Bo ja zarobiona jestem :P
Bo ja zarobiona jestem :P
wtorek, 4 grudnia 2018
Czekam na piątek
Nie mam czasu, od zeszłego wtorku biegam, coś załatwiam, coś robię. Zaczęło się od przedstawienia na Dzień Misia i pasowania młodszych dzieci. Z racji bycia w komitecie pojechałam wcześniej, przygotować poczęstunek, znaczy rozłożyć, co zrobił ktoś inny. Potem oczywiście trzeba posprzątać, a ja zawsze zostaję, bo mnie się nie spieszy, a panie dzięki temu wyjdą tą chwilę wcześniej.
Środa to próba Córy, długa, do 19, z przerwą, ale jazda od razu po przedszkolu. Czwartek relaks, moje tańce, choć miałam nie jechać, bo tak mnie głowa bolała, ale jednak się zmusiłam. Stwierdziłam, że chociaż po mieście pochodzę, choć nie wiedziałam, co mówię, bo zimno okropnie.
W piątek byłam umówiona do ginekologa i to na biegu, żeby zdążyć po Córę do szkoły. Na szczęście udało się nie tylko kupić prezent na Mikołajkową Wymianę na jednej grupie, ale też dokupić mikołaje do paczek przedszkolaków. I nawet w domu zdążyłam to schować, zanim po Córę pojechałam.
Sobota znowu tańce, a niedziela to istne szaleństwo.
Syn bardzo chciał obejrzeć Klaksona i spółkę, a Córa Dziadka do orzechów i cztery królestwa. Spojrzeliśmy w sobotę na repertuar i okazało się, że Klaksona grają już tylko raz dziennie. Postanowiliśmy jechać w niedzielę, przed Disneyem. A po drodze zajrzeć do Serenady, gdzie urzęduje Mikołaj. To w ramach niespodzianki dla dzieci, które chciały do Mikołaja gnać do Krynicy, gdzie 8 ma być ognisko na górze Parkowej, Mikołaj, otwarcie Parku Światła itd. I ja bym nawet pojechała, bo to Krynica, ale Córa ma próbę do 12.45, a w niedzielę od 9.35. Nie damy rady fizycznie. Stąd ten Mikołaj z Serenady. Tam też są warsztaty świąteczne, można ozdobić pierniki, zrobić stroik i ozdoby, zrobić sobie zdjęcie z Mikołajem w jego chatce, a potem ruszyć z nim w orszaku. Spędziliśmy tam naprawdę miły czas i u nas już świątecznie. Wcześniejsze kino też już świąteczne, przynajmniej "damska część", bo ja byłam z Córą, a Osobisty z Synem, ale o kinie potem. Po Serenadzie pojechaliśmy na Disney'a na lodzie. Pierwsza połowa niezła, ale czegoś mi brakowało, a może zwyczajnie byłam już zmęczona, choć Król Lew zrobił wrażenie, za to druga - magia. Fenomenalny zamek Elzy, świetny Olaf i przepiękne rybki z Nemo i Dory. Dzieciaki zachwycone, Syn pytał, czemu tak krótko, choć czekał na więcej bajek, które on lubi, ale i tak Mickey, który prowadził całe wydarzenie, zrekompensował mu wszystko.
Do domu wróciliśmy późno, Syn padł po drodze, ale nic dziwnego. Baliśmy się trochę o niego, bo Klakson, jak na bajkę bez ograniczeń dość straszny, ale dał radę. Osobisty nawet był zadowolony z bajki, podobała mu się, uznał, że przesłanie fajne, więc też nie stracił czasu. Za to ja bawiłam się świetnie. Dziadek do orzechów nie jest tym typowym dziadkiem, ma kilka nawiązań, ale tworzy zupełni inną historię. Jest zabawny, ma piękną muzykę, ale czego się spodziewać, jak Muzyka Petipy, i piękne kostiumy. Córa nie mogła oczu oderwać, a ona do tej pory tyko animowane, takich zwykłych, filmowych nie lubiła. Pierwszy raz też zwróciła uwagę na muzykę filmową, ale słyszy te dźwięki na każdej próbie, pewnie dlatego. Słyszałam, że film nijaki, dziwny, ale mnie się podobał. Wszystko działo się tak, jak powinno, nie za szybko, nie za wolno, nie było też za łatwo. Chętnie obejrzę go jeszcze raz.
Wracając do mojego maratonu, wczoraj Syn miał szczepienie, po którym pojechaliśmy do kulek, zamówić urodziny dla dzieciaków, a przecież jak to być w kulkach i do nich nie wejść. Chwila dla mnie, a oni mieli cały plac dla siebie.
Dziś idę na wywiadówkę, a czuję się, jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł, bo w niedzielę zmarzłam w kościele, a potem zmokłam po Disneyu i przeziębienie się przyplątało. Jutro znowu próba, od 15 do 19, z godzinną przerwą, a o 13 dentysta. Tyle, że Osobisty weźmie Syna to będzie łatwiej. W czwartek znowu tańce i wolny piątek. Za to sobota i niedziela wspomniane już próby. Muszę jeszcze porobić za elfa, ale nie wiem kiedy, bo i druga strona zajęta.
wtorek, 2 października 2018
Sanatoryjnie
Jest bosko. Wiem, ludzie narzekają, że pokój mały, że mały telewizor, a pani od szkoły bierze tylko dzieci z książkami, a na świetlicę na godzinę, a wycieczki drogie. I jeszcze trzeba jechać z dziećmi. Ale ja jestem zachwycona. Do południa owszem, mamy sporo chodzenia, bo zabiegi mamy co 20 minut. Potem Córa idzie się uczyć, a Syn na salę zabaw albo ze mną.
Wczoraj była bajka po kolacji, dziś pokaz ratownictwa medycznego, jutro dyskoteka. W niedzielę jedziemy na rejs statkiem, w kolejną do fokarium, zoo i safari. O ile będą osoby, bo na razie jest mało, bo drogo. Tak mówią. A no i jeszcze koncert szant będzie. Dla dzieci niby, ale pani mówi, że tak mało sprzedali biletów, że pewnie będę mogła wejść.
Do tego morze tuż za laskiem, jezioro trochę dalej. Jest pięknie. Dzieci są zachwycone, same biegną na zabiegi, potem na spacery chętnie wychodzą. Pojedzeni, choć tu też słyszałam głosy, że mały wybór. Kiepski turnus się nam trafił. Ja zamierzam korzystać do wypęku. Jak ogarniemy te zabiegi i potem jak dzieci będą się uczyć i bawić, ja będę mieć czas dla siebie. Dziś chwilę byłam nad morzem, ale musiałam się spakować, bo nam zmienili pokój. Bo remont miał być inaczej, jest inaczej. Panowie od remontu znieśli mi walizki, panie pokojowe doniosły to, czego zapomniałam i jest super. Jutro ten czas wykorzystam inaczej.
Wczoraj była bajka po kolacji, dziś pokaz ratownictwa medycznego, jutro dyskoteka. W niedzielę jedziemy na rejs statkiem, w kolejną do fokarium, zoo i safari. O ile będą osoby, bo na razie jest mało, bo drogo. Tak mówią. A no i jeszcze koncert szant będzie. Dla dzieci niby, ale pani mówi, że tak mało sprzedali biletów, że pewnie będę mogła wejść.
Do tego morze tuż za laskiem, jezioro trochę dalej. Jest pięknie. Dzieci są zachwycone, same biegną na zabiegi, potem na spacery chętnie wychodzą. Pojedzeni, choć tu też słyszałam głosy, że mały wybór. Kiepski turnus się nam trafił. Ja zamierzam korzystać do wypęku. Jak ogarniemy te zabiegi i potem jak dzieci będą się uczyć i bawić, ja będę mieć czas dla siebie. Dziś chwilę byłam nad morzem, ale musiałam się spakować, bo nam zmienili pokój. Bo remont miał być inaczej, jest inaczej. Panowie od remontu znieśli mi walizki, panie pokojowe doniosły to, czego zapomniałam i jest super. Jutro ten czas wykorzystam inaczej.
poniedziałek, 10 września 2018
Mordercy
Nie zajęło nam to dużo czasu. Nawet pięć minut nie minęło. Zamordowaliśmy. Nie było co zbierać. Jedna paletka do badmintona jest w stanie agonalnym, drugą dzieci sobie na tyle zreperowały, że są w stanie uczyć się odbijać. Na usprawiedliwienie dodam, że one miały z dwadzieścia lat ;) Nie walimy aż tak mocno, żeby lotką rozerwać żyłkę.
Po 8 latach małżeństwa, ponad 11 bycia razem, wczoraj odkryliśmy, że oboje lubimy grać. On nie proponował, bo uważał, że ja nie bardzo, ja miałam tak samo.
Zostawiłabym to bez komentarza, ale jednak mam. Jak dobrze, że po tylu latach potrafimy się czymś zaskoczyć.
Musimy kupić nowe.
Po 8 latach małżeństwa, ponad 11 bycia razem, wczoraj odkryliśmy, że oboje lubimy grać. On nie proponował, bo uważał, że ja nie bardzo, ja miałam tak samo.
Zostawiłabym to bez komentarza, ale jednak mam. Jak dobrze, że po tylu latach potrafimy się czymś zaskoczyć.
Musimy kupić nowe.
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Tyle się dzieje...
... Że nie bardzo wiem, co napisać, co pominąć, a usiąść przed komputerem rzadko mam czas. Wszystko się zwaliło na raz, nie że źle, ale ogólnie spadło na nas dużo załatwień. Zaczęło się tak naprawdę w piątek, jeszcze ten wcześniejszy, kiedy dostałam telefon, że tata w poniedziałek, 13, ma się stawić w szpitalu na rehabilitację. Ucieszyłam się, bo miał czekać jeszcze miesiąc. W sobotę miałam im zawieźć dzieci, po urodzinach koleżanki z przedszkola i mieli zostać do poniedziałku, kiedy razem zawieziemy dziadka do szpitala. I wiedzieli o tym i byli bardzo zadowoleni. My w niedzielę też wstaliśmy zadowoleni, rowery były w planach i leniwa niedziela. Ta... Leniwa niedziela skończyła się o 8.05, kiedy odebrałam telefon od roztrzęsionej mamy. Jakieś auto zagarażowało jej przed domem. Wypadek, nikomu nic się nie stało, facet obiecał naprawić, poszedł do domu po pomoc, zostawił dowód na znak, że prawdę mówi, ale mama nie wie, co dalej, jak to załatwić, jakby coś. Na sygnale do domu rodziców.
A tam widok, jak z koszmaru, auto na dachu, metr od schodów, wszystko rozbite, słupki betonowe lezą obok, ogrodzenie też, siatka trzyma się ledwo dwóch słupków, kwiatki przeorane, róża pnąca artystycznie uwieszona na grillu samochodowym. Wjechało bokiem, wcześniej tnąc przez łąkę. No nic, chłopaki obiecali wrócić, czekamy. Ale usłużna sąsiadka (świadek) wezwała policję. I się zaczęło, policja jedzie ich szukać, przyjeżdża technik policyjny, a zaraz potem właścicielka samochodu, bo auto nie było tamtych tylko miało być im sprzedane. Kobieta w szoku, karetka, na szczęście nic groźnego i ją wypuszczają, za chwilę straż, bo go trzeba postawić. Cyrk na kółkach. Polisa OC gdzieś pofrunęła w trawę, czy krzaki, tak samo dowód rejestracyjny. Sprawa trafiła do sądu. Na razie zgłosiliśmy do ubezpieczyciela, z własnej strony, bo dom ubezpieczony, policja ma nam dać znać co dalej.
A dom rodziców trafił do internetów.
Zostało pobojowisko, mnóstwo szkła, rozwalony doszczętnie płot, który Osobisty trochę posklejał, żeby pies nie uciekł i kupę zmartwień. Bo niby rodzice mają ubezpieczenie, ale to trwa, do tego ojciec w poniedziałek pojechał do szpitala. Ale z tym też związane było moje jeżdżenie, bo tata w szpitalu, a ja potrzebowałam aktu własności domu i jego podpisu, że mogą przelać na moje konto, bo rodzice nie mają.
A z milszych, choć też drażliwych tematów, wybieraliśmy podłogę na górę. Najpierw myśleliśmy, głównie Osobisty o panelach winylowych. Mnie nie leżały, bo mi się z linoleum kojarzyły, a jak jeszcze mnie chciał przekonać szpitalami, w których są podobne wykładziny, to całkiem spalił temat. Zwykłych się boimy, bo trochę wody i wybrzusza, a nie zawsze się zauważy. Kolejna rzecz, to kolor, bo teraz wszystko w szarościach, a my nie chcemy. I jak już się zdoktoryzowałam na temat paneli winylowych, zwykłych, deski babmusowej (którą chciałam, póki nie poczytałam opinii) i ich możliwościach przewodzenia ciepła, bo przecież podłogówka, to pojechaliśmy po marketach połazić. I w Mrówce znaleźliśmy panele idealne. A potem oglądamy je w domu i mnie się nie podobają. Bo kolor nie ten. Bo jasna deska obok ciemnej. I sęki. Osobisty zwątpił, mówi, że będzie wybierał i dopasowywał, na co z kolei ja wątpię, bo nie będzie wybierał z 50 paczek. Jedziemy do Mrówki. Na żywo wyglądają dobrze, owszem, nie są równo jasne, ale kolory nie są tak drastycznie różne, a i sęki mniej widoczne. Decyzja podjęta, już nic nie sprawdzam.
A wczoraj, w ramach resetu, zapakowaliśmy dzieciakom rowery do bagażnika i pojechaliśmy do Parku Jordana. Oni jeździli w kółko, mają pomarańczowe chorągiewki, to ich widać, a my obie siedliśmy na ławeczce. Obok dwóch panów. Mnie zaimponowali otwartym podejściem, bo jednak można dostać wpierdol, Osobisty udawał, że nie widzi, bo on jest na nie, na szczęście zostawia to dla siebie i nawet nie chciał miejsca zmienić, bo inaczej ja musiałabym zmienić jego. Syn ich nie widział, a miałabym taki piękny obrazek rodzajowy do jego ostatniego pytania z serii życiowych, czyli czemu w naszym głupim kraju nie można kochać chłopaka (w domyśle chłopak chłopaka, bo już mieliśmy o tym kiedyś rozmowę, o ślubach, bo chłopaki w przedszkolu chcą wziąć ślub i tłumaczyłam, że nie w naszym kraju, że głupim dopisał sam).
A na koniec podjechaliśmy blisko lotniska, pooglądać samoloty. Nawet wpadło nam do głowy jechać do Radomia za tydzień, żeby odczarować (ostatnim razem, jak byliśmy, rozbił się samolot), ale zrezygnowaliśmy. Dla nich większą atrakcją będzie Park Jordana i szlifowanie umiejętności (pozbyliśmy się kółek i kijka), niż samoloty. Pojedziemy, jak będą więksi, szczególnie, że to jednak długa trasa, a to ostatni tydzień wakacji. Nie chcę im fundować takiego zmęczenia.
A tam widok, jak z koszmaru, auto na dachu, metr od schodów, wszystko rozbite, słupki betonowe lezą obok, ogrodzenie też, siatka trzyma się ledwo dwóch słupków, kwiatki przeorane, róża pnąca artystycznie uwieszona na grillu samochodowym. Wjechało bokiem, wcześniej tnąc przez łąkę. No nic, chłopaki obiecali wrócić, czekamy. Ale usłużna sąsiadka (świadek) wezwała policję. I się zaczęło, policja jedzie ich szukać, przyjeżdża technik policyjny, a zaraz potem właścicielka samochodu, bo auto nie było tamtych tylko miało być im sprzedane. Kobieta w szoku, karetka, na szczęście nic groźnego i ją wypuszczają, za chwilę straż, bo go trzeba postawić. Cyrk na kółkach. Polisa OC gdzieś pofrunęła w trawę, czy krzaki, tak samo dowód rejestracyjny. Sprawa trafiła do sądu. Na razie zgłosiliśmy do ubezpieczyciela, z własnej strony, bo dom ubezpieczony, policja ma nam dać znać co dalej.
A dom rodziców trafił do internetów.
Zostało pobojowisko, mnóstwo szkła, rozwalony doszczętnie płot, który Osobisty trochę posklejał, żeby pies nie uciekł i kupę zmartwień. Bo niby rodzice mają ubezpieczenie, ale to trwa, do tego ojciec w poniedziałek pojechał do szpitala. Ale z tym też związane było moje jeżdżenie, bo tata w szpitalu, a ja potrzebowałam aktu własności domu i jego podpisu, że mogą przelać na moje konto, bo rodzice nie mają.
A z milszych, choć też drażliwych tematów, wybieraliśmy podłogę na górę. Najpierw myśleliśmy, głównie Osobisty o panelach winylowych. Mnie nie leżały, bo mi się z linoleum kojarzyły, a jak jeszcze mnie chciał przekonać szpitalami, w których są podobne wykładziny, to całkiem spalił temat. Zwykłych się boimy, bo trochę wody i wybrzusza, a nie zawsze się zauważy. Kolejna rzecz, to kolor, bo teraz wszystko w szarościach, a my nie chcemy. I jak już się zdoktoryzowałam na temat paneli winylowych, zwykłych, deski babmusowej (którą chciałam, póki nie poczytałam opinii) i ich możliwościach przewodzenia ciepła, bo przecież podłogówka, to pojechaliśmy po marketach połazić. I w Mrówce znaleźliśmy panele idealne. A potem oglądamy je w domu i mnie się nie podobają. Bo kolor nie ten. Bo jasna deska obok ciemnej. I sęki. Osobisty zwątpił, mówi, że będzie wybierał i dopasowywał, na co z kolei ja wątpię, bo nie będzie wybierał z 50 paczek. Jedziemy do Mrówki. Na żywo wyglądają dobrze, owszem, nie są równo jasne, ale kolory nie są tak drastycznie różne, a i sęki mniej widoczne. Decyzja podjęta, już nic nie sprawdzam.
A wczoraj, w ramach resetu, zapakowaliśmy dzieciakom rowery do bagażnika i pojechaliśmy do Parku Jordana. Oni jeździli w kółko, mają pomarańczowe chorągiewki, to ich widać, a my obie siedliśmy na ławeczce. Obok dwóch panów. Mnie zaimponowali otwartym podejściem, bo jednak można dostać wpierdol, Osobisty udawał, że nie widzi, bo on jest na nie, na szczęście zostawia to dla siebie i nawet nie chciał miejsca zmienić, bo inaczej ja musiałabym zmienić jego. Syn ich nie widział, a miałabym taki piękny obrazek rodzajowy do jego ostatniego pytania z serii życiowych, czyli czemu w naszym głupim kraju nie można kochać chłopaka (w domyśle chłopak chłopaka, bo już mieliśmy o tym kiedyś rozmowę, o ślubach, bo chłopaki w przedszkolu chcą wziąć ślub i tłumaczyłam, że nie w naszym kraju, że głupim dopisał sam).
A na koniec podjechaliśmy blisko lotniska, pooglądać samoloty. Nawet wpadło nam do głowy jechać do Radomia za tydzień, żeby odczarować (ostatnim razem, jak byliśmy, rozbił się samolot), ale zrezygnowaliśmy. Dla nich większą atrakcją będzie Park Jordana i szlifowanie umiejętności (pozbyliśmy się kółek i kijka), niż samoloty. Pojedziemy, jak będą więksi, szczególnie, że to jednak długa trasa, a to ostatni tydzień wakacji. Nie chcę im fundować takiego zmęczenia.
środa, 15 sierpnia 2018
8 lat
Ten post powinien pojawić się wczoraj, ale zdecydowanie nie miałam na to czasu. W związku z tym dziś będzie nie tylko wspomnieniem soboty sprzed 8 lat, ale również opisem.
8 lat temu było tak:

A wczoraj, miało być w domu, razem, bez dzieci, które pojechały na wakacje do babci. Rano miałam tylko załatwić pewne sprawy, pojechać do taty do szpitala, bo jest na rehabilitacji, a potrzebowałam podpis i dostęp do dokumentów, a w południe do dentysty, bo mi się ukruszyła szóstka, przemiły akcent rocznicy ślubu, ale co tam. Na szczęście nie bardzo bolało. Jadę od dentysty, lekko obolała, no dobra, bardzo obolała, a Osobisty do mnie dzwoni z pytaniem, gdzie jestem, bo on wcześniej wychodzi z pracy. Odpowiadam zgodnie z prawdą, a on do mnie, żebym pojechała do domu i ładnie się ubrała. Trochę się oburzyłam, bo ładnie byłam ubrana, ale wiedziałam, że coś kombinuje. Obiecałam do niego przyjechać, bo potem nie na dwa auta i żeby on nie jeździł tam i nazad, busa miałam a 25 minut, więc nawet prysznic wcisnęłam, ciuchy, makijaż i do Krakowa. Najpierw poszliśmy na obiad, a potem porwał mnie dalej, do kina. Przed seansem mieliśmy sporo czasu, więc obejrzeliśmy też łazienki i podłogi w okolicznych marketach.
Chciałam iść na Ant-mana, ale uznał, że niekoniecznie i w efekcie poszliśmy na Mamma Mia Here We go again. Jaki jest film? Na pewno inny, niż pierwsza część, mniej zabawny, choć i tak chwilami parskałam śmiechem. Bardziej nostalgiczny, wzruszający, poruszający do głębi. Niektóre piosenki nie za dobrze dopasowane, ale przejścia między przeszłością, a teraźniejszością mnie osobiście zachwyciły. No i rola numer jeden, pan w budce przy promie - boski. Z kolei Cher mi tam kompletnie nie pasowała, bo sztywna i ogólnie bez polotu, ale ja jej po prostu nie lubię, a do roli się jako tako wpasowała. Choć zdecydowanie lepiej śpiewa, niż gra.
To był naprawdę przemiły dzień, przyjemnie się szło razem, nie patrząc, gdzie dzieci, nie słuchając nudzi mi się. No i w końcu poszliśmy do kina nie na kreskówkę. A wisienką na torcie, która czekała na mnie z samego rana przy łóżku, był tom wierszy zebranych Baczyńskiego. Nie miałam do tej pory żadnego tomiku, choć mnóstwo wierszy w głowie, a tu od razu całość. Przepiękne wydanie.
A teraz przewracamy ósemkę i dążymy do nieskończoności.
8 lat temu było tak:
A wczoraj, miało być w domu, razem, bez dzieci, które pojechały na wakacje do babci. Rano miałam tylko załatwić pewne sprawy, pojechać do taty do szpitala, bo jest na rehabilitacji, a potrzebowałam podpis i dostęp do dokumentów, a w południe do dentysty, bo mi się ukruszyła szóstka, przemiły akcent rocznicy ślubu, ale co tam. Na szczęście nie bardzo bolało. Jadę od dentysty, lekko obolała, no dobra, bardzo obolała, a Osobisty do mnie dzwoni z pytaniem, gdzie jestem, bo on wcześniej wychodzi z pracy. Odpowiadam zgodnie z prawdą, a on do mnie, żebym pojechała do domu i ładnie się ubrała. Trochę się oburzyłam, bo ładnie byłam ubrana, ale wiedziałam, że coś kombinuje. Obiecałam do niego przyjechać, bo potem nie na dwa auta i żeby on nie jeździł tam i nazad, busa miałam a 25 minut, więc nawet prysznic wcisnęłam, ciuchy, makijaż i do Krakowa. Najpierw poszliśmy na obiad, a potem porwał mnie dalej, do kina. Przed seansem mieliśmy sporo czasu, więc obejrzeliśmy też łazienki i podłogi w okolicznych marketach.
Chciałam iść na Ant-mana, ale uznał, że niekoniecznie i w efekcie poszliśmy na Mamma Mia Here We go again. Jaki jest film? Na pewno inny, niż pierwsza część, mniej zabawny, choć i tak chwilami parskałam śmiechem. Bardziej nostalgiczny, wzruszający, poruszający do głębi. Niektóre piosenki nie za dobrze dopasowane, ale przejścia między przeszłością, a teraźniejszością mnie osobiście zachwyciły. No i rola numer jeden, pan w budce przy promie - boski. Z kolei Cher mi tam kompletnie nie pasowała, bo sztywna i ogólnie bez polotu, ale ja jej po prostu nie lubię, a do roli się jako tako wpasowała. Choć zdecydowanie lepiej śpiewa, niż gra.
To był naprawdę przemiły dzień, przyjemnie się szło razem, nie patrząc, gdzie dzieci, nie słuchając nudzi mi się. No i w końcu poszliśmy do kina nie na kreskówkę. A wisienką na torcie, która czekała na mnie z samego rana przy łóżku, był tom wierszy zebranych Baczyńskiego. Nie miałam do tej pory żadnego tomiku, choć mnóstwo wierszy w głowie, a tu od razu całość. Przepiękne wydanie.
A teraz przewracamy ósemkę i dążymy do nieskończoności.
czwartek, 2 sierpnia 2018
Mega wakacyjny tydzień
Ten tydzień upływa nam na maksa wakacyjnie. Zaczęło się w poniedziałek, kiedy pojechaliśmy do kina. Jakbym wiedziała, że Iniemamocni 2 są tak mocni, to zastanawiałabym się, czy zabrać na to dzieci. Nie wiedziałam, zaproponowałam, pojechaliśmy z chrzestną Syna i wyszliśmy bardzo zadowoleni. Córa się darła, Syn trochę się trząsł, ale był zachwycony. Do tego wielki popcorn i lody w KFC. Koniecznie chcę ten film mieć w domowej filmotece. Fajny film akcji, sensacja, choć animowana. Syn sikał prawie w biegu, bo pił, jak smok, a potem dwa razy musiał lecieć. To naprawdę dobra rekomendacja, bo zazwyczaj mu to zajmuje sporo czasu.
Wtorek to znów kino, tym razem Uprowadzona Księżniczka, którą obiecałam w czerwcu, a którą grają już tylko dwa razy dziennie w jednym kinie. A że mieliśmy dwa darmowe bilety, to pognaliśmy. Tym razem bez popcornu, bo w Multikinie dzieciom nie smakuje. Córa znowu się darła, ja się pośmiałam, a Syn uznał, że po Iniemamocnych to taka bajeczka dla dzieci, nie było czego się bać. Przypomnę, że on ma 4,5 roku. Ale to już faktycznie typowa opowieść o ratowaniu niekoniecznie bezbronnej księżniczki, spokojna, chwilami śmieszna, może troszkę straszna, jak coś nagle się pojawiało.. Potem pizza i lody. Dawno nie byłam w tak fajnym lokalu i chyba mam plan na rocznicę ślubu. O której przypomniałam Osobistemu z trzy dni temu, żeby potem nie musieć walić Ferdynandem (u nas nie występuje FOCH - fachowe obciąganie ..., bo co ma mieć nagrodę ;), wiec jest Ferdynand, od Ferdynanda Focha ;) ) A tak to chłop będzie pamiętał, jakby telefon z przypomnieniem zawiódł i będzie miło. Może na Zimną wojnę pójdziemy.
Do rzeczy, bo do przodu wyjechałam. Wczoraj lody i cały dzień w domu, bo upał nieziemski. Zrobiliśmy pizze, którą dojadamy dziś w ramach obiadu. po niej znów lody, a popołudniu idziemy do cyrku. Taki malutki do nas przyjechał, mamy kupony rabatowe, dzieciaki nigdy nie były. Mam nadzieję, że nie padniemy pod tym namiotem.
Dzieciaki miały jutro jechać do babci na parę dni, ale wczoraj zaczęłam im podawać szczepionkę doustną, a moja mama się nie podejmuje, więc przełożyliśmy o tydzień.
Wtorek to znów kino, tym razem Uprowadzona Księżniczka, którą obiecałam w czerwcu, a którą grają już tylko dwa razy dziennie w jednym kinie. A że mieliśmy dwa darmowe bilety, to pognaliśmy. Tym razem bez popcornu, bo w Multikinie dzieciom nie smakuje. Córa znowu się darła, ja się pośmiałam, a Syn uznał, że po Iniemamocnych to taka bajeczka dla dzieci, nie było czego się bać. Przypomnę, że on ma 4,5 roku. Ale to już faktycznie typowa opowieść o ratowaniu niekoniecznie bezbronnej księżniczki, spokojna, chwilami śmieszna, może troszkę straszna, jak coś nagle się pojawiało.. Potem pizza i lody. Dawno nie byłam w tak fajnym lokalu i chyba mam plan na rocznicę ślubu. O której przypomniałam Osobistemu z trzy dni temu, żeby potem nie musieć walić Ferdynandem (u nas nie występuje FOCH - fachowe obciąganie ..., bo co ma mieć nagrodę ;), wiec jest Ferdynand, od Ferdynanda Focha ;) ) A tak to chłop będzie pamiętał, jakby telefon z przypomnieniem zawiódł i będzie miło. Może na Zimną wojnę pójdziemy.
Do rzeczy, bo do przodu wyjechałam. Wczoraj lody i cały dzień w domu, bo upał nieziemski. Zrobiliśmy pizze, którą dojadamy dziś w ramach obiadu. po niej znów lody, a popołudniu idziemy do cyrku. Taki malutki do nas przyjechał, mamy kupony rabatowe, dzieciaki nigdy nie były. Mam nadzieję, że nie padniemy pod tym namiotem.
Dzieciaki miały jutro jechać do babci na parę dni, ale wczoraj zaczęłam im podawać szczepionkę doustną, a moja mama się nie podejmuje, więc przełożyliśmy o tydzień.
piątek, 27 lipca 2018
Lepiej
Zdecydowanie mi lepiej. Zrobiłam dziś maraton po Krakowie, tu miałam coś oddać, tam odebrać, a na koniec pojechaliśmy do groty solnej. O dwie godziny za wcześnie, więc zaliczyliśmy jeszcze plac zabaw. Ugotowałam się, bo z domu wychodziliśmy, jak było szaro, buro i zimno, ale co tam, prysznic po powrocie zdziałał cuda.
I z uchem lepiej.
I Osobisty dziś wraca. Szkoda, że nie obejrzymy razem zaćmienia księżyca, bo on ląduje, jak się skończy, ale pociesza mnie myśl, że choć daleko, to będziemy patrzeć na ten sam księżyc.
I z uchem lepiej.
I Osobisty dziś wraca. Szkoda, że nie obejrzymy razem zaćmienia księżyca, bo on ląduje, jak się skończy, ale pociesza mnie myśl, że choć daleko, to będziemy patrzeć na ten sam księżyc.
poniedziałek, 23 lipca 2018
Odmoczeni
Pogoda nad morzem nas nie rozpieściła. Nie bardzo dało się pomoczyć, bo ledwo dało się opalać. Wróciliśmy więc z wrażeniem niedosytu. I w sobotę, kiedy dzieci prosiły o rozłożenie basenu, wpadłam na pewien pomysł. Zachciało się mi ciepłego basenu, z gwarancją wymoczenia się. Na niedzielę zapowiadali wspaniałą pogodę, więc postanowiliśmy pojechać do Term Bukovina, żeby miło zamknąć urlop Osobistego. On tam kiedyś był, my zazwyczaj Oravice, a ostatnio Szaflary, ale tam podobno fajniej. I faktycznie było super, choć zapowiadane słońce zostało za nami. Tam pochmurno, ledwo chwila słońca. Ale i tak bym się nie poopalała, bo udało mi się jedynie dzieciaki namówić na może minutę leżenia. Tak ciągnęli do wody. Nawet na zjeżdżalnię mnie namówili, choć ja się koszmarnie boję lądowania, bo to jednak do basenu, a ja nie umiem pływać. I boję się nauczyć, a raczej odważyć, bo zasady znam i już, lata temu, pływałam. Ale blokadę w głowie mam i koniec, nie popłynę, bo nie mam podparcia pod ręką. W wodzie siedzieliśmy od 10 do 19, musieliśmy ich na siłę wyjmować na obiad, tu pół godzinna przerwa, a potem już płytki basen, bo nie dali odporu. O 19 ledwo ich wyjęliśmy, ale już mieli wyraźnie dość. My też, a do domu droga daleka.
Jak nie znoszę wody i basenów, tak tam się świetnie bawiłam i nawet rozważam aquaaerobik na naszym basenie. Ktoś ma doświadczenie?
Jak nie znoszę wody i basenów, tak tam się świetnie bawiłam i nawet rozważam aquaaerobik na naszym basenie. Ktoś ma doświadczenie?
środa, 18 lipca 2018
Wakacje ze śmiercią w tle
W tym roku wybraliśmy morze na wakacje. To samo miejsce, co dwa lata temu, ale już nie domki holenderskie, a ośrodek wypoczynkowy. Jednak, jak się jedzie do dziury na końcu świata, wyżywienie we własnym zakresie jest problemem. Inna sprawa, że z wiekiem coraz bardziej doceniam opcję, kiedy ktoś mi pod nos podstawi i weźmie sprzed tego nosa.
Pierwszy raz mnie tknęło, jak wysyłałam potwierdzenia zapłacenia za wczasy do NFZ, żeby nam wtedy terminu nie dali, bo przelew poszedł na diecezję koszalińską, czy jakąś tam, no ale na stronie nic takiego nie pisało, więc odetchnęłam i zapomniałam o sprawie. A na miejscu okazało się, że wszystko prowadzi ksiądz, mieszka w ośrodku i msze są codziennie. Spokojnie, nie było wstawania na jutrznię i śpiewania zdrowasiek. Ksiądz bardzo fajny, pogadał, opowiedział historię tamtego dworku, bo go poprosiłam, pogadał, a potem, jak brakło im kelnerki, poszedł zmywać naczynia. Msza w niedzielę nas ucieszyła, bo nie trzeba było jechać do Sarbinowa, na pozostałe nie trzeba było chodzić. Ośrodek cudowny, plac zabaw, hamaki, miejsce na ognisko, które się nie odbyło, bo miało być w środę, ale wieczorem padało, w czwartek niestety też. Sporo ławek, korty do tenisa, piłkarzyki i stół do tenisa, można było nie wychodzić i dobrze się bawić.
Wyżywienie na miejscu miało jeszcze jedną zaletę - nie jeździliśmy po okolicznych miejscowościach, co oszczędziło nam sporo pieniędzy, ale też czasu, dzięki czemu często byliśmy na plaży, nie było dnia bez piasku, choć pogoda nas nie rozpieściła i opalać się można było może dwa dni, jak się wszystko zbierze. Przy czym padało też niewiele, więc może z kąpieli nici, ale dzieciaki siedziały i kopały dołki, robiły babki, aż pewnego dnia Syn znalazł kamyczek i chciał go wykopać. Godzinę kopaliśmy w czwórkę, woda już nam podeszła pod głaz, a dołu widać nie było. Ku wielkiemu rozczarowaniu Syna, kamyczorka do domu zabrać się nie dało, ale dostarczył rozrywki na trzy dni.
Nad morze jechaliśmy ciągiem, na początku Osobisty, potem ja, więc na plaży byliśmy o 4,30 akurat na wschód słońca. W drodze powrotnej podzieliliśmy trasę na dwie części, z międzylądowanie u Red Soni na noc. W sobotę wieczorem trochę siedzieliśmy, ale niedziela była nasza. Dzieci poszły w las, a my mogliśmy spokojnie posiedzieć. Było naprawdę świetnie, a dzieci, zanim dobrze wyjechaliśmy, już planowały kolejne spotkanie. Czemu my mamy do siebie taki kawał drogi?
Niestety całkiem udane wakacje zostały przytłumione wiadomością, która dotarła do nas w piątek. kolega z pracy Osobistego, z którym dość blisko współpracował, był z nim przed wyjazdem w Turynie i po urlopie znów mieli razem jechać, zginął na wakacjach. Zostawił żonę, 12 letnią córkę, psa i dom w budowie. Piątek mieliśmy naprawdę kiepski, źle się też wracało do takiej rzeczywistości. Najgorsze jest to, że to kolejne wakacje ze śmiercią w tle, bo na poprzednim urlopie dowiedziałam się, że z kolei mój kolega zmarł na zawał.
Ciężko się myśli o śmierci, jak zaczyna kosić ludzi w naszym wieku.
Pierwszy raz mnie tknęło, jak wysyłałam potwierdzenia zapłacenia za wczasy do NFZ, żeby nam wtedy terminu nie dali, bo przelew poszedł na diecezję koszalińską, czy jakąś tam, no ale na stronie nic takiego nie pisało, więc odetchnęłam i zapomniałam o sprawie. A na miejscu okazało się, że wszystko prowadzi ksiądz, mieszka w ośrodku i msze są codziennie. Spokojnie, nie było wstawania na jutrznię i śpiewania zdrowasiek. Ksiądz bardzo fajny, pogadał, opowiedział historię tamtego dworku, bo go poprosiłam, pogadał, a potem, jak brakło im kelnerki, poszedł zmywać naczynia. Msza w niedzielę nas ucieszyła, bo nie trzeba było jechać do Sarbinowa, na pozostałe nie trzeba było chodzić. Ośrodek cudowny, plac zabaw, hamaki, miejsce na ognisko, które się nie odbyło, bo miało być w środę, ale wieczorem padało, w czwartek niestety też. Sporo ławek, korty do tenisa, piłkarzyki i stół do tenisa, można było nie wychodzić i dobrze się bawić.
Wyżywienie na miejscu miało jeszcze jedną zaletę - nie jeździliśmy po okolicznych miejscowościach, co oszczędziło nam sporo pieniędzy, ale też czasu, dzięki czemu często byliśmy na plaży, nie było dnia bez piasku, choć pogoda nas nie rozpieściła i opalać się można było może dwa dni, jak się wszystko zbierze. Przy czym padało też niewiele, więc może z kąpieli nici, ale dzieciaki siedziały i kopały dołki, robiły babki, aż pewnego dnia Syn znalazł kamyczek i chciał go wykopać. Godzinę kopaliśmy w czwórkę, woda już nam podeszła pod głaz, a dołu widać nie było. Ku wielkiemu rozczarowaniu Syna, kamyczorka do domu zabrać się nie dało, ale dostarczył rozrywki na trzy dni.
Nad morze jechaliśmy ciągiem, na początku Osobisty, potem ja, więc na plaży byliśmy o 4,30 akurat na wschód słońca. W drodze powrotnej podzieliliśmy trasę na dwie części, z międzylądowanie u Red Soni na noc. W sobotę wieczorem trochę siedzieliśmy, ale niedziela była nasza. Dzieci poszły w las, a my mogliśmy spokojnie posiedzieć. Było naprawdę świetnie, a dzieci, zanim dobrze wyjechaliśmy, już planowały kolejne spotkanie. Czemu my mamy do siebie taki kawał drogi?
Wschód słońca w Gąskach:
Pleśna, plaża w ciągu dnia:
Wieczorne morze, zachodu żadnego się nie udało złapać, bo było pochmurno:
Kamyczorek w trakcie podkopu
Widok z naszego tarasiku:
Niestety całkiem udane wakacje zostały przytłumione wiadomością, która dotarła do nas w piątek. kolega z pracy Osobistego, z którym dość blisko współpracował, był z nim przed wyjazdem w Turynie i po urlopie znów mieli razem jechać, zginął na wakacjach. Zostawił żonę, 12 letnią córkę, psa i dom w budowie. Piątek mieliśmy naprawdę kiepski, źle się też wracało do takiej rzeczywistości. Najgorsze jest to, że to kolejne wakacje ze śmiercią w tle, bo na poprzednim urlopie dowiedziałam się, że z kolei mój kolega zmarł na zawał.
Ciężko się myśli o śmierci, jak zaczyna kosić ludzi w naszym wieku.
poniedziałek, 4 czerwca 2018
Majówko czerwcówka
To był wspaniały weekend. Przyjechali długo oczekiwani goście i zarówno my, jak i dzieci jesteśmy bardzo zadowoleni. Dość powiedzieć, że w piątek o 22.43 zorientowaliśmy się, że może warto by dzieciaki położyć spać ;) Był grill i ziemniaki z kociołka. W efekcie wywożę dziś mamie połowę ciasta, bo ileż można zjeść.
Był to też czas wspaniałych wieści i jednej wiadomości, nad którą myślę i nie wiem, co zrobić. Ale o tym kiedyś, jak już wykminię, co zrobić.
A dziś została tona prania, na sznurze wisi już 2/3 i wspaniałe wspomnienia. Już się szykujemy do przystanku u nich w drodze nad lub znad morza :)
Był to też czas wspaniałych wieści i jednej wiadomości, nad którą myślę i nie wiem, co zrobić. Ale o tym kiedyś, jak już wykminię, co zrobić.
A dziś została tona prania, na sznurze wisi już 2/3 i wspaniałe wspomnienia. Już się szykujemy do przystanku u nich w drodze nad lub znad morza :)
poniedziałek, 7 maja 2018
To był naprawdę długi week...
Plany mieliśmy zacne. Dzieci co któryś dzień u babci, a my na górze, robimy, ile wlezie, bo przecież większość majówki miało padać.
Oto lista, co poszło nie tak:
1. wełna mineralna i płyty nie przyjechały, bo panu popsuł się samochód
2. babcia dzieci wzięła tylko na jeden dzień pod koniec tygodnia, bo miał być remont z malowaniem lakierami, poza tym mojej mamie sił już nie starcza
3. nie padało
4. nie najlepiej się czułam, bo jakaś chrypa, ból gardła i takie tam, a leczenie szło opornie i z marnym skutkiem.
W związku z powyższym, zrobiliśmy sporo na polu. Ja z doskoku i jak miałam siły, ale i tak sporo. Działka jest wyrównana, posialiśmy więc trawę (leży w nasionkach i czeka na deszcz, bo nie nadążymy z podlewaniem, a przez dzień i tak by je upaliło, zresztą, wody u nas już brakuje). Poprawiliśmy jeden bok kostki wokoło ogródka, Osobisty przywiózł korę i podrzucił pod maliny, chcemy też powiększyć ogród z różami. Z okazji schnięcia na potęgę, przeniosłam jedną rabatkę z kwiatkami na inne miejsce. Wykopaliśmy studnię i na dnie jest nawet trochę wody - zobaczymy na dłuższą metę, czyli jak zacznie padać. No i dokupiliśmy brakujące rzeczy do wentylacji.
Poza tym zrobiliśmy 16 koni na przedstawienie Córy. Trzeba było karton przyczepić do kijka. Klej na gorąco nie dał rady, taker też nie, w końcu Osobisty wziął piankę montażową i to był strzał w dziesiątkę. Po akceptacji głównodowodzącej, czyli pani Ani, nauczycielki tańca, zrobiliśmy tak resztę.
Prócz tego zaliczyliśmy kilka grilli wewnętrznych, czyli sami z sobą, a w sobotę, po tańcach Córy upiekliśmy ziemniaki u moich rodziców. Do tego lody, które nijak na moje gardło nie pomogły i majówkę uważam za zupełnie zmarnowany dobry czas. Zmarnowany, bo nie zrobiliśmy tego, co chcieliśmy, choć Osobisty chwilę był na górze. A dobry, bo jednak sporo rzeczy pokończyliśmy, coś się udało zrobić i przede wszystkim pobyć razem. A to już bezcenne.
A dziś byłam u laryngologa. Zapalenie gardła, krtani, tchawicy i strun głosowych. Czemu tak ostro? Bo nie mam migdałów. Kolejny tydzień lenistwa przede mną ;)
Oto lista, co poszło nie tak:
1. wełna mineralna i płyty nie przyjechały, bo panu popsuł się samochód
2. babcia dzieci wzięła tylko na jeden dzień pod koniec tygodnia, bo miał być remont z malowaniem lakierami, poza tym mojej mamie sił już nie starcza
3. nie padało
4. nie najlepiej się czułam, bo jakaś chrypa, ból gardła i takie tam, a leczenie szło opornie i z marnym skutkiem.
W związku z powyższym, zrobiliśmy sporo na polu. Ja z doskoku i jak miałam siły, ale i tak sporo. Działka jest wyrównana, posialiśmy więc trawę (leży w nasionkach i czeka na deszcz, bo nie nadążymy z podlewaniem, a przez dzień i tak by je upaliło, zresztą, wody u nas już brakuje). Poprawiliśmy jeden bok kostki wokoło ogródka, Osobisty przywiózł korę i podrzucił pod maliny, chcemy też powiększyć ogród z różami. Z okazji schnięcia na potęgę, przeniosłam jedną rabatkę z kwiatkami na inne miejsce. Wykopaliśmy studnię i na dnie jest nawet trochę wody - zobaczymy na dłuższą metę, czyli jak zacznie padać. No i dokupiliśmy brakujące rzeczy do wentylacji.
Poza tym zrobiliśmy 16 koni na przedstawienie Córy. Trzeba było karton przyczepić do kijka. Klej na gorąco nie dał rady, taker też nie, w końcu Osobisty wziął piankę montażową i to był strzał w dziesiątkę. Po akceptacji głównodowodzącej, czyli pani Ani, nauczycielki tańca, zrobiliśmy tak resztę.
Prócz tego zaliczyliśmy kilka grilli wewnętrznych, czyli sami z sobą, a w sobotę, po tańcach Córy upiekliśmy ziemniaki u moich rodziców. Do tego lody, które nijak na moje gardło nie pomogły i majówkę uważam za zupełnie zmarnowany dobry czas. Zmarnowany, bo nie zrobiliśmy tego, co chcieliśmy, choć Osobisty chwilę był na górze. A dobry, bo jednak sporo rzeczy pokończyliśmy, coś się udało zrobić i przede wszystkim pobyć razem. A to już bezcenne.
A dziś byłam u laryngologa. Zapalenie gardła, krtani, tchawicy i strun głosowych. Czemu tak ostro? Bo nie mam migdałów. Kolejny tydzień lenistwa przede mną ;)
czwartek, 19 kwietnia 2018
Delegacja, czyli mamy czwartek. 19.04.1943 - 19.04.2018
Czemu, ach czemu z całego tygodnia delegacje wypadają Osobistemu w czwartek? Znalazłam sobie fajne zajęcia to i on zaczął latać tak, że go w tym czasie nie ma. Przedtem latał maks do środy. Taaa... W związku z tym dziś podrzucam dzieci mamie i jadę na tańce. Chcieli zostać na noc, ale nie chce mi się jutro bladym świtem po nich jechać, żeby zdążyli do przedszkola na sprzątanie świata.
Muszę dziś zrobić reset, bo nie wyrabiam. Lubię mój ogród, lubię grzebać w ziemi, ale na wiosnę jest zawsze taka masa pracy, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. A jeszcze w tym roku zabraliśmy się za równanie kup ziemi, więc dodatkowo trzeba wyzbierać kamienie. Sporo mi jeszcze pracy zostało, ale sporo też za nami, a co najważniejsze, widać to, co robimy i to najbardziej cieszy.
Z frontu budowlanego: mamy zamówioną wełnę mineralną i płyty osb, żeby skończyć poddasze i strych, Osobisty musi pojechać dokupić brakujące części do wentylacji i planujemy ostro działać w długi majowy weekend. Z cięższych rzeczy czeka nas wybór paneli podłogowych. Zdecydowaliśmy się na winylowe, ale jakie - nie mamy pojęcia. Wszystkie wpadają w szarość, a ja nie bardzo chcę. Już i tak mnie przekonali, bo dzieci też tak chcą, żeby zrobić taką samą podłogę na całej górze, bo ja chciałam inne kolory w pokojach. Dopiero bym miała wybierania...
Poza tym, że życie toczy się dalej, że dzień, jak co dzień, to jednak dziś dzień niezwykły. 75 rocznica powstania w getcie warszawskim. Powstanie ludzi, którzy chcieli, by życie toczyło się dalej, by nie kończyło się nagle, za szybko, zbyt brutalnie. Zryw pokazujący ducha w człowieku, zryw pokazujący, że serce jeszcze bije i naród żyje.

Dziś jest też 70 rocznica powstania państwa Izrael, zgodnie z kalendarzem hebrajskim.
Muszę dziś zrobić reset, bo nie wyrabiam. Lubię mój ogród, lubię grzebać w ziemi, ale na wiosnę jest zawsze taka masa pracy, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. A jeszcze w tym roku zabraliśmy się za równanie kup ziemi, więc dodatkowo trzeba wyzbierać kamienie. Sporo mi jeszcze pracy zostało, ale sporo też za nami, a co najważniejsze, widać to, co robimy i to najbardziej cieszy.
Z frontu budowlanego: mamy zamówioną wełnę mineralną i płyty osb, żeby skończyć poddasze i strych, Osobisty musi pojechać dokupić brakujące części do wentylacji i planujemy ostro działać w długi majowy weekend. Z cięższych rzeczy czeka nas wybór paneli podłogowych. Zdecydowaliśmy się na winylowe, ale jakie - nie mamy pojęcia. Wszystkie wpadają w szarość, a ja nie bardzo chcę. Już i tak mnie przekonali, bo dzieci też tak chcą, żeby zrobić taką samą podłogę na całej górze, bo ja chciałam inne kolory w pokojach. Dopiero bym miała wybierania...
Poza tym, że życie toczy się dalej, że dzień, jak co dzień, to jednak dziś dzień niezwykły. 75 rocznica powstania w getcie warszawskim. Powstanie ludzi, którzy chcieli, by życie toczyło się dalej, by nie kończyło się nagle, za szybko, zbyt brutalnie. Zryw pokazujący ducha w człowieku, zryw pokazujący, że serce jeszcze bije i naród żyje.

Dziś jest też 70 rocznica powstania państwa Izrael, zgodnie z kalendarzem hebrajskim.
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Intensywna wiosna
Wiosna oszalała, a ja razem z nią. Sadzę, przesadzam, równam, wybieram nasiona traw i wkurzam się na gryzonie, bo z ponad 30 tulipanów mam 9 o innych stratach nie wspomnę. Taaa...
A wczoraj 22 km w nogach na rowerze z okazji tego, że dzieciaki były u babci. Na rozpoczęcie sezonu. Fajnie tak. Dziś pada, więc zamierzam włączyć sobie jakiś fajny film i poprasować. Jakby mi się tak chciało, jak mi się nie chce.
Kota nie było dwa wieczory. Potem przyszedł, zjadł i poszedł. A w sobotę zjadł, poszedł na łóżko i zszedł z niego rano, wczoraj tak samo. A rano idzie.
A wczoraj 22 km w nogach na rowerze z okazji tego, że dzieciaki były u babci. Na rozpoczęcie sezonu. Fajnie tak. Dziś pada, więc zamierzam włączyć sobie jakiś fajny film i poprasować. Jakby mi się tak chciało, jak mi się nie chce.
Kota nie było dwa wieczory. Potem przyszedł, zjadł i poszedł. A w sobotę zjadł, poszedł na łóżko i zszedł z niego rano, wczoraj tak samo. A rano idzie.
piątek, 23 marca 2018
Czas dla siebie
Wczoraj był całkiem mój dzień. Co prawda dzieci do przedszkola nie poszły, bo coś na brzuch narzekali oboje, ale i tak to był mój dzień. Rano zagraliśmy w grę, a potem zapakowaliśmy się do babci. Oni gotowali obiad, a ja się oddałam w ręce kosmetyczki i półtorej godzinki się masowałam, maseczkowałam i nawilżałam. Przy okazji oczywiście wymiana poglądów.
Potem spokojne zakupy w pięknym słońcu, po dzieci, chwila u rodziców i do domu, bo przecież burleska czeka. Po drodze, prowadząc konferencję małżeńską przez telefon wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać do Krakowa, bo dzieciakom buty do przedszkola się po miesiącu rozwaliły. W domu przesiedliśmy się tylko do jednego auta, zabraliśmy picie dzieciom i w drogę. Szybkie zakupy butów, potem oni do operatora sieci komórkowej, bo nasz radiowy internet częściej wychodzi, niż jest i zmieniliśmy na LTE, a ja na burleskę. Autobusem, jak za studenckich czasów spod Galerii Bronowice pod AGH, oczywiście sławny pęd przez aleje, a potem już spokojnie do szkoły tańca. Kocham Kraków, kocham jego uliczki i nawet powietrze, które trzeba gryźć kocham.
Osobisty z dzieciakami mieli na mnie czekać, umilając sobie czas lodami. To znaczy lody mieli obiecane, jak będą grzeczni w salonie. Prawie go roznieśli.
- Ej, to czemu oni lody dostali, jak mieli być grzeczni, a ja nie, choć nic nie rozniosłam? - rzucam oburzona.
- Bo prawie roznieśli.
- A ja wcale, a nie dostałam
- Bo cię tam nie było, więc nie mogłaś być niegrzeczna.
I dyskutuj tu z takim ;)
Po burlesce zobaczyłam, że dzwoniła kuzynka, z pytaniem, czy nie wpadnę na herbatę. I w ten oto sposób zrobiliśmy sobie spontaniczne spotkanie, dzieciaki się pobawiły i choć dziś ciut niewyspani, to mega zadowoleni.
A, i kupiłam sobie książkę, ale ciiii, bo to czwarta w miesiącu, w którym miałam nie kupować :P
Dajcie sobie pozwolenie na czas dla siebie, na kubek kawy, choćby podłoga się lepiła, na plotki z przyjaciółką, choćby obiad miał być tylko jednodaniowy. Polubcie siebie i dajcie sobie pozwolenie na relaks, na chwilę odpoczynku i nic nie robienia. Często zapominamy, jak ważny jest taki czas, taki reset, choćby pięciominutowy, to nie musi być maraton. Godzina tylko dla nas, naszej przestrzeni, sprawi, że nawet, jak dzień zaczął się o 5, a skończył przed północą, rano wstanie się z uśmiechem na ustach. Tylko trzeba do tego zdrowego egoizmu, bez wyrzutów sumienia.
Potem spokojne zakupy w pięknym słońcu, po dzieci, chwila u rodziców i do domu, bo przecież burleska czeka. Po drodze, prowadząc konferencję małżeńską przez telefon wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać do Krakowa, bo dzieciakom buty do przedszkola się po miesiącu rozwaliły. W domu przesiedliśmy się tylko do jednego auta, zabraliśmy picie dzieciom i w drogę. Szybkie zakupy butów, potem oni do operatora sieci komórkowej, bo nasz radiowy internet częściej wychodzi, niż jest i zmieniliśmy na LTE, a ja na burleskę. Autobusem, jak za studenckich czasów spod Galerii Bronowice pod AGH, oczywiście sławny pęd przez aleje, a potem już spokojnie do szkoły tańca. Kocham Kraków, kocham jego uliczki i nawet powietrze, które trzeba gryźć kocham.
Osobisty z dzieciakami mieli na mnie czekać, umilając sobie czas lodami. To znaczy lody mieli obiecane, jak będą grzeczni w salonie. Prawie go roznieśli.
- Ej, to czemu oni lody dostali, jak mieli być grzeczni, a ja nie, choć nic nie rozniosłam? - rzucam oburzona.
- Bo prawie roznieśli.
- A ja wcale, a nie dostałam
- Bo cię tam nie było, więc nie mogłaś być niegrzeczna.
I dyskutuj tu z takim ;)
Po burlesce zobaczyłam, że dzwoniła kuzynka, z pytaniem, czy nie wpadnę na herbatę. I w ten oto sposób zrobiliśmy sobie spontaniczne spotkanie, dzieciaki się pobawiły i choć dziś ciut niewyspani, to mega zadowoleni.
A, i kupiłam sobie książkę, ale ciiii, bo to czwarta w miesiącu, w którym miałam nie kupować :P
Dajcie sobie pozwolenie na czas dla siebie, na kubek kawy, choćby podłoga się lepiła, na plotki z przyjaciółką, choćby obiad miał być tylko jednodaniowy. Polubcie siebie i dajcie sobie pozwolenie na relaks, na chwilę odpoczynku i nic nie robienia. Często zapominamy, jak ważny jest taki czas, taki reset, choćby pięciominutowy, to nie musi być maraton. Godzina tylko dla nas, naszej przestrzeni, sprawi, że nawet, jak dzień zaczął się o 5, a skończył przed północą, rano wstanie się z uśmiechem na ustach. Tylko trzeba do tego zdrowego egoizmu, bez wyrzutów sumienia.
poniedziałek, 5 marca 2018
Cudowna niedziela
Pogoda wczoraj rozpieszczała, lekki mróz, słońce, zero smogu. Nastawiłam wcześniej na obiad, na szczęście nie jesteśmy typową rodziną, w związku z czym nie musiałam czekać na rosół i już o 12 wychodziliśmy na spacer. Wiedzieliśmy, że mamy czas do 15, kiedy ludzie zaczną palić w piecach i już tak cudownie nie będzie. Kierunek - Wisła, zobaczyć, jak bardzo zamarzła. Po drodze pola, z nawianym śniegiem, dzieciom po kolana, pełna frajda. My jeszcze grzecznie po drodze. Wisła cudowna, dzieciaki chciały się ślizgać i nie bardzo rozumiały, czemu na ślizgawce pod rynną można, a na Wiśle nie, przecież lód, to lód. Ale w końcu wystarczyły im kamyki rzucane na taflę. Osobisty rzucił, chcąc przebić. Rozwalił kamień, lód lekko zarysował.
Potem wałem do domu. Tam też, od północnej strony sporo śniegu. Zeszliśmy wszyscy i urządziliśmy bitwę na śnieżki. Cudownie się było cofnąć w czasie, po prostu się pobawić i pośmiać, strącając śnieg z rzęs. Na koniec walnęłam się w śnieg i zrobiłam aniołka. Trochę mokra pupa, ale radocha ogromna. Dzieciaki cały szlak aniołkowy zrobiły za nami.
Do domu wróciliśmy po prawie trzech godzinach, od razu na polu zdejmowaliśmy buty, bo dzieciaki po drodze błoto znalazły, spodnie i kurtki do prania, a ja do kuchni, bo wszyscy głodni. I tak pół godziny później na stół wjechały muffinki jogurtowo serowe. Większość nie zdążyła wystygnąć ;)
Takie niedziele kocham.
sobota, 24 lutego 2018
Morskie pogody, które prawie sztormem się skończyły
Wczoraj rano wstaliśmy spokojnie i zaczęliśmy się przygotowywać do wyjazdu na pierwszy koncert Shanties 2018 dla dzieci. I zastanawiałam się, jaki tytuł tym razem Klang nadał swojemu występowi, dlatego weszłam na stronę festiwalu. I patrzę dalej i mówię do Osobistego, że nieźle byśmy czasowo popłynęli, jakbyśmy poszli na koncert o 22 w piątek, bo to 30 lecie Mietek Folk i na pewno potrwa. Patrzę dalej, a tam grają Mechanicy. Pełna dziwnych uczuć zerkam na koncert sobotni, tam Mechaników nie ma! A ja w kalendarzu mam zapisaną sobotę, mama umówiona do opieki nad dziećmi na sobotę!
Patrzę na bilety. A tam, jak byk stoi 23 lutego godzina 22. Serce mi przyspieszyło, telefon do mamy, że mi się pomyliło i że dziś ma się zająć dziećmi. A ona mi na to, że ok, ale u nich grypa. Miała nadzieję, że do soboty choć trochę się wykuruje, ale możemy ich przywieźć. Uznałam, że oni i tak mają grypę, więc nic się nie stanie. Przy czym myśleliśmy, gdzie ich można zostawić. No i wyszło, że nigdzie.
Po cudownym koncercie Klangu pojechaliśmy na obiad i do moich rodziców. Syn oczywiście chciał zostać, wszystko było ok aż do wyjścia, gdzie wielki ryk i tulenie się i bęęęędęęęę tęęęęęsknił maaaamoooo... Bosz... Serce się krajało i chciałam już nie jechać, ale dał się przekonać. Z Osobistym pojechaliśmy do domu, a z niego na koncert, już bez wymarzonej kolacji, bo na obiad zjedliśmy tyle, że nie byliśmy w stanie nic zjeść.
Weszliśmy jeszcze, jak trwała próba, a wyszliśmy o 2 w nocy. Kilka razy popłakałam się ze śmiechu. Mietek Folk, Mechanicy Shanty, Zejman i Garkumpel. Starzy wyjadacze, świetni showmani i do tego przyjaciele, którzy opowiadają żarty i anegdoty ze swojego życia, a do tego dogryzają sobie. Plus kilku debiutantów, którzy im do pięt nie dorastają, może się wyrobią. Muzycznie też pięknie, energetycznie przez holenderskich Pyrates na wzór piratów z Karaibów (na stronie piszą, że z Wielkiej Brytani), choć z Osobistym uznaliśmy, że oni bardziej szkoccy, bo tacy skoczni. Fantastyczni.
Na koniec wyszli bardzo dobrzy muzycznie, z pięknymi tekstami, ale balladowi wykonawcy, na rozgonienie imprezy. O 2 w nocy faktycznie zabójstwo. Wyszliśmy z ogromnym niedosytem, a ja z przekonaniem, że nie darowałabym sobie, jakbym poplątała daty.
Do łóżka położyliśmy się po 3, a o 7,30 już dzwonił budzik, bo trzeba było jechać po dzieci i na koncert Zejmana i Garkumpla, drugi dla dzieci. Znów wesoło, głośno, śpiewająco. Z fantastycznymi KrzyKaśkami, które robiły chórki i piękną choreografię.
- Czemu? Śpiewam ci do ucha?
- Tak. A oni to robią lepiej.
I tyle na temat kariery muzycznej.
środa, 21 lutego 2018
Z drżeniem serca...
...patrzę na dzieciaki i termometr, który wczoraj jeszcze osiągał górne rejestry. Szukam objawów choroby, bo jak na razie to są chorzy tylko na gorączkę. Martwię się i zaklinam rzeczywistość.
Taka cudowna ze mnie matka?
Też. Ale główny powód jest inny. W piątek mamy iść na koncert szantowy dla dzieci, w sobotę też, a na sobotę na 22 mamy kupione bilety na koncert dla dorosłych. Wcześniej jakaś kolacja. No i dzieci muszą być zdrowe, no nie mają wyjścia. Już nawet nocowanie u babci zaklepane.
I wyszło szydło z worka. Rozrywka ponad dzieci. Bo czasem trzeba.
Taka cudowna ze mnie matka?
Też. Ale główny powód jest inny. W piątek mamy iść na koncert szantowy dla dzieci, w sobotę też, a na sobotę na 22 mamy kupione bilety na koncert dla dorosłych. Wcześniej jakaś kolacja. No i dzieci muszą być zdrowe, no nie mają wyjścia. Już nawet nocowanie u babci zaklepane.
I wyszło szydło z worka. Rozrywka ponad dzieci. Bo czasem trzeba.
wtorek, 20 lutego 2018
Pozytywnie będzie
Wstałam o 4 rano, przytuliłam się do piecyka na dwóch nogach, ale po półtorej godziny piecyk przestał grzać, więc poszłam do swojego łóżka. Do którego dwadzieścia minut później przyszedł drugi piecyk i zażyczył sobie wody, jeść, bajki i już nie było mowy o śnie. Ale jaki dzień będę miała długi. Pościel sobie wypiorę do reszty, bo wczoraj nie zdążyłam, bo byłam z piecykami u lekarza. A żeby było pozytywnie to pani doktor chętnie wypisze skierowanie do sanatorium, należy się nam spokojnie (z taką historią chorobową to śmiejemy się z Osobistym, że na trzy wyjazdy damy radę), ale w jakiś lepszy dzień, bo wczoraj miała pełno plus opóźnienie. Mamy skierowanie na badanie krwi Córy, Syn robił niedawno, więc będzie akurat.
- Dasz sobie pobrać krew?
- A będzie potem jajko kinder? - pyta mnie moje dziecko, bo Syn dostał w nagrodę.
- Będzie.
Podchodzi do mnie i do ucha:
- A kakao w domu?
Mistrz negocjacji.
A dalej idąc pozytywnie to poleżymy dziś w łóżku, oni obejrzą trylion bajek, a ja sobie poczytam. Bo na więcej sił brak, no, może im też poczytam, choć ostatnio Syn woli, jak Córa mu czyta.
edit 8.02 Jak dobrze, że to moje dziecko jednak wstało. Nie przywitałam pana, który przywiózł nam profile do podwieszanych sufitów w koszuli nocnej. Jedynie lekko rozczochrana.
- Dasz sobie pobrać krew?
- A będzie potem jajko kinder? - pyta mnie moje dziecko, bo Syn dostał w nagrodę.
- Będzie.
Podchodzi do mnie i do ucha:
- A kakao w domu?
Mistrz negocjacji.
A dalej idąc pozytywnie to poleżymy dziś w łóżku, oni obejrzą trylion bajek, a ja sobie poczytam. Bo na więcej sił brak, no, może im też poczytam, choć ostatnio Syn woli, jak Córa mu czyta.
edit 8.02 Jak dobrze, że to moje dziecko jednak wstało. Nie przywitałam pana, który przywiózł nam profile do podwieszanych sufitów w koszuli nocnej. Jedynie lekko rozczochrana.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








