Pokazywanie postów oznaczonych etykietą delegacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą delegacje. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 lipca 2018
Znowu
Ucho u Córy (na szczęście bez antybiotyku). Znowu.
Osobisty w delegacji. Znowu.
Kurtyna, bo płakać się chce, a nie wypada (bo wczoraj mu wyłam w ramię "Nie jedź, nie zostawiaj mnie z tym samej!!!)
wtorek, 3 lipca 2018
Znowu sami
Poleciał. Niby jutro wraca, ale strasznie mi przykro. Raz za razem. Potem znowu 25, tylko dlatego tak późno, że dla korporacji urlop rzecz święta. Inaczej latałby tydzień w tydzień, dostali zaproszenie z Turynu na cotygodniowe spotkania.
A w piątek rozpoczynamy urlop z prawdziwego zdarzenia, jedziemy nad morze :)
A w piątek rozpoczynamy urlop z prawdziwego zdarzenia, jedziemy nad morze :)
wtorek, 26 czerwca 2018
Samotna noc, samotny dzień
Dzieci pytają, kiedy będzie tata, pragną się przytulić i żeby je ukołysał do snu. Mnie jest zimno, mimo koca i skarpet. Dla mnie tęsknota ma wymiar fizyczny. I nie chodzi mi o to, że musiałam zapalić, żeby woda była. Ja tęsknię namacalnie. Dom jest zimny, cichy, niby swój, a jednak jakiś obcy, każdy dźwięk jest spotęgowany.
Zebrało się, wszystko na raz. W tamtym tygodniu nie było go od wtorku do nocy ze środy na czwartek. Poszło im tak dobrze, że dziś znów wyleciał i wraca w piątek w południe, w przyszłym tygodniu leci znów. Za dwa tygodnie nie leci tylko dlatego, że mamy opłacone wakacje. Po nich... Trudno orzec.
Nie umiem żyć bez faceta, ja muszę się mieć do kogoś przytulić, a kontakt przez skype nie bardzo rekompensuje mi brak obecności. Nie umiem żyć na odległość. I choć czasem mamy dla siebie pięć minut, nim padniemy na pyszczki, to wiem, że on jest, mogę go dotknąć, choćby w przelocie. Przywykłam do jego wyjazdów, już się tak o niego nie boję, pakuję go z zamkniętymi oczami najpóźniej, jak się da. Ale tęsknoty nie udało mi się ujarzmić.
I nawet wieczór z książką już nie cieszy. Wiem, wróci, pobędziemy chwilę razem, w niedzielę planujemy ognisko dla przyjaciół. I cieszy mnie to, ale teraz potrzebuję silnych ramion.
Zebrało się, wszystko na raz. W tamtym tygodniu nie było go od wtorku do nocy ze środy na czwartek. Poszło im tak dobrze, że dziś znów wyleciał i wraca w piątek w południe, w przyszłym tygodniu leci znów. Za dwa tygodnie nie leci tylko dlatego, że mamy opłacone wakacje. Po nich... Trudno orzec.
Nie umiem żyć bez faceta, ja muszę się mieć do kogoś przytulić, a kontakt przez skype nie bardzo rekompensuje mi brak obecności. Nie umiem żyć na odległość. I choć czasem mamy dla siebie pięć minut, nim padniemy na pyszczki, to wiem, że on jest, mogę go dotknąć, choćby w przelocie. Przywykłam do jego wyjazdów, już się tak o niego nie boję, pakuję go z zamkniętymi oczami najpóźniej, jak się da. Ale tęsknoty nie udało mi się ujarzmić.
I nawet wieczór z książką już nie cieszy. Wiem, wróci, pobędziemy chwilę razem, w niedzielę planujemy ognisko dla przyjaciół. I cieszy mnie to, ale teraz potrzebuję silnych ramion.
wtorek, 30 stycznia 2018
Spakowany plecak, walizka
Niby spakowana, a ja tego jego wyjazdu nie czuję. Przywykłam do tego, że co jakiś czas Osobisty leci, ale zawsze kilka dni przed o tym myślałam, teraz wcale, musiałam się mocno pilnować, by go spakować, bo niby po co? Wraca w piątek wieczorem, więc już się umówiłam z mamą, ma zostać z dziećmi, żebym mogła pojechać na burleskę. Dwa tygodnie nie byłam i naprawdę już potrzebuję.
czwartek, 14 września 2017
Ups, I did it
Może nie again, ale zrobiłam. Facet od koszenia miał przyjechać, ale coś wypadło, potem znów, a potem znów. Oparło się o jego szefową, przyjechał w sobotę. Akurat przykręcaliśmy schody, dwie śruby i ... już go nie było. Za to był sms, że za wysoko i za mokro i nie da rady. O jak się wkur.. zdenerwowałam się mocno. Kazałam wyjąć naszą małą kosiarkę i opitoliłam, na spółę z Osobistym prawie połowę. Potem się ciemno zrobiło. W poniedziałek chciałam skończyć, ale deszcz mnie zgonił, dokończyłam wczoraj. Bez kosza, jasne, ale zrobiłam. I nie było za mokro, czy za wysoko. Mógł przyjść, zapytać, czy może kosić wyżej, albo bez kosza, zgodzilibyśmy się. A tak wyszło, jak wyszło i liczymy kasę, czy starczy już teraz, a nie w zimie, na traktorek.
Poza tym... Moja mama złamała rękę. Dwie kości blisko nadgarstka. Największym problemem było to, że w sobotę wesele i jak ona będzie wyglądać i kieliszek trzymać ;) czyli nie jest źle.
A ja znów spakowałam Osobistego, zaraz leci i mam nadzieję, że wróci z piątku na sobotę, bo jestem umówiona do fryzjera. A potem znów wybywa we wtorek i wraca w piątek. Ech. Cóż, bywa. Oczywiście Najlepszy Przyjaciel też wybywa w tym terminie, a w przyszłym tygodniu może przyjść paleta ekogroszku, którą zanabyliśmy drogą wygrania ;) Czas zrobić casting na kolejnego mena :P
Poza tym... Moja mama złamała rękę. Dwie kości blisko nadgarstka. Największym problemem było to, że w sobotę wesele i jak ona będzie wyglądać i kieliszek trzymać ;) czyli nie jest źle.
A ja znów spakowałam Osobistego, zaraz leci i mam nadzieję, że wróci z piątku na sobotę, bo jestem umówiona do fryzjera. A potem znów wybywa we wtorek i wraca w piątek. Ech. Cóż, bywa. Oczywiście Najlepszy Przyjaciel też wybywa w tym terminie, a w przyszłym tygodniu może przyjść paleta ekogroszku, którą zanabyliśmy drogą wygrania ;) Czas zrobić casting na kolejnego mena :P
wtorek, 14 marca 2017
Smutaśnie i wkurzeniowo
Plan był prosty. Umówiłam się jutro na usg piersi, na 18.45. Wcześniej miała być kawa, umówiona dziś. A 10 minut po umówieniu się na powyższą kawę, Osobisty do mnie dzwoni i mówi, że jutro prawdopodobnie leci.
Tia.
Nie jest to pewne, ale mocno prawdopodobne, już planuje loty, a powrót dopiero w piątek. Chciał tak lecieć, żebym poszła na to usg, ale nie da rady, ostatni lot o 18.30 z Krakowa. No nie ma szans. Znów muszę odwołać.
Zaczyna mnie to wkurzać, bo przez te wyjazdy ciągle coś się przekłada, odwleka. W piątek miał homo office i tylko dlatego mogłam jechać do ginekologa. Ale teraz znowu będzie źle, bo drugi elektronik odszedł i Osobisty znów został sam na placu boju. Nie ma go, albo leci. Nie ma go, bo mnóstwo nadgodzin, bo pełno roboty. Cierpi na tym nasze życie prywatne, bo czasu, jak na lekarstwo. Z reguły, jak dzieci idą spać, to oboje padamy na pyszczki, on po pracy, często więcej, niż 10 - godzinnej, ja po ogarnianiu wszystkiego, nawet przynoszenia węgla i wymiataniu pieca. Dodatkowo ja teraz nawet nie próbuję kupować karnetu na fitness, bo po ostatniej akcji nie mam ochoty nadrabiać. Już nawet nie mówię o domu i o tym, że narysowane schody nie prowadzą na górę, a pieniądze na koncie nie wypełnią same ścian.
Mam kompletnie dość tej pracy, przy której nic się nie da zaplanować i przy której ciągle siedzę sama. A ja potrzebuję faceta na co dzień, a nie od święta. Chcę z nim posiedzieć wieczorem, pocieszyć się domem, który w końcu się skończy nazywać domem do skończenia. Nie umiem żyć na odległość, nawet kilkudniową, tęsknota mnie zabija i przeszkadza mi to. Może to normalne życie, a ja się czepiam. Może właśnie tak to wygląda, że jak się chce siedzieć w domu z dziećmi i "nie bać się wydawać kasy" to facet musi siedzieć tyle w robocie. Tylko ja nie chcę czekać do emerytury, by z nim być. Cholera, kocham, potrzebuję. Przy sobie, nie przez telefon...
Subskrybuj:
Posty (Atom)