Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Czynna podglądaczka

Miałam jechać na targ tylko pooglądać. Bo w tamtym tygodniu mama upatrzyła taką biało czerwoną różę w paski i chciałam ją zobaczyć. I surmię też widziała. Nie zabrałam ze sobą dużo pieniędzy. Osobisty mi nie dał, bo przecież jadę obejrzeć. (Ironii w głosie nie słyszałam, znaczy nie chciałam słyszeć) W sumie miał rację. Że mi nie dał. Bo by mi ręce się po ziemi włóczyły. Kupiłam i różę i surmię i jakieś dzwonki, nie wiem, jak się nazywają. Do tego 6 kilo truskawek w skrzynce. Na szczęście najpierw odniosłam większe krzaki do auta (róża jechała na wycieraczce pasażera, a kończyła się na zagłówku fotela pasażera).
No dobra, Osobistemu kupiłam też koszulę. Za całe 20 złotych, na kwiatki wydając 60. Ale koszula z końcówek serii, kiedyś też mu kupiłam i dobrze się trzyma, więc kupiłam kolejną.

A na liście do sanatorium mamy numer 81.


piątek, 8 czerwca 2018

Olśniona

Wczoraj mnie olśniło. Że owszem, mam prezenty dla Pań z przedszkola, dzieci i pani Ani, ale nie mam prezentu od Córy dla pań. A przecież ona kończy i by wypadało, a do końca roku przedszkolnego dwa tygodnie. Stanęło na czekoladkach z napisem dla wszystkich i kwiatach z zakładką, i oczywiście czekoladką, dla wychowawczyni.
Przy okazji wybieraliśmy prezent dla Osobistego na Dzień Taty. Rozważaliśmy koszulkę z napisem Taki tata to skarb, ale stanęło na czymś inny. Potem Wam pokażę, bo niby nie zagląda, ale wiecie, strzeżonego i tak dalej.

Wyglądam, jak dziecko wojny. Podrapane nogi, ręce, jeszcze jakiś siniak się zaplątał. Kończyłam ogródek różany, zakładałam agrowłókninę i sypałam korą, na miejscu, gdzie róże już rosną. I nic nie pomogło tłumaczenie, że ja im robię dobrze, ale sado-maso mnie nie interesuje. Niewdzięcznice.

niedziela, 13 maja 2018

Rozdwojenie

Patrzę na mój ogród i go kocham.
Patrzę na mój ogród i go nienawidzę.

Widzę jego potencjał, widzę krzaczki, które wyrosną i będą piękne, róże, które już zachwycają. I widzę czas, który musi do tego upłynąć.

poniedziałek, 7 maja 2018

To był naprawdę długi week...

Plany mieliśmy zacne. Dzieci co któryś dzień u babci, a my na górze, robimy, ile wlezie, bo przecież większość majówki miało padać.
Oto lista, co poszło nie tak:
1. wełna mineralna i płyty nie przyjechały, bo panu popsuł się samochód
2. babcia dzieci wzięła tylko na jeden dzień pod koniec tygodnia, bo miał być remont z malowaniem lakierami, poza tym mojej mamie sił już nie starcza
3. nie padało
4. nie najlepiej się czułam, bo jakaś chrypa, ból gardła i takie tam, a leczenie szło opornie i z marnym skutkiem.
W związku z powyższym, zrobiliśmy sporo na polu. Ja z doskoku i jak miałam siły, ale i tak sporo. Działka jest wyrównana, posialiśmy więc trawę (leży w nasionkach i czeka na deszcz, bo nie nadążymy z podlewaniem, a przez dzień i tak by je upaliło, zresztą, wody u nas już brakuje). Poprawiliśmy jeden bok kostki wokoło ogródka, Osobisty przywiózł korę i podrzucił pod maliny, chcemy też powiększyć ogród z różami. Z okazji schnięcia na potęgę, przeniosłam jedną rabatkę z kwiatkami na inne miejsce. Wykopaliśmy studnię i na dnie jest nawet trochę wody - zobaczymy na dłuższą metę, czyli jak zacznie padać. No i dokupiliśmy brakujące rzeczy do wentylacji.
Poza tym zrobiliśmy 16 koni na przedstawienie Córy. Trzeba było karton przyczepić do kijka. Klej na gorąco nie dał rady, taker też nie, w końcu Osobisty wziął piankę montażową i to był strzał w dziesiątkę. Po akceptacji głównodowodzącej, czyli pani Ani, nauczycielki tańca, zrobiliśmy tak resztę.
Prócz tego zaliczyliśmy kilka grilli wewnętrznych, czyli sami z sobą, a w sobotę, po tańcach Córy upiekliśmy ziemniaki u moich rodziców. Do tego lody, które nijak na moje gardło nie pomogły i majówkę uważam za zupełnie zmarnowany dobry czas. Zmarnowany, bo nie zrobiliśmy tego, co chcieliśmy, choć Osobisty chwilę był na górze. A dobry, bo jednak sporo rzeczy pokończyliśmy, coś się udało zrobić i przede wszystkim pobyć razem. A to już bezcenne.

A dziś byłam u laryngologa. Zapalenie gardła, krtani, tchawicy i strun głosowych. Czemu tak ostro? Bo nie mam migdałów. Kolejny tydzień lenistwa przede mną ;)

piątek, 20 kwietnia 2018

Zakupy i małżeńskie rozmówki

Osobisty dziś pracował z domu. Odwieźliśmy dzieci do przedszkola, wróciliśmy, a ja marudzę, że nie wiem co z sobą zrobić. Za chwilę mówię mu, że wychodzę. Miałam pojechać po mąkę. Wróciłam z magnolią. No dobra, mąkę też kupiłam.
- Nie wiedziałam co z sobą zrobić, to pojechałam i oto jest - mówię po powrocie.
- To ty weź lepiej coś wymyśl, bo drogie to twoje "nie wiem co z sobą zrobić" - śmieje się ze mnie.
- No co ja poradzę? W ogóle to wszystkie moje zboczenia są na K. Kwiatki, krzaczki, krzewinki, książki, kubki, koty, kiecki, tylko buty mi, kurczę, nie pasują...
- Kierpce.

Parsknęłam śmiechem. W sumie ma rację. I potem jeszcze wpadł na klapeczki i kozaczki :P Tylko jak z k na początku opisać obcasy, to nie wiem ;)

Idę obkosić krzaczki tam, gdzie Osobisty nie dojedzie.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Delegacja, czyli mamy czwartek. 19.04.1943 - 19.04.2018

Czemu, ach czemu z całego tygodnia delegacje wypadają Osobistemu w czwartek? Znalazłam sobie fajne zajęcia to i on zaczął latać tak, że go w tym czasie nie ma. Przedtem latał maks do środy. Taaa... W związku z tym dziś podrzucam dzieci mamie i jadę na tańce. Chcieli zostać na noc, ale nie chce mi się jutro bladym świtem po nich jechać, żeby zdążyli do przedszkola na sprzątanie świata.

Muszę dziś zrobić reset, bo nie wyrabiam. Lubię mój ogród, lubię grzebać w ziemi, ale na wiosnę jest zawsze taka masa pracy, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. A jeszcze w tym roku zabraliśmy się za równanie kup ziemi, więc dodatkowo trzeba wyzbierać kamienie. Sporo mi jeszcze pracy zostało, ale sporo też za nami, a co najważniejsze, widać to, co robimy i to najbardziej cieszy.

Z frontu budowlanego: mamy zamówioną wełnę mineralną i płyty osb, żeby skończyć poddasze i strych, Osobisty musi pojechać dokupić brakujące części do wentylacji i planujemy ostro działać w długi majowy weekend. Z cięższych rzeczy czeka nas wybór paneli podłogowych. Zdecydowaliśmy się na winylowe, ale jakie - nie mamy pojęcia. Wszystkie wpadają w szarość, a ja nie bardzo chcę. Już i tak mnie przekonali, bo dzieci też tak chcą, żeby zrobić taką samą podłogę na całej górze, bo ja chciałam inne kolory w pokojach. Dopiero bym miała wybierania...

Poza tym, że życie toczy się dalej, że dzień, jak co dzień, to jednak dziś dzień niezwykły. 75 rocznica powstania w getcie warszawskim. Powstanie ludzi, którzy chcieli, by życie toczyło się dalej, by nie kończyło się nagle, za szybko, zbyt brutalnie. Zryw pokazujący ducha w człowieku, zryw pokazujący, że serce jeszcze bije i naród żyje.



Dziś jest też 70 rocznica powstania państwa Izrael, zgodnie z kalendarzem hebrajskim.

wtorek, 24 października 2017

Pała z matmy

Dwa lata temu kupiliśmy sporo drzewek, ale nadal nie wszystkie. Mieliśmy dokupić te brakujące i dorobić kolejny rząd. Dokupiliśmy w tamtym roku mirabelkę, od mamy wzięłam trzy nektarynki. Mirabelka weszła w środek, a nektarynki zasiliły nowy rząd. W tym roku zamawialiśmy resztę. Wyszło nam trzynaście, bo państwo nie mieli mirabelki, choć mnie coś za dużo się wydawało. Ale zamówiliśmy, sadzimy... Między bzami, a sadem miało być dużo miejsca. To nie ma. Drzewek miało być 36, jest 42. Miejsca na mirabelkę nie ma. Bo brakło i już. Trzasnęliśmy się o 7 drzewek. A dlaczego? A dlatego, że Osobisty zapamiętał, że mamy dorobić rząd do tamtych, a zapomniał, że ja ten rząd zaczęłam nektarynkami. No cóż. Klęska urodzaju ;)

Niedziela - robimy zakupy, korzystając, że jeszcze nie ma zakazu, bo teraz żywcem nie mamy kiedy. Dzieciaki rozrabiają, jak pijane zające w kapuście, ja przez to ślepnę, nic na półkach nie widzę i skupić się nie mogę. Ale jest! Masło uwidziałam i włożyłam do koszyka 4 sztuki. Osobisty rozpakowuje zakupy w domu. Jedno masło, drugie, trzecie...
- Ile my kupiliśmy maseł? - pyta, bo lodówka z gumy nie jest i mu się nie mieści.
- Włożyłam chyba cztery.
- Super. Bo ja włożyłem sześć. No to mamy zaopatrzenie, jak na wojnę.

A my masło kupujemy takie po 300g. Pierniki się zrobi, akurat chciałam piernikową chatkę :)

czwartek, 12 października 2017

Wspaniały czas razem, czyli jesień w kuchni

Dziś zebrałam kilka moich dyń. Byłam z nich mega dumna, bo jedna ma 5,5 kg i to nie ta największa. A potem dowiedziałam się, że znajoma wyhodowała taką, co ma 24 kg. Ta... Moje są skromniejsze, ale też da się je wykorzystać.


Zasiedliśmy wszyscy do stołu w jadalni, rozłożyliśmy narzędzia i przystąpiliśmy do pracy. Ja obierałam i kroiłam dynię, dzieciaki z Osobistym obierały pomarańcze i wrzucały dynie do garnka. Poszło nam w try miga, a jak teraz pachnie w całym domu... Bajka. Robimy dżem. Jutro pewnie też. I pojutrze ;) bo zużyliśmy tylko jedną dynię ;)

edit: właśnie kończymy kroić trzecią, bo Córa z Osobistym poszła na różaniec (chodzi codziennie i chce, więc chodzimy z nią), a syn oświadczył, że mamy dużo czasu i bierzemy się do roboty.

Lubię tak spędzać z nimi czas. Już razem kładliśmy płytki, montowaliśmy listwy do sufitów podwieszanych, dziś kucharzymy. Naprawdę cenię sobie ten czas, bo rzadko mamy okazję być naprawdę razem, rozmawiać i śmiać się.

wtorek, 3 października 2017

Jesiennie i mój bodyguard

Jesień mnie dopadła. Znaczy to, że zamieniłam się w ptaka grzebiącego, czyli kurę domową w ogródku. Nadrabiam zaległości po chorowaniu i deszczu, czyli plewię trawę, z której już nic nie było widać. Oczywiście też kosiłam trawnik, a jakże. Dodatkowo wczoraj wyjęłam cebule, które wyjąć trzeba, prócz kilku mieczyków, które postanowiły teraz zakwitnąć. A niech mają. Dokupiłam sobie z pięćdziesiąt nowych, muszę im zrobić nowy ogródek, bardziej z przodu domu, bo z tyłu to chyba tylko na radość moim nieulubionym sąsiadom, a to szkoda. Tam to pod płotem posadziłam naparstnice i kąkol, bo to duże i zasłoni ;)
A w ogóle to ja mam swojego bodyguarda, własnego, osobistego. Jak tylko wyjdę na ogród, pojawia się. Siada na ławce i paczy. Nie, nie jest kotem. Jest sąsiadem. Koszę - paczy, plewię - paczy, bawię się z dziećmi - paczy. Brzmi może śmiesznie, ale na dłuższą metę jest mocno irytujące. Już pominę, że Osobisty się ze mnie śmieje, że mi się amant trafił, że hoho. Bałdzo śmieszne, bałdzo...

Kupiłam dziecku mojemu rajstopy. 122/134, kiedy ona ma wzrostu 115. I uwierzycie, że nie weszła? Znaczy weszła, ale krok w kolanach w jednych, w drugich w połowie uda, jedynie jedna para z czterech będzie na już. Pomiędzy sobą różnią się w długości o dziesięć centymetrów!! Muszę je pojechać oddać i kupić jej... 140? 146? Koszmar z tą rozmiarówką.

23 listopada mamy rozprawę sądową w sprawie lusterka.

czwartek, 28 września 2017

Kochane K

Niektóre zakupy kocham. I tak:
Przedwczoraj przyszły klamki, kupiłam sobie kwiatki, w sensie cebulki i książki.
Dobrze mi:)

A dziś będę biegać za kosiarką i to jest to k, którego nie lubię.

czwartek, 14 września 2017

Ups, I did it

Może nie again, ale zrobiłam. Facet od koszenia miał przyjechać, ale coś wypadło, potem znów, a potem znów. Oparło się o jego szefową, przyjechał w sobotę. Akurat przykręcaliśmy schody, dwie śruby i ... już go nie było. Za to był sms, że za wysoko i za mokro i nie da rady. O jak się wkur.. zdenerwowałam się mocno. Kazałam wyjąć naszą małą kosiarkę i opitoliłam, na spółę z Osobistym prawie połowę. Potem się ciemno zrobiło. W poniedziałek chciałam skończyć, ale deszcz mnie zgonił, dokończyłam wczoraj. Bez kosza, jasne, ale zrobiłam. I nie było za mokro, czy za wysoko. Mógł przyjść, zapytać, czy może kosić wyżej, albo bez kosza, zgodzilibyśmy się. A tak wyszło, jak wyszło i liczymy kasę, czy starczy już teraz, a nie w zimie, na traktorek.

Poza tym... Moja mama złamała rękę. Dwie kości blisko nadgarstka. Największym problemem było to, że w sobotę wesele i jak ona będzie wyglądać i kieliszek trzymać ;) czyli nie jest źle.

A ja znów spakowałam Osobistego, zaraz leci  i mam nadzieję, że wróci z piątku na sobotę, bo jestem umówiona do fryzjera. A potem znów wybywa we wtorek i wraca w piątek. Ech. Cóż, bywa. Oczywiście Najlepszy Przyjaciel też wybywa w tym terminie, a w przyszłym tygodniu może przyjść paleta ekogroszku, którą zanabyliśmy drogą wygrania ;) Czas zrobić casting na kolejnego mena :P

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Zielone paskudztwo

Po urlopie przyjechałam i załamałam ręce, bo trawa na urlop nie poszła, a menda poczuła deszcz i urosła, jak głupia. W czwartek, jak w końcu nie polewało co chwilę, wypowiedziałam jej wojnę, czyli wyjęłam kosiarkę. Obkosiłam sobie krzaczki wszystkie, ogródek z różami, dzieciom pod placem zabaw, większość przed domem i część przed tarasem. 4 godzinki roboty. Wszak mamy umowę, że Osobisty świadczy pewnej firmie usługi informatyczne w zamian za ich usługi kosiarką, więc się nie szarpałam na więcej. Jednak okazało się, że kosiarka nie przyjedzie, bo pan ma zajęcie i nie bo nie. A dziś wyszłam na taras i się załamałam, na granicy histerii jestem. Trawa nadaje się do koszenia i to ta, którą kosiłam w czwartek. Rośnie, jak na wiosnę. Pilnie potrzebujemy traktorka, bo ja nie skoszę sama zwykłą kosiarką pół hektara trawy. Patrzę na to zielone paskudztwo i mi się normalnie płakać chce. Ja chcę traktorek! nawet za cenę trzymania go w salonie, bo  garażu na razie stacjonują schody, rowery, kosiarka, wertykulator - aerator i zaraz będzie 11 drzwi. O ile przyjdą, bo miały być 19 sierpnia i jeszcze, ani widu, ani słychu. Czekamy do środy, bo wtedy ma być dostawa.

piątek, 4 sierpnia 2017

Skrzyczana przez ptaki i sama w domu

Z racji tego, że nie zależało, a mama ma zapalenie żył, pojechałam do rodziców i obrałam aronię. Ale się ptaki nade mną darły! Żarełko im obrałam, a wcześniej jeszcze przykryłam firankami ;)
A w domu po pierwsze to sprawdziłam, jak się jeździ na moim nowym rowerku, wczoraj przywiezionym, a potem zabrałam się za szafy. Wczoraj przywieźliśmy meble do pokoju Syna, a że góry jeszcze nie ma, trzeba je było wcisnąć na dół. Zrobiłam więc rewolucję w szafach, upchnęłam ze starych do nowych, starą jedną już Osobisty rozkręcił, drugą rozkręci jutro. I jest więcej miejsca i w ogóle fajniej, bo tamte szafy już straszyły. I jak Osobisty pojechał z dziećmi ćwiczyć jazdę na rowerach (dla dzieci przyjechały przedwczoraj), to zrobiłam przemeblowanie.
Nie napisałam dziś ani słowa, choć zdania przewijają się w głowie.
Padam na pyszczek.
Liczę na masaż ;)

sobota, 29 lipca 2017

Chłop mi dorósł

Leżę w łóżku, przeglądam FB, chłopaki już po śniadaniu i coś tam robili, ale przyszli do mnie, jak się obudziłam. I nagle z moich ust dobywa się jęk, bynajmniej nie rozkoszy. Osobisty pyta, co jest. No to grzecznie zeznaję, że 11 października ma wyjść czwarty Zafon, a ja mam tylko dwa, bo jak był trzeci, to mnie nie było stać na książki, a potem stosik "do kupienia" tylko rósł i było mnie coraz mniej na niego stać i tak zeszło. I wiecie co? Osobisty mi mówi, że może w takim razie on mi będzie kupował na urodziny i inne takie okazje książki. Olśniło go. Po 10 latach dorósł do tej trudnej decyzji. Dobra, kpię sobie z faceta, a tak naprawdę to się cieszę. Mam mu listę zrobić. Się zdziwi, bo prócz dwóch książek Szwai, i dwóch Zafona, jednej Hobb z wymyślonych na szybko, to ja mam całą listę życzeń. Pominę litościwie Eddingsa, bo wszystkie logicznie kosztujące posiadam, a resztą ludzie się chwalą, że mają lub mają je w stanie strasznym. Ale też dopiszę, może będzie miał fart, albo kupi mi na jakimś zagranicznym portalu po angielsku. Ma mi zrobić listę zwrotną i to bez pozycji w stylu: uśmiechnij się i przytul.
A dziś zebrałam paprykę i cukinię i będzie leczo. Pomidory jeszcze mi nie zdążyły dojrzeć. Lubię ten mój ogródek. W poniedziałek planuję fasolkę szparagową. Mniamuśne.

wtorek, 23 maja 2017

Na kaca najlepsza ciężka praca i na ... tęsknotę też

Czas mi tak zapitala, że jest sobota, a potem znów sobota. No dobra, teraz jeszcze zauważam środę, bo też jeździmy na próby i tak będzie do połowy czerwca, gdy odbędzie się zakończenie roku. Na nic nie mam czasu, ogródek zarasta, ja zarastam, szafy wybebeszone... No dobra, ja nie zarastam, bo ciepło i zarośniętym nijak się nie da być, choć ja i bez ciepła nie lubię. Szafa wybebeszona jedna, muszę zrobić porządek Osobistemu, w swojej już zrobiłam wczoraj. Ach, jak cudnie odkryć wszystkie swoje spódnice i bluzki na ramiączkach. Tia.. Dziś taką ubrałam, jak tylko zamachałam Osobistemu białą chusteczką i poszłam do roboty. Co prawda tym razem nie miałam oczu ze Shreka i "nie jedź", ale to dlatego, że denerwuję się sobotnim występem Córy i tym, że Syn nie bardzo chciał dziś do przedszkola. Ale jednak postanowiłam sobie, że jak go nie będzie, to ja rozłożę korę na brzegu, 30 metrów na długość, półtora na szerokość, i pod różami, żeby nie myśleć. Jutro nie mogę, bo jadę do fryzjera, a potem na próbę, w czwartek nie mogę, bo jadę na badania, a potem na kawę się umówiłam, a on wraca już w czwartek popołudniu. To jak wyszłam o 10, to już o 13.10 mogłam wejść pod prysznic, bo skończyłam. Z czerwonymi plecami, ramionami i z nikim, kto by mnie posmarował. Jaka kąpiel w 32 stopniach jest przyjemna ;)
Z przedszkola wracaliśmy dziś z burzą i deszczem w jednym miejscu. W domu sucho. Grzmi, błyska. Nawet parę kropli spadło, ale tak się zebrać nie mogło, że ja zebrałam dzieci i poszliśmy w końcu posiać warzywka. Marchewkę, pietruszkę, dynie, cukinie, ogórki, sałatę kolorową, groszek zielony i fasolkę szparagową. Ciekawe, co z tego wyrośnie ;) pory już rosną i rzodkiewka też.
Plecy mnie bolą, od słońca też, miałam nadzieję na leżak, to słońce ukradli i w ogóle zrobiło się paskudnie. Jutro poodpoczywam u fryzjera. Potem próba, 4 dziewczynki do przebrania w siedem minut ;)
 A w sobotę wielki dzień.  Na Majówce Hrabiny Zofii premiera Śpiącej Królewny z muzyką Czajkowskiego, o godzinie piętnastej. Potem przejazd do nas i planujemy grilla, więc w piątek czeka mnie trochę roboty, żeby coś upiec. Kto ma ochotę? Zapraszamy :) Na oba wydarzenia.

W niedzielę Córa skarżyła się na uszy, wczoraj rano mówi, że kaszle, że boli ją brzuch, nie chce do przedszkola. W drodze do lekarza przyznała, że chciała zostać w domu, a nic jej się nie działo. Mamy umowę, że jak nie będzie chciała iść do przedszkola, czy do szkoły, to niech powie, a nie kombinuje, po co mam się martwić, a potem, w przyszłości kombinować przed nauczycielem "O, tak, była chora, zapomniałam, hahaha, wie pani, starość nie radość, skleroza taka, hahaha". Tia, szybko przyszła ta rozmowa...

10 czerwca mamy Family Day w pracy Osobistego. O 11. A od 9 do 11 mamy próbę generalną na scenie przed występem na koniec roku. 45 minut drogi dalej. Ktoś opanował teleportację? Chętnie się nauczę :P

środa, 29 marca 2017

Uczulenie na leki? Już mnie dotyczy i coś milszego też będzie

W poniedziałek czułam się dość niewyraźnie, katar załapałam, jakieś dreszcze, więc odstawiłam dzieciaki na obiad do przedszkola, zrobiłam, co zrobić miałam, kocyk, Neosine, Galpirin, wapno i herbatka z miodkiem i cytrynką. Taki standardowy zestawik. Książeczka, chusteczki, żyć, nie umierać. No właśnie...
Za jakaś godzinę, może mniej, zaczęły mnie swędzieć oczy, luz, przy katarze norma. Ale w uszach pulsowanie to już nie. Ciśnieniomierz: 130/80. Dla mnie sporo, bo ja zazwyczaj ledwo 110 na 65 wyciągam. Swędzi nadal, coraz bardziej, więc idę do łazienki, cała jestem czerwona. Ciśnienie 140/80 i rośnie. Ochlapałam się zimną wodą, nic. Ciśnienie 160/80, a ja puchnę tak, że nie mogę ustami ruszać. Piszę do Osobistego, czy jakby co, to odbierze dzieci, bo zażyłam leki i coś mi się dzieje. Dzwoni do mnie, że mam jechać do lekarza. Umawiamy się, że idę pod prysznic, zbić ciśnienie, bo nie dojadę do ośrodka w tym stanie. Swędzi!!! Rozebrałam się, cała jestem bordowa, a skóra w bąblach na 3 mm, calusieńka. Opłukałam się, wodą o temperaturze 30 stopni, bo cieplejsza parzyła, zbiłam ciśnienie do 140 i pojechałam. Od razu mnie przyjęli, dali środek na odczulenie i zestaw leków na dwa tygodnie. Wychodziłam według mnie blada i mniej spuchnięta, Osobisty, który się zwyczajnie zebrał i do mnie przyjechał przestraszył się na mój widok. Według niego nawet w ciąży tak nie spuchłam.
Wczoraj byłam jeszcze na drugim zastrzyku, bo nadal swędziało, choć już nie chciałam zerwać rzęs, brwi i włosów na głowie, bo tam było najgorzej. Wiwat depilacja.
Nie wiem, co mnie uczuliło, zażywałam nie raz w takim układzie. Wiem, że jakbym nie zażyła wapna, byłoby jeszcze gorzej i to mnie przeraża, bo byłam sama. Znikąd pomocy, a nawet, to mogłoby być za późno, jakbym puchła do wewnątrz.

Wczoraj za to, jak mnie pokłuli i tyłek mnie bolał, to zabrałam się za oznaczenie krzaczków i przecięcie róż, co przemarzły. Po powrocie Osobistego wzięliśmy wertykulator, przejechaliśmy przód i trawę zasialiśmy. Od razu się przyjemniej zrobiło i widać lepiej, a nie takie trawy wielkie. Dziś sadziłam kwiaty na tarasie, bo dostałam od sąsiadki, a zaraz wsiadam w auto, jadę po dzieci i do mamy po różę pnącą i jakieś coś jeszcze. Widać, że mama już nie daje rady i muszę się wziąć za dwa ogródki, bo serce jej pęknie, jak jej z ogrodu z prawie setką róż zostanie trawnik. Ogarnę, bo muszę, a ruch się przyda, bo waga jakoś nie chce współpracować ze mną ;)

poniedziałek, 13 marca 2017

Zakupowa niedziela

Dzieciaki zakaszlane i zakatarzone. Mogą wychodzić, ale nie na długo i nie do przedszkola, żeby czegoś nie dołapać. Pogoda kiepska łamana na lodowato. Postanowiliśmy więc, że pojedziemy do Leroy Merlin po podstawki do doniczek, doniczki dla storczyków i ziemię dla nich i do Deichmanna, wykorzystać mój kupon urodzinowy.
W Leroy kupiliśmy co zamierzyliśmy plus miednicę do prania (jakoś się jeszcze do tej pory nie dorobiliśmy, pranie wynosiłam w pudle na spinacze) i dwie wierzby. Z tym to śmiesznie było, bo wisząca Iwa z baziami była po 20 złotych i ta kolorowa też. Mnie się podobała ta z baziami, Osobistemu kolorowa. Kupił obie. One już duże, ponad metr mają, więc będzie coś widać.
Później jego nie było, stałam tylko z dziećmi, przeszła koło nas jakaś para i pani mówi: "Zobacz, jaka piękna wierzba!", a on do niej: "i po co ci wierzba?"
Mam fajnego męża ;)
I jeszcze dwie borówki amerykańskie kupiliśmy, bo mieliśmy dwie, ale po zimie jedna wyparowała ;) a one owocują tylko, jak jest więcej, niż jedna. Dziś będziemy sadzić.

W Futurze weszliśmy do Dajara, bo chcemy sobie sztućce dokupić. Szkoda nam używać ślubnego Gerlacha, a te codzienne już nie są takie ładne. Tylko, że te, co mi się podobają, nie nadają się do zmywarki.
Kupiliśmy jeszcze spodnie dla Syna i golf dla Córy, a potem cel podróży, czyli Deichmann. Wyszliśmy z trzema parami butów, z czego poszkodowany wyszedł tylko Syn, bo dla niego nic nie było. Zresztą, tak dokuczał, że już nie było czasu szukać. Osobisty kupił takie pseudo eleganckie, ja klasyczne na obcasie, szerszej szpilce, jak na mnie baaardzo niskiej, a Córa tenisówki. Moje i Córy na ostatnich parach, więc wydaliśmy naprawdę niewiele.

środa, 8 marca 2017

Czuję wiosnę

Każdym kawałkiem ciała czuję wiosnę. Ale nie, że śpiew ptaków, kwiatuszki i drące się koty obsikujące mi dom. Wczoraj po prostu poszłam kilka trawek wyrwać, a przekopałam obie rabatki kwiatowe i obskubałam prawie całą trawę przy kostce. Wyszły mi z tego pełne taczki ogrodowe. Cebulki mam na innej rabatce, więc nie boję się, że sobie gdzieś lilię dziabnę, czy tulipana, który jeszcze nie wychylił główki. Mój ogródek bardziej nadaje się w związku z tym do pokazania komukolwiek. Co prawda sporo pracy jeszcze przede mną, a na razie goła ziemia, ale przebiśniegi i krokusy robią, co mogą, ale mogą niewiele, bo zimno okrutnie.
A w poniedziałek słabo mi się zrobiło na fitnessie. Pierwsze godzina luzik, ale w połowie drugiej zaczęło mi się kręcić w głowie, mroczki przed oczami i ogólnie źle. Wyszłam, posiedziałam chwilę na dole, otrzeźwiło mnie powietrze i pojechałam do domu (ochrzan już za to zebrałam podwójny, więc możecie sobie darować.) Jak mnie Osobisty zobaczył, to myślałam, że sam padnie trupem. Przesadziłam, przyznaję.
A wczoraj znowu moja mama trafiła do szpitala. Jak ja ją mam przekonać do ablacji, to nie wiem, ale muszę.