Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Utrzymanka

Dwa razy zmieniałam tytuł, bo najpierw miałam napisać o bezrobociu, potem o nie pracowaniu, ale roboty i pracy to ja mam od groma, więc byłoby to przekłamanie. Z utrzymanką też nie do końca, bo przecież zasiłku na wychowawczym nigdy nie dostawałam, ale okres składkowy się naliczał. Na tą marną emeryturę.
Nie mam furtki bezpieczeństwa, nie mogę uciec, jakby co. Pierwszy most spaliłam zakładając obrączkę na palec, bo wtedy nie da się po prostu wziąć walizki i spokojnie odejść do swojej piaskownicy. Tak, wiem, że z dziećmi to nawet bez ślubu trudno, ale myślę, że jak się rozstaje jak ludzie cywilizowani, to i tak łatwiej, niż za pośrednictwem sądu. Wczoraj zatrzasnęła się furtka ewakuacyjna, od dziś nie jestem nigdzie zatrudniona.

Czy powinnam zacząć obchodzić Walentynki?

środa, 20 grudnia 2017

9 lat

17 grudnia 2008 roku byłam na rozmowie o pracę. Dzień później dostałam odpowiedź twierdzącą.
Dziś była wigilia w pracy. Przed nią podpisałam rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron.

Jadąc po dzieci ryczałam w aucie. Nie za pracą. Za ludźmi w takie dni, jak dziś, w wigilie, które były ponad podziałami. A dziś, wraz ze mną, żegnały się jeszcze dwie osoby.

środa, 13 grudnia 2017

Postanowione

Wczoraj dostałam ostatnie pieniądze z pracy. Tzw karp, czyli dofinansowanie do świąt. Za dwa miesiące będę bezrobotna.
Decyzji nie żałuję, choć dziwnie mi.

środa, 2 sierpnia 2017

Zmotywowana do pisania

Jakiś czas temu odbył się konkurs, którego nie wygrałam. Nic dziwnego, nie zawsze można wygrywać, pogratulowałam i zapomniałam. A rano, wchodzę na FB, a tam moje nazwisko. Wygrałam tamtą książkę, bo ktoś posłużył się plagiatem i został zdyskwalifikowany. Olaboga, co tam się działo. Bo wygrywam co chwila, bo po znajomości i w ogóle zuo, zuem poganiane. Wszystko za moimi plecami, bo sprawa się rypła poprzedniego wieczora. Nawet się moralniaka nabawiłam, chciałam z nagrody rezygnować, ale potem pomyślałam, że to dopiero byłaby woda na młyn, że coś jednak było nie tak i dlatego... No nie dogodzisz.
Wśród głosów potępienia znalazły się jednak również takie, które mnie broniły. Oczywiście redakcja portalu, która również swego dobrego imienia broniła, jak i autorzy, którzy wybierają tam laureatów całkiem subiektywnie. Za mną stanęli też inni uczestnicy konkursy pisząc, że moje odpowiedzi są dobre i zasłużyłam, bo piszę nieźle.
Nie piszę tego, by się chwalić. Piszę z innego powodu. Naczytałam się tego, od ludzi zupełnie obcych, totalnie obiektywnych, którzy z pochwał nie mają nic i na pewno nie piszą tego, by mi humor poprawić po takiej akcji. I ego mi podskoczyło z poziomu minus sto do jakiegoś plus jeden i zaczęłam pisać. Znów. Dzieci poszły do sąsiada, a ja pisałam, dzieci wróciły z sąsiadem, a ja pisałam. Czuję głód liter, przelewania myśli na klawiaturę i coraz bardziej widzę tego sens. Czy się uda przebić, czy się spodoba? Nie wiem. Ale nadzieja już kiełkuje. A słowa płyną wartkim strumieniem.

"(...)czasem leżąc w łóżku, gdy cicho mówiła pacierz, słyszała jego wściekły głos, nawet nie krzyk, ale taki głos, od którego zimno się jej robiło.
- Nawet modlić jej się nie chce. Rozpuszczony smarkacz. Ciężko zgiąć kolana. Do komunii nie pójdzie i wstyd będzie na całą wieś. Diabła pod dachem chowasz.
- Modli się, jak umie. Nie twój interes. Ty do kościoła i spowiedzi latasz co chwilę, a co robisz?
- No co robię, co robię?! O moralność dbam.
- Zamknij się już. O swoją dbaj i mordę trzymaj zamkniętą, bo rzygać mi się chce twoją podwójną moralnością. Na pokaz anioł, męczennik, a w domu diabeł.
Zatkała uszy rękami. Dochodziły do niej stłumione dźwięki, ale przynajmniej nie rozróżniała słów.
- Panie boże, spraw, żeby mnie ktoś adoptował, żebym nie musiała tu mieszkać, żebym nie musiała go słuchać. I pozwól mi zabrać mamusię. I zrób, żebym była grzeczna, żeby nowy tata mnie nie nienawidził.
Często się tak modliła. A potem zaczęła podejrzewać, że może ona nie jest prawdziwą córką taty. Bo jakby tak było, czy nazywałby ją śmieciem i tak bardzo krzyczał o krzywo napisaną literkę?"

czwartek, 29 czerwca 2017

Po, o pracy i książkowo

Dziękuję za kciuki, modlitwy, dobre słowo i wszystko, co kierowaliście pod adresem mojej mamy. Zabieg się udał, jest już w domu, wczoraj ją odebrałam. Czuje się bardzo dobrze, tylko trochę ją boli, ale odpoczywa i jest ok. Do tego dobrali jej, w końcu!!, dobre leki na nadciśnienie i pierwszy raz od kilku miesięcy ma je normalne.

Spotkałam dziś w sklepie koleżankę z pracy i zdążyłam się nabawić wyrzutów sumienia. Siedzi we mnie przekonanie, że trzeba pracować, bo inaczej się jest pasożytem i nic się ze swoim życiem nie robi. Na co dzień wiem, że nie chcę wracać na etat, nie chcę być uwiązana, moim marzeniem jest pisać i zobaczyć, czy komuś to pisanie się spodoba. Nie bez znaczenia jest fakt, że mogę sobie pozwolić na brak pracy. Wiem, że będzie mi bardzo ciężko z myślą, że dzieciaki od rana do późnego popołudnia siedziałyby w świetlicy, która u nas jest wątpliwej jakości, a nawet w przedszkolu bym ich nie chciała trzymać od 6.30 do 15.30. Tak naprawdę to nie podlega dyskusji, instytucja nie jest dla mnie miejscem życia dziecka, tak uważam i nikt mnie nie przekona, że może być inaczej. Możecie oczywiście mi napisać, co myślicie, wiem, że są sytuacje, gdy nie ma wyboru, jednak ja właśnie ten wybór mam. Tylko gdzieś z tyłu głowy jest presja społeczna. Wiem jedno, jeżeli coś się stanie, że będę musiała wracać do pracy, to raczej nie w zawodzie, bo nie utrzymam rodziny, bardziej mi się opłaca iść do sieciówki, z jej świadczeniami i kwotą na umowie. Ot, życie.
Muszę się wziąć ostro do roboty, skończyć to, co mam, sprawdzić, wysłać i pisać kolejną, bo też już mam pomysł i na kilka następnych też. Mam co robić, tylko czasu brakuje, bo jednak przy dzieciach średnio się da, rozpraszają mnie za bardzo. I tu też powstaje temat pracy zawodowej, jak wrócę na etat, będę musiała porzucić pisanie, bo nie będę mieć na nie czasu.

Przeczytałam w tym roku już 30 książek. Wiem, że są ludzie na różnych książkowych stronach, co chwalą się wynikiem pod setkę dochodzącym, ale nie wiem, jak to robią i jak wygląda ich życie. Dla mnie to duża liczba. W liceum czytałam więcej, głównie w wakacje, ale teraz zwyczajnie muszę też robić coś innego. Pamiętam, jak z przyjaciółką czytałyśmy razem, jedną książkę, na zmianę pisząc opowiadanie. Jak ja pisałam, ona czytała (opowieść pisana oczami dwóch bohaterów, jedna pisała jako jeden, druga jako drugi), potem się zamieniałyśmy. Opędzlowałyśmy tak Harrego Pottera. To były fajne czasy.

piątek, 19 czerwca 2015

O niepowrocie do pracy

Zewsząd dochodzą mnie niepokojące informacje zmierzające do jednego punktu: mogę nie mieć gdzie wrócić. Jednostka, tam jednostka, cała firma chwieje się w posadach i od góry, czyli kryzys panie i inny zarządca i tak dalej. Generalnie kasy nie ma, kontrole są, wychodzi na to, że niedługo pracy nie będzie. A fajna była, bo na miejscu. Coś Wam nie pasuje? No właśnie, na miejscu jest jedynym plusem, bo atmosfera taka, że kroić można, a pieniądze to lepiej nie mówić. Na opony do roweru nie zarobię, bo o paliwie to nie mówię. Podwyżek nie było odkąd odeszłam na L4. Pierwsze, czyli 2011, premie obcięli. Źle się dzieje. I doszły mnie słuchy, że mogę musieć zrobić kurs terapeuty zajęciowego. To przeważyło. Nie chcę, jak mam się uczyć, to sobie zrobię terapię pedagogiczną. Co tam, że 1100 za semestr, a tychże 3, a terapeuta 330 za jeden stopień, a mogę robić prawdopodobnie jeden. To jest coś, co mogłabym robić, co poszerzy moją wiedzę podstawową, doda do niej coś, co mi sprawi radość. Ale nie o tym chciałam.
Najpierw złapałam doła, że nie będę miała gdzie wracać, że masakra, bez pracy i tak dalej. Potem doszedł rozum do głosu i sobie pomyślałam, że teraz mnie to nie obchodzi. Mamy co jeść, dom kończymy, owszem, oparło się o kredyt, ale co to 30 tys w kategorii całego domu? Chcemy piekarnik, ok, idziemy, kupujemy, nie na raty, ot tak, wakacje, krótkie, ale zawsze, ok jedziemy. Dzieciaki nie chodzą oberwane i cukierka, jak chcą, kupię. Dobrze mi w domu, kiedy mogę zrobić sobie wszystko spokojnie, a nie na łapu capu po robocie. Mogę usiąść z herbatą na tarasie i zaplanować, że w jesieni kupimy X drzewek, a poza tym to ja chcę marmurowe parapety (to akurat już mam, ale przykład dobry). Więc jeśli chodzi o stronę finansową, to ja do pracy wracać nie muszę. Teraz jeszcze wychodzę parę razy w tygodniu do klubu, więc i spotkanie ludzi jest. A jak ja mam się w pracy męczyć z ludźmi, których nie do końca rozumiem, mam robić coś, co mi nie sprawia satysfakcji i jest robieniem tak, jak się nie powinno, a zmienić tego nie mogę, to ja dziękuję. Nie chcę, zostaję w domu. Na razie do 2017, jak mam wychowawczy. Potem albo przedłużę, albo na spokojnie poszukam pracy. Takiej, jaka będzie mi odpowiadać. Chyba, że moja praca zmieni się w taką, co zmienia to, co zmieniać powinna, a nie uczy stagnacji i nic nie robienie. Wtedy wrócę. I nawet kurs zrobię. A teraz szukam sobie studiów podyplomowych. Może niedługo :) jak się zdecyduję co i czy naprawdę chcę.
Świadomość, że NIE MUSZĘ wracać, jest cudowna. Daje spokój i coś, co nie da się opisać. Dobrze mi z tym uczuciem.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Kura domowa, której dobrze

Kurą domową jestem i dobrze mi z tym. Mam na wszystko czas. Na ugotowanie prostego, ale i wymyślnego dania, posprzątanie, zrobienie prania, pobawienie się z dziećmi i książkę na tarasie. Nie muszę się zastanawiać co pierwsze zrobić po powrocie po pracy. Kiedyś nie chciałam, broniłam się, a brak własnych pieniędzy mi się wydawał katastrofą. Teraz mnie Osobisty postawił do pionu twierdząc, że w domu też pracuję. Fajnego mam tego chłopa pod tym względem. Siedzę więc teraz na utrzymaniu męża i piorę, gotuję, piekę i zajmuję się wszystkim wokoło. I jest mi z tym cudnie.
Prowadzę do tego dość otwarty dom. Ciągle ktoś wpada, a to przyjaciel Osobistego, a to ktoś inny, a to moi przyjaciele. Siłą rzeczy muszę mieć porządek i czysto, żeby nie świecić oczami ze wstydu. Ale na to też mam czas.
Pominę, że przy okazji widzę, jak mój Syn zaczyna różne rzeczy robić, jak zaczyna mówić coraz więcej, jak Córa staje się coraz większą panienką. Bezcenne.
Kura domowa fajnie ma i już.

czwartek, 30 października 2014

Szczęściara

W kolejce do apteki. Syn przysypia mi na ramieniu, nic dziwnego, pora spania dawno minęła, ale u lekarki obsuwa. Całuję w czółko i mówię do niego:
- Co, uśpisz mi się na ramieniu?
Na co pani aptekarka:
- A gdzie mu będzie lepiej, jak nie u mamusi? Ja to tęsknię za czasami, kiedy dzieci się tak do mnie tuliły.
- Pewnie, że u mnie najlepiej, tylko mama i mama - z uśmiechem, bo kocham te jego tulisie. Na to odzywa się starsza pani, która stała za nami.
- Patrzę teraz na mamy i tak mi żal... Człowiek dawniej nie miał tyle czasu, bo praca, robota w domu, ciągle w biegu, a teraz te mamy tak się cieszą, tak mają czas...
- Sporo mam czasu, bo mogę z nimi w domu posiedzieć - odpowiadam.
- To ma pani szczęście.

No, cholera, mam. Mam szczęście, jestem szczęściarą, bo mogę siedzieć z nimi w domu. Taka banalna rozmowa, a tyle wniosła. Mam szczęście, bo nie muszę gnać do pracy, ciągnąć ich do instytucji, zrywać z łóżek. Mam szczęście, bo nie wpadam do domu i nie muszę się zastanawiać, czy pierwsze ich tulić, gotować, prać czy się przebrać. Mam szczęście, bo widzę ich codziennie zmiany. Mam szczęście, bo nie muszę wracać do pracy i nic mnie nie omija. Bo mam czas na tulisie, na radość, na bycie mamą na pełen etat.
Jestem szczęściarą, no...
Walizki spakowane, Peru mi się przejadło. Po tej jednej rozmowie straciło na znaczeniu. Ciężko jest, trudno jest, przed nami ciężkie wybory, ciężkie decyzje i ciężkie rozmowy, ale...
Jestem szczęściarą.

wtorek, 2 września 2014

Jezu, jak się cieszę...

Jak komuś się ze starą piosenką skojarzyło, to źle mu się skojarzyło, bo pełnej kieszeni to ja nie mam i długo mieć nie będę. W czwartek mamy umówioną ekipę do wylewek. To pierwszy powód do radości, bo naprawdę bliżej, niż dalej. Jeden dzień i będą podłogi. Co z tego, że chwilowo ogrzewanie podłogowe mamy nieszczelne i Osobisty nie wie, na którym łączniku... Ech...
Drugi powód do radości to to, że na wadze pokazało się 6 z przodu. Powoli, bo powoli, ale idę w dół, a wczoraj nawet weszłam w spodnie sprzed ciąży z Synem, bo w te sprzed Córy wchodzę bez problemu. Jeszcze do komfortu trochę, ale weszłam.
A co do pełnej kieszeni. Niedługo zostanę bez kasy zupełnie. Macierzyński z końcem listopada się skończy, potem urlop i urlop wychowawczy, bez prawa do zasiłku. Tak, idę na wychowawczy. Zostaję z dzieciakami. Po pierwsze, bo nie mam z kim zostawić Młodego, a całe przedszkole Młodej by mi sporo zeżarło z kasy, bo czesne pełne, a nie godzinowe plus dojazdy... A po drugie, ważniejsze, z Córą byłam długo, Syna nie chcę tego pozbawiać. Kasa rzecz nabyta. Z mniejszą dawaliśmy radę. A widoku, jak rozwija się moje dziecko nikt mi nie wróci. Czas mija w zastraszającym tempie, jeden dzień, to postęp milowy. I ja chcę w nim uczestniczyć.