środa, 18 lipca 2018

Wakacje ze śmiercią w tle

W tym roku wybraliśmy morze na wakacje. To samo miejsce, co dwa lata temu, ale już nie domki holenderskie, a ośrodek wypoczynkowy. Jednak, jak się jedzie do dziury na końcu świata, wyżywienie we własnym zakresie jest problemem. Inna sprawa, że z wiekiem coraz bardziej doceniam opcję, kiedy ktoś mi pod nos podstawi i weźmie sprzed tego nosa.
Pierwszy raz mnie tknęło, jak wysyłałam potwierdzenia zapłacenia za wczasy do NFZ, żeby nam wtedy terminu nie dali, bo przelew poszedł na diecezję koszalińską, czy jakąś tam, no ale na stronie nic takiego nie pisało, więc odetchnęłam i zapomniałam o sprawie. A na miejscu okazało się, że wszystko prowadzi ksiądz, mieszka w ośrodku i msze są codziennie. Spokojnie, nie było wstawania na jutrznię i śpiewania zdrowasiek. Ksiądz bardzo fajny, pogadał, opowiedział historię tamtego dworku, bo go poprosiłam, pogadał, a potem, jak brakło im kelnerki, poszedł zmywać naczynia. Msza w niedzielę nas ucieszyła, bo nie trzeba było jechać do Sarbinowa, na pozostałe nie trzeba było chodzić. Ośrodek cudowny, plac zabaw, hamaki, miejsce na ognisko, które się nie odbyło, bo miało być w środę, ale wieczorem padało, w czwartek niestety też. Sporo ławek, korty do tenisa, piłkarzyki i stół do tenisa, można było nie wychodzić i dobrze się bawić.
Wyżywienie na miejscu miało jeszcze jedną zaletę - nie jeździliśmy po okolicznych miejscowościach, co oszczędziło nam sporo pieniędzy, ale też czasu, dzięki czemu często byliśmy na plaży, nie było dnia bez piasku, choć pogoda nas nie rozpieściła i opalać się można było może dwa dni, jak się wszystko zbierze. Przy czym padało też niewiele, więc może z kąpieli nici, ale dzieciaki siedziały i kopały dołki, robiły babki, aż pewnego dnia Syn znalazł kamyczek i chciał go wykopać. Godzinę kopaliśmy w czwórkę, woda już nam podeszła pod głaz, a dołu widać nie było. Ku wielkiemu rozczarowaniu Syna, kamyczorka do domu zabrać się nie dało, ale dostarczył rozrywki na trzy dni.
Nad morze jechaliśmy ciągiem, na początku Osobisty, potem ja, więc na plaży byliśmy o 4,30 akurat na wschód słońca. W drodze powrotnej podzieliliśmy trasę na dwie części, z międzylądowanie u Red Soni na noc. W sobotę wieczorem trochę siedzieliśmy, ale niedziela była nasza. Dzieci poszły w las, a my mogliśmy spokojnie posiedzieć. Było naprawdę świetnie, a dzieci, zanim dobrze wyjechaliśmy, już planowały kolejne spotkanie. Czemu my mamy do siebie taki kawał drogi?


Wschód słońca w Gąskach:


Pleśna, plaża w ciągu dnia:


Wieczorne morze, zachodu żadnego się nie udało złapać, bo było pochmurno:


Kamyczorek w trakcie podkopu


Widok z naszego tarasiku:



Niestety całkiem udane wakacje zostały przytłumione wiadomością, która dotarła do nas w piątek. kolega z pracy Osobistego, z  którym dość blisko współpracował, był z nim przed wyjazdem w Turynie i po urlopie znów mieli razem jechać, zginął na wakacjach. Zostawił żonę, 12 letnią córkę, psa i dom w budowie. Piątek mieliśmy naprawdę kiepski, źle się też wracało do takiej rzeczywistości. Najgorsze jest to, że to kolejne wakacje ze śmiercią w tle, bo na poprzednim urlopie dowiedziałam się, że z kolei mój kolega zmarł na zawał.
Ciężko się myśli o śmierci, jak zaczyna kosić ludzi w naszym wieku.

piątek, 6 lipca 2018

Ku przestrodze

O sprawie adopcji mogłabym długo i na temat, bo nie dość, że po studiach co nieco wiem, to jeszcze posiadam praktyczną wiedzę o dzieciach z domu dziecka, bo tam jakiś czas pracowałam. Jednak jest ktoś, kto zrobił to lepiej, bo w przystępnej formie.

Zapraszam więc dziś na recenzję na książkowym blogu (pewnie, że miło mi będzie, jak polubicie na FB), a potem do sięgnięcia po tą książkę.

Wszystkie pory uczuć Wiosna 

wtorek, 3 lipca 2018

Znowu sami

Poleciał. Niby jutro wraca, ale strasznie mi przykro. Raz za razem. Potem znowu 25, tylko dlatego tak późno, że dla korporacji urlop rzecz święta. Inaczej latałby tydzień w tydzień, dostali zaproszenie z Turynu na cotygodniowe spotkania.

A w piątek rozpoczynamy urlop z prawdziwego zdarzenia, jedziemy nad morze :)