Miałam już nic nie pisać, ale gula mi skacze i muszę, bo się uduszę. Będzie po kolei, choć miałabym ochotę wyrzygać wszystko na raz. Wkurza mnie niepomiernie to, że Polacy kochają być ekspertami. W zależności od obecnie rozdmuchiwanej przez media afery przenoszą swą wiedzę wszelaką, czerpaną z internetu, układu chmur lub plotek usłyszanych i dopowiedzianych, na coraz to nowe dziedziny i bronią jej, niczym doktoratu, albo i lepiej. Pienią się, plują i rzucają jadem, znając jedynie mały wyrywek, jednak to nie przeszkadza im w dzieleniu się wiedzą wątpliwej jakości. Ale co tam, przecież można się wypowiedzieć i siać ferment. Wkurza mnie wszechobecna propaganda, która pokazuje tylko to, co wzbudzi emocje i najpodlejsze ludzkie instynkty. Bo przecież łatwiej pluć na nauczycieli, którzy żądają kasy, ale już dużo głupiej i niezręcznie byłoby pluć na nich i pomyje wylewać, jakby się tak człowiek dowiedział, że chcą też zniesienia egzaminu na koniec podstawówki i zmiany systemu, żeby te dzieciaki nie dostawały tyle do domu. O kilku innych postulatach nie wspomnę, kto chce, poszuka. Wybitnie działa mi na unerwienie wklejanie pustych frazesów, kopiuj wklej i brak argumentów w dyskusji, bo o czym dyskutować, jak obrazem czy tekst nie ma źródła i w ogóle nie wiadomo o co chodzi, ale udostępnić można, bo to modne.
No dobra, wyplułam się.
A teraz o strajku z mojej strony.
W naszej szkole i tak miało być wolne na czas egzaminów (odbywają się normalnie), więc dotyczył nas tylko poniedziałek i wtorek. W poniedziałek zajrzałam do szkoły, z wychowawczynią Córy siedział jeden chłopak, potem doszła jeszcze dwójka. Mimo, że rodzice byli w domu, dzieciaki zostały. Komentarz zostawię sobie. Razem z nimi do szkoły przyszło 6 uczniów. We wtorek nie przyszedł już nikt. Ja wiem, że mam łatwiej, bo nie pracuję i dla nas w ogóle nie było problemu, choć jakbym pracowała to Osobisty wziąłby opiekę, bo oboje stoimy murem za nauczycielami. Jednak skala nieobecności pokazuje, że jednak się dało. My wykorzystujemy wolne do granic możliwości. Co prawda Syn w poniedziałek i wtorek był w przedszkolu (prywatne, więc nie strajkuje, inaczej by nie poszedł), ale już wczoraj był, bo czemu on ma chodzić, jak nie chodzi ona. Posiedzieliśmy w ogrodzie, wsadziliśmy roślinki, trochę pieliłam, trochę się wygłupialiśmy, pognali do kolegów...
A wczoraj pojechaliśmy do kina. To znaczy kino wyszło przypadkiem, bo akurat wylądowaliśmy niedaleko, sprawdziłam i wybraliśmy Robaczki z zaginionej dżungli. Spodziewałam się śmiesznej historyjki o robaczkach, które wybierają się z misją ratunkową. Pierwszy niepokój zakradł się do serca już w pierwszej sekundzie. Obraz zupełnie nieprzystający do bajki. muzyka też bardzo poruszająca. I mój niepokój okazał się prawdą. Bo zamiast standardowej bajki, śmiesznej, uroczej i nie bardzo zapadającej w pamięć dostaliśmy ambitną, przepiękną opowieść o przyjaźni, miłości, poświęceniu i wartościach. O tym, że czasem jedyne, co możemy zrobić, kochając, to puścić wolno ukochaną osobę. To wszystko bez jednego słowa po polsku, ba, z dwoma zdaniami "po ludzku". Opowieść tkana obrazami, zdecydowanie trudna, długo musiałam im tłumaczyć, co się działo, ale bardzo dużo zrozumieli, po swojemu, ale zrozumieli. W trakcie seansu, z ciężkim sercem, bo mnie się bardzo podobało, zaproponowałam, że możemy wyjść, ale nie chcieli. Dumna z nich jestem. A najlepsze jest to, że nie kłamali, bo w domu dowiedziałam się, że to druga część (tak, tak, jestem szalenie niezorientowana, ale to film z 2013 a wtedy do kina na bajki nie chadzaliśmy) i koniecznie chcą obejrzeć pierwszą.
Dziś za to urządziliśmy sobie warsztaty wielkanocne. Zrobiliśmy całą stertę kartek, choć osobiście mam ochotę urządzić bojkot poczcie, za te ceny, ale Osobisty się śmieje, że przecież nie wyślę kartek paczkomatem ;). Posialiśmy też rzeżuchę. Nigdy nie wiem, kiedy jest na to dobry czas, ale może będzie jakoś wyglądać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 kwietnia 2019
wtorek, 4 grudnia 2018
Czekam na piątek
Nie mam czasu, od zeszłego wtorku biegam, coś załatwiam, coś robię. Zaczęło się od przedstawienia na Dzień Misia i pasowania młodszych dzieci. Z racji bycia w komitecie pojechałam wcześniej, przygotować poczęstunek, znaczy rozłożyć, co zrobił ktoś inny. Potem oczywiście trzeba posprzątać, a ja zawsze zostaję, bo mnie się nie spieszy, a panie dzięki temu wyjdą tą chwilę wcześniej.
Środa to próba Córy, długa, do 19, z przerwą, ale jazda od razu po przedszkolu. Czwartek relaks, moje tańce, choć miałam nie jechać, bo tak mnie głowa bolała, ale jednak się zmusiłam. Stwierdziłam, że chociaż po mieście pochodzę, choć nie wiedziałam, co mówię, bo zimno okropnie.
W piątek byłam umówiona do ginekologa i to na biegu, żeby zdążyć po Córę do szkoły. Na szczęście udało się nie tylko kupić prezent na Mikołajkową Wymianę na jednej grupie, ale też dokupić mikołaje do paczek przedszkolaków. I nawet w domu zdążyłam to schować, zanim po Córę pojechałam.
Sobota znowu tańce, a niedziela to istne szaleństwo.
Syn bardzo chciał obejrzeć Klaksona i spółkę, a Córa Dziadka do orzechów i cztery królestwa. Spojrzeliśmy w sobotę na repertuar i okazało się, że Klaksona grają już tylko raz dziennie. Postanowiliśmy jechać w niedzielę, przed Disneyem. A po drodze zajrzeć do Serenady, gdzie urzęduje Mikołaj. To w ramach niespodzianki dla dzieci, które chciały do Mikołaja gnać do Krynicy, gdzie 8 ma być ognisko na górze Parkowej, Mikołaj, otwarcie Parku Światła itd. I ja bym nawet pojechała, bo to Krynica, ale Córa ma próbę do 12.45, a w niedzielę od 9.35. Nie damy rady fizycznie. Stąd ten Mikołaj z Serenady. Tam też są warsztaty świąteczne, można ozdobić pierniki, zrobić stroik i ozdoby, zrobić sobie zdjęcie z Mikołajem w jego chatce, a potem ruszyć z nim w orszaku. Spędziliśmy tam naprawdę miły czas i u nas już świątecznie. Wcześniejsze kino też już świąteczne, przynajmniej "damska część", bo ja byłam z Córą, a Osobisty z Synem, ale o kinie potem. Po Serenadzie pojechaliśmy na Disney'a na lodzie. Pierwsza połowa niezła, ale czegoś mi brakowało, a może zwyczajnie byłam już zmęczona, choć Król Lew zrobił wrażenie, za to druga - magia. Fenomenalny zamek Elzy, świetny Olaf i przepiękne rybki z Nemo i Dory. Dzieciaki zachwycone, Syn pytał, czemu tak krótko, choć czekał na więcej bajek, które on lubi, ale i tak Mickey, który prowadził całe wydarzenie, zrekompensował mu wszystko.
Do domu wróciliśmy późno, Syn padł po drodze, ale nic dziwnego. Baliśmy się trochę o niego, bo Klakson, jak na bajkę bez ograniczeń dość straszny, ale dał radę. Osobisty nawet był zadowolony z bajki, podobała mu się, uznał, że przesłanie fajne, więc też nie stracił czasu. Za to ja bawiłam się świetnie. Dziadek do orzechów nie jest tym typowym dziadkiem, ma kilka nawiązań, ale tworzy zupełni inną historię. Jest zabawny, ma piękną muzykę, ale czego się spodziewać, jak Muzyka Petipy, i piękne kostiumy. Córa nie mogła oczu oderwać, a ona do tej pory tyko animowane, takich zwykłych, filmowych nie lubiła. Pierwszy raz też zwróciła uwagę na muzykę filmową, ale słyszy te dźwięki na każdej próbie, pewnie dlatego. Słyszałam, że film nijaki, dziwny, ale mnie się podobał. Wszystko działo się tak, jak powinno, nie za szybko, nie za wolno, nie było też za łatwo. Chętnie obejrzę go jeszcze raz.
Wracając do mojego maratonu, wczoraj Syn miał szczepienie, po którym pojechaliśmy do kulek, zamówić urodziny dla dzieciaków, a przecież jak to być w kulkach i do nich nie wejść. Chwila dla mnie, a oni mieli cały plac dla siebie.
Dziś idę na wywiadówkę, a czuję się, jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł, bo w niedzielę zmarzłam w kościele, a potem zmokłam po Disneyu i przeziębienie się przyplątało. Jutro znowu próba, od 15 do 19, z godzinną przerwą, a o 13 dentysta. Tyle, że Osobisty weźmie Syna to będzie łatwiej. W czwartek znowu tańce i wolny piątek. Za to sobota i niedziela wspomniane już próby. Muszę jeszcze porobić za elfa, ale nie wiem kiedy, bo i druga strona zajęta.
środa, 15 sierpnia 2018
8 lat
Ten post powinien pojawić się wczoraj, ale zdecydowanie nie miałam na to czasu. W związku z tym dziś będzie nie tylko wspomnieniem soboty sprzed 8 lat, ale również opisem.
8 lat temu było tak:

A wczoraj, miało być w domu, razem, bez dzieci, które pojechały na wakacje do babci. Rano miałam tylko załatwić pewne sprawy, pojechać do taty do szpitala, bo jest na rehabilitacji, a potrzebowałam podpis i dostęp do dokumentów, a w południe do dentysty, bo mi się ukruszyła szóstka, przemiły akcent rocznicy ślubu, ale co tam. Na szczęście nie bardzo bolało. Jadę od dentysty, lekko obolała, no dobra, bardzo obolała, a Osobisty do mnie dzwoni z pytaniem, gdzie jestem, bo on wcześniej wychodzi z pracy. Odpowiadam zgodnie z prawdą, a on do mnie, żebym pojechała do domu i ładnie się ubrała. Trochę się oburzyłam, bo ładnie byłam ubrana, ale wiedziałam, że coś kombinuje. Obiecałam do niego przyjechać, bo potem nie na dwa auta i żeby on nie jeździł tam i nazad, busa miałam a 25 minut, więc nawet prysznic wcisnęłam, ciuchy, makijaż i do Krakowa. Najpierw poszliśmy na obiad, a potem porwał mnie dalej, do kina. Przed seansem mieliśmy sporo czasu, więc obejrzeliśmy też łazienki i podłogi w okolicznych marketach.
Chciałam iść na Ant-mana, ale uznał, że niekoniecznie i w efekcie poszliśmy na Mamma Mia Here We go again. Jaki jest film? Na pewno inny, niż pierwsza część, mniej zabawny, choć i tak chwilami parskałam śmiechem. Bardziej nostalgiczny, wzruszający, poruszający do głębi. Niektóre piosenki nie za dobrze dopasowane, ale przejścia między przeszłością, a teraźniejszością mnie osobiście zachwyciły. No i rola numer jeden, pan w budce przy promie - boski. Z kolei Cher mi tam kompletnie nie pasowała, bo sztywna i ogólnie bez polotu, ale ja jej po prostu nie lubię, a do roli się jako tako wpasowała. Choć zdecydowanie lepiej śpiewa, niż gra.
To był naprawdę przemiły dzień, przyjemnie się szło razem, nie patrząc, gdzie dzieci, nie słuchając nudzi mi się. No i w końcu poszliśmy do kina nie na kreskówkę. A wisienką na torcie, która czekała na mnie z samego rana przy łóżku, był tom wierszy zebranych Baczyńskiego. Nie miałam do tej pory żadnego tomiku, choć mnóstwo wierszy w głowie, a tu od razu całość. Przepiękne wydanie.
A teraz przewracamy ósemkę i dążymy do nieskończoności.
8 lat temu było tak:
A wczoraj, miało być w domu, razem, bez dzieci, które pojechały na wakacje do babci. Rano miałam tylko załatwić pewne sprawy, pojechać do taty do szpitala, bo jest na rehabilitacji, a potrzebowałam podpis i dostęp do dokumentów, a w południe do dentysty, bo mi się ukruszyła szóstka, przemiły akcent rocznicy ślubu, ale co tam. Na szczęście nie bardzo bolało. Jadę od dentysty, lekko obolała, no dobra, bardzo obolała, a Osobisty do mnie dzwoni z pytaniem, gdzie jestem, bo on wcześniej wychodzi z pracy. Odpowiadam zgodnie z prawdą, a on do mnie, żebym pojechała do domu i ładnie się ubrała. Trochę się oburzyłam, bo ładnie byłam ubrana, ale wiedziałam, że coś kombinuje. Obiecałam do niego przyjechać, bo potem nie na dwa auta i żeby on nie jeździł tam i nazad, busa miałam a 25 minut, więc nawet prysznic wcisnęłam, ciuchy, makijaż i do Krakowa. Najpierw poszliśmy na obiad, a potem porwał mnie dalej, do kina. Przed seansem mieliśmy sporo czasu, więc obejrzeliśmy też łazienki i podłogi w okolicznych marketach.
Chciałam iść na Ant-mana, ale uznał, że niekoniecznie i w efekcie poszliśmy na Mamma Mia Here We go again. Jaki jest film? Na pewno inny, niż pierwsza część, mniej zabawny, choć i tak chwilami parskałam śmiechem. Bardziej nostalgiczny, wzruszający, poruszający do głębi. Niektóre piosenki nie za dobrze dopasowane, ale przejścia między przeszłością, a teraźniejszością mnie osobiście zachwyciły. No i rola numer jeden, pan w budce przy promie - boski. Z kolei Cher mi tam kompletnie nie pasowała, bo sztywna i ogólnie bez polotu, ale ja jej po prostu nie lubię, a do roli się jako tako wpasowała. Choć zdecydowanie lepiej śpiewa, niż gra.
To był naprawdę przemiły dzień, przyjemnie się szło razem, nie patrząc, gdzie dzieci, nie słuchając nudzi mi się. No i w końcu poszliśmy do kina nie na kreskówkę. A wisienką na torcie, która czekała na mnie z samego rana przy łóżku, był tom wierszy zebranych Baczyńskiego. Nie miałam do tej pory żadnego tomiku, choć mnóstwo wierszy w głowie, a tu od razu całość. Przepiękne wydanie.
A teraz przewracamy ósemkę i dążymy do nieskończoności.
czwartek, 2 sierpnia 2018
Mega wakacyjny tydzień
Ten tydzień upływa nam na maksa wakacyjnie. Zaczęło się w poniedziałek, kiedy pojechaliśmy do kina. Jakbym wiedziała, że Iniemamocni 2 są tak mocni, to zastanawiałabym się, czy zabrać na to dzieci. Nie wiedziałam, zaproponowałam, pojechaliśmy z chrzestną Syna i wyszliśmy bardzo zadowoleni. Córa się darła, Syn trochę się trząsł, ale był zachwycony. Do tego wielki popcorn i lody w KFC. Koniecznie chcę ten film mieć w domowej filmotece. Fajny film akcji, sensacja, choć animowana. Syn sikał prawie w biegu, bo pił, jak smok, a potem dwa razy musiał lecieć. To naprawdę dobra rekomendacja, bo zazwyczaj mu to zajmuje sporo czasu.
Wtorek to znów kino, tym razem Uprowadzona Księżniczka, którą obiecałam w czerwcu, a którą grają już tylko dwa razy dziennie w jednym kinie. A że mieliśmy dwa darmowe bilety, to pognaliśmy. Tym razem bez popcornu, bo w Multikinie dzieciom nie smakuje. Córa znowu się darła, ja się pośmiałam, a Syn uznał, że po Iniemamocnych to taka bajeczka dla dzieci, nie było czego się bać. Przypomnę, że on ma 4,5 roku. Ale to już faktycznie typowa opowieść o ratowaniu niekoniecznie bezbronnej księżniczki, spokojna, chwilami śmieszna, może troszkę straszna, jak coś nagle się pojawiało.. Potem pizza i lody. Dawno nie byłam w tak fajnym lokalu i chyba mam plan na rocznicę ślubu. O której przypomniałam Osobistemu z trzy dni temu, żeby potem nie musieć walić Ferdynandem (u nas nie występuje FOCH - fachowe obciąganie ..., bo co ma mieć nagrodę ;), wiec jest Ferdynand, od Ferdynanda Focha ;) ) A tak to chłop będzie pamiętał, jakby telefon z przypomnieniem zawiódł i będzie miło. Może na Zimną wojnę pójdziemy.
Do rzeczy, bo do przodu wyjechałam. Wczoraj lody i cały dzień w domu, bo upał nieziemski. Zrobiliśmy pizze, którą dojadamy dziś w ramach obiadu. po niej znów lody, a popołudniu idziemy do cyrku. Taki malutki do nas przyjechał, mamy kupony rabatowe, dzieciaki nigdy nie były. Mam nadzieję, że nie padniemy pod tym namiotem.
Dzieciaki miały jutro jechać do babci na parę dni, ale wczoraj zaczęłam im podawać szczepionkę doustną, a moja mama się nie podejmuje, więc przełożyliśmy o tydzień.
Wtorek to znów kino, tym razem Uprowadzona Księżniczka, którą obiecałam w czerwcu, a którą grają już tylko dwa razy dziennie w jednym kinie. A że mieliśmy dwa darmowe bilety, to pognaliśmy. Tym razem bez popcornu, bo w Multikinie dzieciom nie smakuje. Córa znowu się darła, ja się pośmiałam, a Syn uznał, że po Iniemamocnych to taka bajeczka dla dzieci, nie było czego się bać. Przypomnę, że on ma 4,5 roku. Ale to już faktycznie typowa opowieść o ratowaniu niekoniecznie bezbronnej księżniczki, spokojna, chwilami śmieszna, może troszkę straszna, jak coś nagle się pojawiało.. Potem pizza i lody. Dawno nie byłam w tak fajnym lokalu i chyba mam plan na rocznicę ślubu. O której przypomniałam Osobistemu z trzy dni temu, żeby potem nie musieć walić Ferdynandem (u nas nie występuje FOCH - fachowe obciąganie ..., bo co ma mieć nagrodę ;), wiec jest Ferdynand, od Ferdynanda Focha ;) ) A tak to chłop będzie pamiętał, jakby telefon z przypomnieniem zawiódł i będzie miło. Może na Zimną wojnę pójdziemy.
Do rzeczy, bo do przodu wyjechałam. Wczoraj lody i cały dzień w domu, bo upał nieziemski. Zrobiliśmy pizze, którą dojadamy dziś w ramach obiadu. po niej znów lody, a popołudniu idziemy do cyrku. Taki malutki do nas przyjechał, mamy kupony rabatowe, dzieciaki nigdy nie były. Mam nadzieję, że nie padniemy pod tym namiotem.
Dzieciaki miały jutro jechać do babci na parę dni, ale wczoraj zaczęłam im podawać szczepionkę doustną, a moja mama się nie podejmuje, więc przełożyliśmy o tydzień.
czwartek, 28 grudnia 2017
O wadze, lekarzu i nie planach. COCO
Czy jeżeli waga po świętach pokazała tyle samo, to mogę uznać, że schudłam?
Wczoraj pojechaliśmy do pani doktor, bo w nocy Córa dostała gorączki, skarżyła się na głowę, brzuch i uszy. 37.4, a ona drgawki ma, biedne to moje dziecko, odziedziczyło po mnie chorowanie bez gorączki, a lekko podwyższona ją poniewiera. Przy 37.8 już ledwo zbijam, a ona leci przez ręce.
Pani doktor zdiagnozowała zapalenie gardła, zapalenie ucha na skraju perforacji, katar spływający do brzucha, co może spowodować wymioty, a na pewno powoduje ból. Już się nie uchroniliśmy od antybiotyku. I tak nieźle, to pierwszy w tym roku, jak dobrze pamiętam. Choć ucho, to już nie zliczę, który raz...
W związku z tym plany na gości oddaliły się na bliżej określoną przyszłość, choć oczywiście, że nic nie planujemy, bo teraz zaplanowaliśmy i wyszło, jak wyszło.
A jutro odbieram mamę ze szpitala, do którego trafiła w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt. Z migotaniem przedsionków i wysokim ciśnieniem. Już czuje się dobrze, trzymają ją chyba tylko dla ZUSu, bo trzy doby muszą być, a świąt jej lekarz nie chciał policzyć, bo jej nie widział, nie robili badań i takie tam.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletów na Sylwestra w gaciach, bo teraz byśmy szukali kogoś, kto by za nas pojechał, albo bylibyśmy pięć stów w plecy. Jak nie zamówilibyśmy noclegu.
Byliśmy w kinie na COCO. Początkowo Córa nie chciała, ale potem się zajawiła i namówiła brata. Ja uważałam produkcję za głupią, infantylną i idiotyczną. Muszę odszczekać. Bo wyszłam zachwycona i chcę jeszcze, choć nie wiem, czy jestem gotowa. Film niespecjalnie dla dzieci, za duże przesłanie, za poważne. Dla nich ważne były kolory, piosenki, trochę tam zrozumiały, ale myślę, że to, co najważniejsze im jeszcze umknęło. Ja się poryczałam cztery razy, a pod koniec to już parę minut ciągiem ryczałam. Naprawdę polecam. Mądry, piękny film o marzeniach, odchodzeniu i pamięci. Cudowna opowieść o więziach rodzinnych i drodze życiowej ubrana w kolory meksykańskiego święta umarłych. Kara, wina i przebaczenie też są bardzo ważną częścią tego filmu. Choć nostalgiczny, chwilami ciężki i bardzo smutny, to jednak z zakończeniem tchnącym nadzieją. I ten "koci" przewodnik dusz. Polecam każdemu miłośnikowi czterech puchatych łap - koci ulubieńcy mają naprawdę wielkie ego. Będę do niego wracać, z pudełkiem chusteczek.
Wczoraj pojechaliśmy do pani doktor, bo w nocy Córa dostała gorączki, skarżyła się na głowę, brzuch i uszy. 37.4, a ona drgawki ma, biedne to moje dziecko, odziedziczyło po mnie chorowanie bez gorączki, a lekko podwyższona ją poniewiera. Przy 37.8 już ledwo zbijam, a ona leci przez ręce.
Pani doktor zdiagnozowała zapalenie gardła, zapalenie ucha na skraju perforacji, katar spływający do brzucha, co może spowodować wymioty, a na pewno powoduje ból. Już się nie uchroniliśmy od antybiotyku. I tak nieźle, to pierwszy w tym roku, jak dobrze pamiętam. Choć ucho, to już nie zliczę, który raz...
W związku z tym plany na gości oddaliły się na bliżej określoną przyszłość, choć oczywiście, że nic nie planujemy, bo teraz zaplanowaliśmy i wyszło, jak wyszło.
A jutro odbieram mamę ze szpitala, do którego trafiła w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt. Z migotaniem przedsionków i wysokim ciśnieniem. Już czuje się dobrze, trzymają ją chyba tylko dla ZUSu, bo trzy doby muszą być, a świąt jej lekarz nie chciał policzyć, bo jej nie widział, nie robili badań i takie tam.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletów na Sylwestra w gaciach, bo teraz byśmy szukali kogoś, kto by za nas pojechał, albo bylibyśmy pięć stów w plecy. Jak nie zamówilibyśmy noclegu.
Byliśmy w kinie na COCO. Początkowo Córa nie chciała, ale potem się zajawiła i namówiła brata. Ja uważałam produkcję za głupią, infantylną i idiotyczną. Muszę odszczekać. Bo wyszłam zachwycona i chcę jeszcze, choć nie wiem, czy jestem gotowa. Film niespecjalnie dla dzieci, za duże przesłanie, za poważne. Dla nich ważne były kolory, piosenki, trochę tam zrozumiały, ale myślę, że to, co najważniejsze im jeszcze umknęło. Ja się poryczałam cztery razy, a pod koniec to już parę minut ciągiem ryczałam. Naprawdę polecam. Mądry, piękny film o marzeniach, odchodzeniu i pamięci. Cudowna opowieść o więziach rodzinnych i drodze życiowej ubrana w kolory meksykańskiego święta umarłych. Kara, wina i przebaczenie też są bardzo ważną częścią tego filmu. Choć nostalgiczny, chwilami ciężki i bardzo smutny, to jednak z zakończeniem tchnącym nadzieją. I ten "koci" przewodnik dusz. Polecam każdemu miłośnikowi czterech puchatych łap - koci ulubieńcy mają naprawdę wielkie ego. Będę do niego wracać, z pudełkiem chusteczek.
poniedziałek, 13 listopada 2017
Sufit, choinka i kino, czyli co u nas po weekendzie
Intensywne cztery dni za nami.
Zaczęło się już w czwartek, kiedy z Osobistym minęłam się w drzwiach, pędząc na spotkanie z Przyjacielem, a potem na burleskę. Muszkieterki nie są najlepszym obuwiem na krakowski bruk, szczególnie, jak się ma piętnaście minut do zajęć i chce się jeszcze zamówienie z księgarni odebrać. Nic to, dałam radę i mega zadowolona, choć lekko mokra wróciłam do domu.
Z kolei w piątek to Osobisty spotykał się z tymże Przyjacielem na męskiej rozmowie, przez co wrócił do domu o niebo spokojniejszy. Podjął też decyzję o niekontynuowaniu kursu szafarza, przez co w sobotę ja wykonałam rozpaczliwy telefon o ustawienie do pionu do Przyjaciela, bo sobie wkręciłam, że:
A - poszedł, bo ja go namówiłam, a nie chciał
B - zrezygnował przez nas i ja go ograniczam.
Kop w tyłek, młotek w łeb czy inne przyjemności były mi potrzebne, stąd telefon. A On jest naprawdę dobry w tym, co robi, jedno zdanie, jedna sekunda i od razu trzeźwe myślenie się włącza.
A z racji wolnej soboty poszliśmy całą czwórką na górę zrobić kolejne prace przybliżające nas do zrobienia sufitów. Bo doszliśmy do wspólnego wniosku, znaczy Osobisty i ja, bo dzieci tu niewiele mogą, że najpierw sufity, a potem schody, bo inaczej nie będzie jak wejść, bo nie otworzymy tymczasowej zastawki, bo wszystko zawilgnie. Sporo poszło w sobotę do przodu.
Za to niedziela pełen relaks. Rano kościół, potem kino. Przyszedł czas na Kucyki Pony. Jasne, przewidywalne do bólu, dzięki czemu się nie poryczałam, ale czas w kinie przeleciał mi, nie wiem kiedy. Ani razu nie zerknęłam na zegarek, ani razu nie pomyślałam, ile jeszcze. Bardzo mądra, pouczająca historia. Ale ja ogólnie lubię kucyki właśnie za to. Pośmiałam się, zrelaksowałam, dobrze spędziłam czas. Bo za rękę z ukochanym można się potrzymać też na kreskówce.
Później obiad, tym razem postawiliśmy na niezdrowe jedzenie i wylądowaliśmy w Burger Kingu. Dzieci najbardziej zadowolone z zabawek z zestawu, choć i frytki się zjadły. Z nowymi siłami poszliśmy pobuszować po sklepach. Z Leroy wyszliśmy z płytkami dla mamy, która robi remont łazienki - po złamaniu ręki chce wywalić wannę i zamontować prysznic. Obejrzeliśmy lampy, dzieciaki sobie wybrały faworytów z obietnicą zwiedzenia Ikei. Na koniec zostawiliśmy sobie Auchan i tam zgłupieliśmy. Tyle lampek, nie wiadomo, które wybrać, a chcemy oświetlić choinkę przed domem. Synowi kupiłam bombkę bałwanka, Córze chcę kupić baletnicę, ale nie było ładnych. Postanowiłam, że każdego roku dostaną ode mnie bombkę, którą potem zabiorą do własnego domu. Co prawda planują jak na razie wybudować bliźniaka z drzwiami w ścianie łączącej, na naszej działce, ale choinkę chyba będą mieli oddzielną, co?
Zaczęło się już w czwartek, kiedy z Osobistym minęłam się w drzwiach, pędząc na spotkanie z Przyjacielem, a potem na burleskę. Muszkieterki nie są najlepszym obuwiem na krakowski bruk, szczególnie, jak się ma piętnaście minut do zajęć i chce się jeszcze zamówienie z księgarni odebrać. Nic to, dałam radę i mega zadowolona, choć lekko mokra wróciłam do domu.
Z kolei w piątek to Osobisty spotykał się z tymże Przyjacielem na męskiej rozmowie, przez co wrócił do domu o niebo spokojniejszy. Podjął też decyzję o niekontynuowaniu kursu szafarza, przez co w sobotę ja wykonałam rozpaczliwy telefon o ustawienie do pionu do Przyjaciela, bo sobie wkręciłam, że:
A - poszedł, bo ja go namówiłam, a nie chciał
B - zrezygnował przez nas i ja go ograniczam.
Kop w tyłek, młotek w łeb czy inne przyjemności były mi potrzebne, stąd telefon. A On jest naprawdę dobry w tym, co robi, jedno zdanie, jedna sekunda i od razu trzeźwe myślenie się włącza.
A z racji wolnej soboty poszliśmy całą czwórką na górę zrobić kolejne prace przybliżające nas do zrobienia sufitów. Bo doszliśmy do wspólnego wniosku, znaczy Osobisty i ja, bo dzieci tu niewiele mogą, że najpierw sufity, a potem schody, bo inaczej nie będzie jak wejść, bo nie otworzymy tymczasowej zastawki, bo wszystko zawilgnie. Sporo poszło w sobotę do przodu.
Za to niedziela pełen relaks. Rano kościół, potem kino. Przyszedł czas na Kucyki Pony. Jasne, przewidywalne do bólu, dzięki czemu się nie poryczałam, ale czas w kinie przeleciał mi, nie wiem kiedy. Ani razu nie zerknęłam na zegarek, ani razu nie pomyślałam, ile jeszcze. Bardzo mądra, pouczająca historia. Ale ja ogólnie lubię kucyki właśnie za to. Pośmiałam się, zrelaksowałam, dobrze spędziłam czas. Bo za rękę z ukochanym można się potrzymać też na kreskówce.
Później obiad, tym razem postawiliśmy na niezdrowe jedzenie i wylądowaliśmy w Burger Kingu. Dzieci najbardziej zadowolone z zabawek z zestawu, choć i frytki się zjadły. Z nowymi siłami poszliśmy pobuszować po sklepach. Z Leroy wyszliśmy z płytkami dla mamy, która robi remont łazienki - po złamaniu ręki chce wywalić wannę i zamontować prysznic. Obejrzeliśmy lampy, dzieciaki sobie wybrały faworytów z obietnicą zwiedzenia Ikei. Na koniec zostawiliśmy sobie Auchan i tam zgłupieliśmy. Tyle lampek, nie wiadomo, które wybrać, a chcemy oświetlić choinkę przed domem. Synowi kupiłam bombkę bałwanka, Córze chcę kupić baletnicę, ale nie było ładnych. Postanowiłam, że każdego roku dostaną ode mnie bombkę, którą potem zabiorą do własnego domu. Co prawda planują jak na razie wybudować bliźniaka z drzwiami w ścianie łączącej, na naszej działce, ale choinkę chyba będą mieli oddzielną, co?
czwartek, 27 kwietnia 2017
Jeśli dziś środa to jesteśmy w kinie
Środa była wczoraj, wczoraj też była wizyta kontrolna po zapaleniu ucha u Córy, z pozwoleniem wyjścia na chwilę, więc i kino było. Zając Max ratuje Wielkanoc był marzeniem Córy, odkąd zobaczyła zajawkę w telewizji. Ale tak nam schodziło, aż wczoraj zapadła decyzja. Kino puste, zaraz pewnie zdejmą z afisza, byliśmy tylko my.
Film przyjemny, ładna animacja i bardzo dobre przesłanie. Oczywiście kilka tekstów, które zrozumieją tylko dorośli, ale taki ich urok, prawda? Naprawdę dobrze spędzony czas.
Dziś i jutro jeszcze siedzimy w domu, dzieciaki właśnie założyły oba swoje łóżka autami, kosiarką, która jeszcze rezyduje w domu, maskotkami... ogólnie armagedon, ale od godziny bawią się grzecznie, więc nie interweniuję.
Grilla mi się chce, a może tylko pola, a majówkę zapowiadają koszmarną...
Film przyjemny, ładna animacja i bardzo dobre przesłanie. Oczywiście kilka tekstów, które zrozumieją tylko dorośli, ale taki ich urok, prawda? Naprawdę dobrze spędzony czas.
Dziś i jutro jeszcze siedzimy w domu, dzieciaki właśnie założyły oba swoje łóżka autami, kosiarką, która jeszcze rezyduje w domu, maskotkami... ogólnie armagedon, ale od godziny bawią się grzecznie, więc nie interweniuję.
Grilla mi się chce, a może tylko pola, a majówkę zapowiadają koszmarną...
czwartek, 16 lutego 2017
Nic tak nie poprawia humoru...
... jak fryzjer.
W poniedziałek położyłam się spać z mokrymi włosami, a ja mam jak Anastasia Steele, że z mokrymi kłaść się nie powinnam (druga część też się zgadza). Rano więc obudziłam się z gniazdem wron na głowie i uznałam, że muszę coś z tym zrobić. Zawiozłam dzieci do przedszkola, zrobiłam zakupy owocowe i na obiad i pojechałam do fryzjera. Ale fryzjer od 9, a było za 15. Odwiozłam więc zakupy do domu, pokroiłam mięso i zadzwoniłam, kiedy mnie może moja fryzjerka poratować, bo patrzeć na siebie nie mogę i muszę ściąć końcówki. Mówi mi, że przed 10 mogę być. To idę dalej i pytam, czy ma więcej czasu, bo może jakiś kolor, ale ja nie wiem, co chcę i w ogóle makabra te moje włosy. "Przyjedź, pogadamy." Podsmażyłam mięsko na obiad, zebrałam się i pojechałam.
Od niej wyszłam po dwóch godzinach pięknie wymodelowana, z nową farbą, pasemkami i podciętymi końcówkami, oczywiście wycieniowanymi. Biedniejsza o 100 złotych, ale w wyśmienitym humorze. Uwielbiam moją fryzjerkę, bo jeszcze dobrze nie usiadłam, a ona już miała wizję tego, co robimy.
Bardzo lubię też to, że mogę sobie o każdej chwili pojechać i posiedzieć tam dwie godziny, bo nie pracuję.
Wisienką na torcie były dwie pary pończoch od Osobistego, które wczoraj dostałam. No i kino. Tym razem poszliśmy na obiecaną już dawno Ballerinę. Cudowny film o marzeniach, pasji, dążeniu do celu i tańcu. Myślę, nie, jestem pewna, że zasili domową filmotekę i będzie oglądany wciąż i wciąż.
A jutro znów Kraków, rano jadę na badania, a potem na herbatkę :)
W poniedziałek położyłam się spać z mokrymi włosami, a ja mam jak Anastasia Steele, że z mokrymi kłaść się nie powinnam (druga część też się zgadza). Rano więc obudziłam się z gniazdem wron na głowie i uznałam, że muszę coś z tym zrobić. Zawiozłam dzieci do przedszkola, zrobiłam zakupy owocowe i na obiad i pojechałam do fryzjera. Ale fryzjer od 9, a było za 15. Odwiozłam więc zakupy do domu, pokroiłam mięso i zadzwoniłam, kiedy mnie może moja fryzjerka poratować, bo patrzeć na siebie nie mogę i muszę ściąć końcówki. Mówi mi, że przed 10 mogę być. To idę dalej i pytam, czy ma więcej czasu, bo może jakiś kolor, ale ja nie wiem, co chcę i w ogóle makabra te moje włosy. "Przyjedź, pogadamy." Podsmażyłam mięsko na obiad, zebrałam się i pojechałam.
Od niej wyszłam po dwóch godzinach pięknie wymodelowana, z nową farbą, pasemkami i podciętymi końcówkami, oczywiście wycieniowanymi. Biedniejsza o 100 złotych, ale w wyśmienitym humorze. Uwielbiam moją fryzjerkę, bo jeszcze dobrze nie usiadłam, a ona już miała wizję tego, co robimy.
Bardzo lubię też to, że mogę sobie o każdej chwili pojechać i posiedzieć tam dwie godziny, bo nie pracuję.
Wisienką na torcie były dwie pary pończoch od Osobistego, które wczoraj dostałam. No i kino. Tym razem poszliśmy na obiecaną już dawno Ballerinę. Cudowny film o marzeniach, pasji, dążeniu do celu i tańcu. Myślę, nie, jestem pewna, że zasili domową filmotekę i będzie oglądany wciąż i wciąż.
A jutro znów Kraków, rano jadę na badania, a potem na herbatkę :)
piątek, 30 grudnia 2016
Nie wytrzymałam
Nie dałam rady. No nie wytrzymałam i wyszłam z domu, bo mnie już trafiało to siedzenie. W środę, opatulona powyżej nosa pojechałam z całą rodzinką do Krakowa. Kierunek - kino. Film - Trolle. To już nie pierwsza nasza wizyta w kinie, wiedzieliśmy, że może się skończyć siedzeniem na schodach, ale jednak nie. Dzieciaki, a głównie Syn, bo to on wcześniej chwilami wędrował, przesiedziały cały seans wpatrzeni w ekran. Nawet popcorn stracił w pewnym momencie na znaczeniu, choć przed wejściem Syn zażyczył sobie taką maszynę na urodziny.
Jak dla mnie bajka cudna, choć coraz bardziej mam wrażenie, że z tych bajek więcej korzystają dorośli. Owszem, tu nie było odniesień politycznych i tego typu, ale i tak... W końcu to dorośli znają przeboje w oryginalnej wersji. Muzycznie pięknie. True colours, Sound of silence czy Hello powaliło mnie na kolana i łzę wycisnęło (tak, mój drogi M, znów ryczałam na filmie).
Po seansie zahaczyliśmy o sklep, a nawet kilka, bo szczoteczki do przedszkola trzeba donieść, a mieliśmy tylko jedną, mleko się skończyło, a u nas jest 6 mlekopijców w porywach do gości ;) no i zaopatrzenie na Sylwestra kupiliśmy, bo jak zapowiedziałam, tak choćby w 5 szalikach do dotrę. A mogą się przydać, bo ui nas mróz się stawia ostry.
Jeszcze troszkę o świętach - zgodnie z Osobistym uznaliśmy, że to były najlepsze święta w naszej niekrótkiej już historii. Razem, z masą pyszności przygotowywanych też razem, nie spiesząc się, z kolędami na cztery głosy. 10 lat wcześniej przegadałam z Osobistym wigilię i to dało początek naszej historii. Mam nadzieję, że każdy kolejny rok będzie lepszy, aż do kolejnych pełnych 10.
Jak dla mnie bajka cudna, choć coraz bardziej mam wrażenie, że z tych bajek więcej korzystają dorośli. Owszem, tu nie było odniesień politycznych i tego typu, ale i tak... W końcu to dorośli znają przeboje w oryginalnej wersji. Muzycznie pięknie. True colours, Sound of silence czy Hello powaliło mnie na kolana i łzę wycisnęło (tak, mój drogi M, znów ryczałam na filmie).
Po seansie zahaczyliśmy o sklep, a nawet kilka, bo szczoteczki do przedszkola trzeba donieść, a mieliśmy tylko jedną, mleko się skończyło, a u nas jest 6 mlekopijców w porywach do gości ;) no i zaopatrzenie na Sylwestra kupiliśmy, bo jak zapowiedziałam, tak choćby w 5 szalikach do dotrę. A mogą się przydać, bo ui nas mróz się stawia ostry.
Jeszcze troszkę o świętach - zgodnie z Osobistym uznaliśmy, że to były najlepsze święta w naszej niekrótkiej już historii. Razem, z masą pyszności przygotowywanych też razem, nie spiesząc się, z kolędami na cztery głosy. 10 lat wcześniej przegadałam z Osobistym wigilię i to dało początek naszej historii. Mam nadzieję, że każdy kolejny rok będzie lepszy, aż do kolejnych pełnych 10.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Klamerka i weselej, czyli bańki, kino i impreza rocznicowa
Wczoraj wracaliśmy od moich rodziców, prosta droga... Godzina 17 z hakiem. Przed nami auto trzepnęło zwierzaka. Odbiło nam pod koła, Osobisty zahaczył o rowek, poczuliśmy, jak zwierzak przetacza się pod nami. Zatrzymaliśmy się, facet, co trącił też. Inne auta oczywiście, że nie, bo po co... Ech. Zając, zebraliśmy tylko na pobocze, bo już nie było co ratować. Facetowi rozbił ramkę do rejestracji, ale poza tym nic więcej się nie stało. Oczywiście dzieciakom wyjaśniliśmy, że czasem nie da się zahamować, bo ostatnio pytała, czemu ktoś nie hamował, jak była Kota na drodze.
W poniedziałek o 5 z hakiem zbieraliśmy Kotę, wczoraj po 17 zająca. Oby klamra się zamknęła.
W piątek przed całą akcją kotową był w Krakowie Festiwal Baniek Mydlanych. Pełna obaw o upał jednak wyszłam z domu, zapakowałam nas do busa i pojechaliśmy do Parku Jordana, gdzie mieliśmy się spotkać z Osobistym. On miał całe przyrządy do robienia baniek i ciuchy na przebrania, ja tonę picia. Bawiliśmy się cudownie, choć gorąco było przeokropnie. Bańki cudne, co chwilę wiaderka z płynem i patyki ze sznurkiem do użytku. Super zorganizowane, każdy mógł spróbować i się pobawić. Dzieciaki wyszły mokre, ale szczęśliwe. Potem jeszcze plac zabaw i do domu. A w domu bańki raz jeszcze, a co ;)
A niedziela to kino. W głowie się nie mieści. Bajka, animacja o emocjach u dzieci i dorosłych. Film trudny, ale nie da się zrobić łatwego filmu o emocjach. Najprościej, jak się da wyjaśnione co się dzieje w głowie dziecka podczas codziennych i tych mniej codziennych zdarzeń. Ciepła, wzruszająca, poruszająca opowieść o tym, że nie ma złych emocji. Dzieciaki patrzyły, jak zaczarowane, cały film wytrzymały. Ja wyszłam spłakana, Osobisty też się wzruszył. Czy to film dla takich maluchów? (przypominam, 3 lata i 7 miesięcy i rok i 8 miesięcy). Tak. Kolorowo, świetliście, prosto i zwyczajnie. Czy to film dla większych dzieci? Tak. Bo więcej zrozumieją, bo więcej zobaczą i dużo się nauczą. Czy to film dla dorosłych? Tak. Bo zobaczą, że dla dziecka ważna jest na raz jedna emocja. I że nie trzeba się ich wstydzić.
A w sobotę impreza rocznicowa.
Wniosek numer jeden: pół hektara działki to super powierzchnia dla 6 dzieci w wieku różnym.
Poza tym... W piątek zrobiłam ciasto, paluszki drożdżowe, ciasteczka z wróżbą (zgodnie z zeznaniami hit imprezy) i zaprawiłam mięso. Osobisty miał jechać po grilla takiego do zawieszenia nad ogniskiem, ale za ciężki się okazał. Sobota to sałatki i sprzątanie. O 14 byliśmy umyci i gotowi na gości. A, no zapomniałam, Osobisty pojechał uśpić dzieciaki, żeby wytrzymały, a ja umyłam podłogę, rozebrałam się, wrzuciłam dywanik do pralki i... czyściłam filtr, bo się leje :P Po powrocie Osobistego okazało się, że się wąż odkręcił i filtr mogłam zostawić w spokoju. :P
Przed 17 pierwsi goście, akurat chrzestny Syna, Osobisty zabrał go do lasu po standardowe patyki ;) Potem coraz więcej ludzi, rozpalamy ognisko, małego grilla... Wielkie ukłony dla Najśliczniejszej Kobiety na Imprezie za przybycie do naszego szalonego towarzystwa po raz pierwszy i nie wystraszenie się, a do tego za cudowny karczek. Wzięła grilla w swe ręce i wyczarowała cuda ze zwykłego mięska.
Mogłabym napisać, że wódka lała się strumieniami, ale bym skłamała, bo chętniej szło winko. Ja tylko napiłam się z chłopakami trochę i z Najśliczniejszą Kobietą, bo jeden taki typ nakłamał, jak to mi przykro, że ze mną nie pije, ale co tam ;) Domieszałam kieliszkiem wina, a po wyjściu gości, przy sprzątaniu z gwinta resztkę wina, co ma wietrzeć ;) Kaca brak, jestem kandydatem na alkoholika.
Ja bawiłam się super, mam nadzieję, że reszta nie kłamała, jak mówiła, że też. Dzieciaki wytrzymały do samego końca, a Córa rano oświadczyła, że musimy częściej robić takie imprezy. Jak o mnie chodzi, to jestem za ;)
Ktoś chce ciacho? Bo to, że ja upiekłam to jedno, ale kuzynka przyniosła biszkopt, a nasz nieoceniony świadek ciasto i dwa rodzaje ciastek - no profesjonalista, jak się patrzy ;). Mam jeszcze dwie sałatki i morze wódki :P
W poniedziałek o 5 z hakiem zbieraliśmy Kotę, wczoraj po 17 zająca. Oby klamra się zamknęła.
W piątek przed całą akcją kotową był w Krakowie Festiwal Baniek Mydlanych. Pełna obaw o upał jednak wyszłam z domu, zapakowałam nas do busa i pojechaliśmy do Parku Jordana, gdzie mieliśmy się spotkać z Osobistym. On miał całe przyrządy do robienia baniek i ciuchy na przebrania, ja tonę picia. Bawiliśmy się cudownie, choć gorąco było przeokropnie. Bańki cudne, co chwilę wiaderka z płynem i patyki ze sznurkiem do użytku. Super zorganizowane, każdy mógł spróbować i się pobawić. Dzieciaki wyszły mokre, ale szczęśliwe. Potem jeszcze plac zabaw i do domu. A w domu bańki raz jeszcze, a co ;)
A niedziela to kino. W głowie się nie mieści. Bajka, animacja o emocjach u dzieci i dorosłych. Film trudny, ale nie da się zrobić łatwego filmu o emocjach. Najprościej, jak się da wyjaśnione co się dzieje w głowie dziecka podczas codziennych i tych mniej codziennych zdarzeń. Ciepła, wzruszająca, poruszająca opowieść o tym, że nie ma złych emocji. Dzieciaki patrzyły, jak zaczarowane, cały film wytrzymały. Ja wyszłam spłakana, Osobisty też się wzruszył. Czy to film dla takich maluchów? (przypominam, 3 lata i 7 miesięcy i rok i 8 miesięcy). Tak. Kolorowo, świetliście, prosto i zwyczajnie. Czy to film dla większych dzieci? Tak. Bo więcej zrozumieją, bo więcej zobaczą i dużo się nauczą. Czy to film dla dorosłych? Tak. Bo zobaczą, że dla dziecka ważna jest na raz jedna emocja. I że nie trzeba się ich wstydzić.
A w sobotę impreza rocznicowa.
Wniosek numer jeden: pół hektara działki to super powierzchnia dla 6 dzieci w wieku różnym.
Poza tym... W piątek zrobiłam ciasto, paluszki drożdżowe, ciasteczka z wróżbą (zgodnie z zeznaniami hit imprezy) i zaprawiłam mięso. Osobisty miał jechać po grilla takiego do zawieszenia nad ogniskiem, ale za ciężki się okazał. Sobota to sałatki i sprzątanie. O 14 byliśmy umyci i gotowi na gości. A, no zapomniałam, Osobisty pojechał uśpić dzieciaki, żeby wytrzymały, a ja umyłam podłogę, rozebrałam się, wrzuciłam dywanik do pralki i... czyściłam filtr, bo się leje :P Po powrocie Osobistego okazało się, że się wąż odkręcił i filtr mogłam zostawić w spokoju. :P
Przed 17 pierwsi goście, akurat chrzestny Syna, Osobisty zabrał go do lasu po standardowe patyki ;) Potem coraz więcej ludzi, rozpalamy ognisko, małego grilla... Wielkie ukłony dla Najśliczniejszej Kobiety na Imprezie za przybycie do naszego szalonego towarzystwa po raz pierwszy i nie wystraszenie się, a do tego za cudowny karczek. Wzięła grilla w swe ręce i wyczarowała cuda ze zwykłego mięska.
Mogłabym napisać, że wódka lała się strumieniami, ale bym skłamała, bo chętniej szło winko. Ja tylko napiłam się z chłopakami trochę i z Najśliczniejszą Kobietą, bo jeden taki typ nakłamał, jak to mi przykro, że ze mną nie pije, ale co tam ;) Domieszałam kieliszkiem wina, a po wyjściu gości, przy sprzątaniu z gwinta resztkę wina, co ma wietrzeć ;) Kaca brak, jestem kandydatem na alkoholika.
Ja bawiłam się super, mam nadzieję, że reszta nie kłamała, jak mówiła, że też. Dzieciaki wytrzymały do samego końca, a Córa rano oświadczyła, że musimy częściej robić takie imprezy. Jak o mnie chodzi, to jestem za ;)
Ktoś chce ciacho? Bo to, że ja upiekłam to jedno, ale kuzynka przyniosła biszkopt, a nasz nieoceniony świadek ciasto i dwa rodzaje ciastek - no profesjonalista, jak się patrzy ;). Mam jeszcze dwie sałatki i morze wódki :P
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Filmowy weekend
Przy zakupie pomp do ogrzewania można było wygrać podwójne bilety do kina. Wygraliśmy 3 takie zaproszenia, czyli mieliśmy 6 biletów i 3 przekąski.. Czas leciał, a zaproszenia czekały. Aż tu nagle, decyzja, zabieramy dzieciaki na Maję. Córa miała jechać z przedszkolem, ale się rozchorowała, a na film nadal była chora.
Pojechaliśmy w Mikołajki, pełni strachu, jak to będzie. My na kupon, dzieciaki za darmo, bo przecież 3 lat nie mają. Oboje zafascynowani. Syn rozłożył się Osobistemu na kolanach, zapatrzony w ekran i... raz za razem popcorn do buziaka. jak prawdziwy kinomaniak normalnie. Pod koniec Syn już po schodach wędrował, ale oboje cichutko, wytrzymali. Więc wczoraj powtórka. Tym razem Piorun i magiczny dom. Na początku Córa była rozczarowana, że nie Maja, ale po chwili już była zachwycona. Syn przespał połowę, potem wsadził głowę między fotele, jak dzień wcześniej, i oglądał.
Jestem mega zadowolona z wyjazdu, pominę, że dostali jeszcze pierniczki, książeczkę i misie, ale ogólnie to był dobry weekend. Z dzieciakami do kina? Jasne! Choć ostatnie zaproszenie wykorzystamy sami, dzieciaki pojadą do babci, a my smyrniemy do kina.
Cudowny taki czas razem, fantastycznie się bawiliśmy, niby bajka, ale razem. Takie Mikołajki chciałabym im fundować co rok.
Pojechaliśmy w Mikołajki, pełni strachu, jak to będzie. My na kupon, dzieciaki za darmo, bo przecież 3 lat nie mają. Oboje zafascynowani. Syn rozłożył się Osobistemu na kolanach, zapatrzony w ekran i... raz za razem popcorn do buziaka. jak prawdziwy kinomaniak normalnie. Pod koniec Syn już po schodach wędrował, ale oboje cichutko, wytrzymali. Więc wczoraj powtórka. Tym razem Piorun i magiczny dom. Na początku Córa była rozczarowana, że nie Maja, ale po chwili już była zachwycona. Syn przespał połowę, potem wsadził głowę między fotele, jak dzień wcześniej, i oglądał.
Jestem mega zadowolona z wyjazdu, pominę, że dostali jeszcze pierniczki, książeczkę i misie, ale ogólnie to był dobry weekend. Z dzieciakami do kina? Jasne! Choć ostatnie zaproszenie wykorzystamy sami, dzieciaki pojadą do babci, a my smyrniemy do kina.
Cudowny taki czas razem, fantastycznie się bawiliśmy, niby bajka, ale razem. Takie Mikołajki chciałabym im fundować co rok.
Subskrybuj:
Posty (Atom)