Jakiś czas temu odbył się konkurs, którego nie wygrałam. Nic dziwnego, nie zawsze można wygrywać, pogratulowałam i zapomniałam. A rano, wchodzę na FB, a tam moje nazwisko. Wygrałam tamtą książkę, bo ktoś posłużył się plagiatem i został zdyskwalifikowany. Olaboga, co tam się działo. Bo wygrywam co chwila, bo po znajomości i w ogóle zuo, zuem poganiane. Wszystko za moimi plecami, bo sprawa się rypła poprzedniego wieczora. Nawet się moralniaka nabawiłam, chciałam z nagrody rezygnować, ale potem pomyślałam, że to dopiero byłaby woda na młyn, że coś jednak było nie tak i dlatego... No nie dogodzisz.
Wśród głosów potępienia znalazły się jednak również takie, które mnie broniły. Oczywiście redakcja portalu, która również swego dobrego imienia broniła, jak i autorzy, którzy wybierają tam laureatów całkiem subiektywnie. Za mną stanęli też inni uczestnicy konkursy pisząc, że moje odpowiedzi są dobre i zasłużyłam, bo piszę nieźle.
Nie piszę tego, by się chwalić. Piszę z innego powodu. Naczytałam się tego, od ludzi zupełnie obcych, totalnie obiektywnych, którzy z pochwał nie mają nic i na pewno nie piszą tego, by mi humor poprawić po takiej akcji. I ego mi podskoczyło z poziomu minus sto do jakiegoś plus jeden i zaczęłam pisać. Znów. Dzieci poszły do sąsiada, a ja pisałam, dzieci wróciły z sąsiadem, a ja pisałam. Czuję głód liter, przelewania myśli na klawiaturę i coraz bardziej widzę tego sens. Czy się uda przebić, czy się spodoba? Nie wiem. Ale nadzieja już kiełkuje. A słowa płyną wartkim strumieniem.
"(...)
czasem leżąc w łóżku, gdy cicho
mówiła pacierz, słyszała jego wściekły głos, nawet nie krzyk, ale taki głos, od
którego zimno się jej robiło.
- Nawet modlić jej się nie chce.
Rozpuszczony smarkacz. Ciężko zgiąć kolana. Do komunii nie pójdzie i wstyd
będzie na całą wieś. Diabła pod dachem chowasz.
- Modli się, jak umie. Nie twój
interes. Ty do kościoła i spowiedzi latasz co chwilę, a co robisz?
- No co robię, co robię?! O
moralność dbam.
- Zamknij się już. O swoją dbaj
i mordę trzymaj zamkniętą, bo rzygać mi się chce twoją podwójną moralnością. Na
pokaz anioł, męczennik, a w domu diabeł.
Zatkała uszy rękami. Dochodziły
do niej stłumione dźwięki, ale przynajmniej nie rozróżniała słów.
- Panie boże, spraw, żeby mnie
ktoś adoptował, żebym nie musiała tu mieszkać, żebym nie musiała go słuchać. I
pozwól mi zabrać mamusię. I zrób, żebym była grzeczna, żeby nowy tata mnie nie
nienawidził.
Często się tak modliła. A potem
zaczęła podejrzewać, że może ona nie jest prawdziwą córką taty. Bo jakby tak
było, czy nazywałby ją śmieciem i tak bardzo krzyczał o krzywo napisaną literkę?"