Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2017

O wadze, lekarzu i nie planach. COCO

Czy jeżeli waga po świętach pokazała tyle samo, to mogę uznać, że schudłam?

Wczoraj pojechaliśmy do pani doktor, bo w nocy Córa dostała gorączki, skarżyła się na głowę, brzuch i uszy. 37.4, a ona drgawki ma, biedne to moje dziecko, odziedziczyło po mnie chorowanie bez gorączki, a lekko podwyższona ją poniewiera. Przy 37.8 już ledwo zbijam, a ona leci przez ręce.
Pani doktor zdiagnozowała zapalenie gardła, zapalenie ucha na skraju perforacji, katar spływający do brzucha, co może spowodować wymioty, a na pewno powoduje ból. Już się nie uchroniliśmy od antybiotyku. I tak nieźle, to pierwszy w tym roku, jak dobrze pamiętam. Choć ucho, to już nie zliczę, który raz...
W związku z tym plany na gości oddaliły się na bliżej określoną przyszłość, choć oczywiście, że nic nie planujemy, bo teraz zaplanowaliśmy i wyszło, jak wyszło.
A jutro odbieram mamę ze szpitala, do którego trafiła w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt. Z migotaniem przedsionków i wysokim ciśnieniem. Już czuje się dobrze, trzymają ją chyba tylko dla ZUSu, bo trzy doby muszą być, a świąt jej lekarz nie chciał policzyć, bo jej nie widział, nie robili badań i takie tam.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletów na Sylwestra w gaciach, bo teraz byśmy szukali kogoś, kto by za nas pojechał, albo bylibyśmy pięć stów w plecy. Jak nie zamówilibyśmy noclegu.

Byliśmy w kinie na COCO. Początkowo Córa nie chciała, ale potem się zajawiła i namówiła brata. Ja uważałam produkcję za głupią, infantylną i idiotyczną. Muszę odszczekać. Bo wyszłam zachwycona i chcę jeszcze, choć nie wiem, czy jestem gotowa. Film niespecjalnie dla dzieci, za duże przesłanie, za poważne. Dla nich ważne były kolory, piosenki, trochę tam zrozumiały, ale myślę, że to, co najważniejsze im jeszcze umknęło. Ja się poryczałam cztery razy, a pod koniec to już parę minut ciągiem ryczałam. Naprawdę polecam. Mądry, piękny film o marzeniach, odchodzeniu i pamięci. Cudowna opowieść o więziach rodzinnych i drodze życiowej ubrana w kolory meksykańskiego święta umarłych. Kara, wina i przebaczenie też są bardzo ważną częścią tego filmu. Choć nostalgiczny, chwilami ciężki i bardzo smutny, to jednak z zakończeniem tchnącym nadzieją. I ten "koci" przewodnik dusz. Polecam każdemu miłośnikowi czterech puchatych łap - koci ulubieńcy mają naprawdę wielkie ego. Będę do niego wracać, z pudełkiem chusteczek.

piątek, 22 września 2017

Odgrzewane kotlety czyli Wesoła rozwódka Iwona Czarkowska

Iwona Czarkowska
Wydawnictwo Replika
2017 rok
352 str

Alicja jest w trakcie rozwodu, przyzwyczajania się do wynajętej kawalerki, zamiast świeżo wybudowanego domu i faktu, że jej mąż zostanie ojcem dziecka swej kochanki. Do tego nie ma pracy. Recepta na depresję? A jednak nie. Można porażkę przekuć w sukces, stanąć na nogi nie zwariować. Choć może nie do końca?

Lubię Grocholę. Naprawdę lubię, a Nigdy w życiu wręcz kocham. Kobieta po przejściach, co chce budować życie na nowo, to jest to. Ale zaraz, zaraz, tu Czarkowska, tu Grochola, o co chodzi? Otóż o to, że miała wrażenie, jakbym czytała gorszą wersję Nigdy w życiu, przynajmniej chwilami. Matka, która zawsze wie lepiej, i facet, który "tak całuje" powodowało u mnie deja vu. I o ile mogę przejść do porządku dziennego nad domem wybudowanym w rok od kupna działki (oby gdzieś były takie cuda, że się tak da), to takie ewidentne odniesienia bardzo mnie rażą. Alicja nie lubi odgrzewanych kotletów, ja też nie bardzo.
Książka ogólnie jest niezła. Może chwilami za chaotyczna, za szybko się dzieją pewne rzeczy, głównie urzędowe, ale jednak można się przy niej rozerwać. Nie ma tam zawrotnej akcji, wymagającej myślenia, ot, oderwanie od rzeczywistości, trochę śmiechu i lekka rozrywka. Lekki, nienachalny romans i wątek z psem zdecydowanie zapisuje się na plus.
Czy polecam? Na jesienną chandrę, na chwilę relaksu, bez większych wymagań.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Życie jak malowane Karolina Wilczyńska

Karolina Wilczyńska
Wydawnictwo Czwarta Strona
cykl Stacja Jagodno
rok 2017
198 stron


Żal mi było, gdy przeczytałam czwartą, teoretycznie ostatnią, część Jagodna. Wszystko się domknęło, szło w dobrą stronę, a w moim sercu pozostał żal, że to już, że biały domek ma zamknięte drzwi i już przez nie nic nie zobaczę. Jednak biały domek ma drzwi zawsze otwarte i oto w moje ręce trafiło Życie jak malowane. Karolina Wilczyńska spisuje tylko to, co życie niesie. Nie ma tu cukierkowych historii i rzucania tęczą. Jest świat zły, mroczny, cudowny, namalowany, nierzeczywisty, udawany i taki do bólu realny. A wszystko płynie spokojnie, jak fale jeziora do brzegu, prawie niezauważalnie zanurzając stopy, a potem człowiek już cały jest tam, oddycha tym powietrzem i żyje życiem tych ludzi, jak przyjaciół, którzy przy kawie opowiadają, jak minął dzień.
A teraz minusy. Hrabianka Zuzanna jakoś bardziej mnie w tej części denerwowała swoim podejściem do życia i ludzi. Aż miałam ochotę zabrać jej laskę i trzepnąć po głowie. Ale rozumiem, coraz starsza jest, więc w zrzędzeniu ma ogromne doświadczenie i z dnia na dzień doskonali ten talent.
Jednak największym minusem jest długość książki. A może raczej powinnam napisać "krótkość". Zanim zaczęłam, już skończyłam. Dopisuję Karolinę Wilczyńską do listy autorek piszących za krótkie książki. Jak dobrze, że będzie kolejna część. A jak się skończy, zawsze można zacząć od początku, bo Jagodno nie może się przejeść.

piątek, 14 lipca 2017

Kiera Cass Rywalki

Weszłam do biblioteki, zerknęłam na półkę i przepadłam. Okładka z dziewczyną w pięknej sukni, za nią druga w tym samym stylu. Ani nazwisko Kiery Cass mi nic nie mówiło, ani seria Rywalki, bądź Selekcja, bo można znaleźć pod oboma tytułami. Wypożyczyłam.
Opowieść z serii bajki z odrobiną S-F. Świat, a dokładnie dawne USA, po IV wojnie światowej jest podzielone na klasy. Jedynka to Król i jego rodzina i kler, reszta rozdzielona między pozostałe siedem klas, gdzie ósemki to żebracy, uzależnieni i skazańcy za na przykład seks przedmałżeński. Z klas wyjść trudno, jedynie kobieta przez małżeństwo z kimś wyżej postawionym, zawód jest przypisany i nie można się zająć niczym innym. I w tym wszystkim żyje America, zakochana, szczęśliwa. Przez rodziców i chłopaka zostaje namówiona na udział w Eliminacjach organizowanych przez księcia, który w ten sposób, spośród 35 wylosowanych kandydatek chce sobie wybrać żonę. America jedzie do pałacu, wybrana spośród wielu zgłoszeń, ze złamanym sercem i obietnicą, że książę jej nie zdobędzie. Co z tego wyniknie? Warto poczytać.
Książka nie jest wielką literaturą. Stanowi raczej bardzo miły przerywnik między poważniejszymi tytułami. Mimo to czaruje, wciąga i nie chce wypuścić z pałacu pełnego intryg, komplikacji i walki o każdy dzień, również z rebeliantami, którzy w serii odgrywają dość istotną rolę. Postacie żyją, są, nie są nijakie, a pełne emocji i dość spójne w swoich działaniach. Krnąbrna Ami jest cudownym odświeżeniem pałacu, choć jej zachowanie często pakuje ją w kłopoty. Nawet przyjaciółka podsumowuje ją, że ma same głupie pomysły. Nie da się jej nie lubić, nie da się nie kibicować Piątce, która marzy o muzyce, a nie o księciu. Kiera Cass pokazała przekrój przez różne charaktery dziewczyn, które przyjechały do pałacu, różne metody walki o księcia i koronę. Robi to sprawnie, ładnym językiem, dzięki czemu nie czyta się, a płynie się przez tekst. młodzieżówka, którą może przeczytać każda kobieta, do późnej starości. Bajka o Kopciuszku z zupełnie innej perspektywy.
Trzy główne tomy uzupełniają dwie niepozorne książeczki z opowiadaniami, w których można poznać lepiej Eliminacje z drugiej strony i historię kilku innych kandydatek. Pomysł bardzo trafiony, bo czasem brakowało w głównych książkach odpowiedzi, a tu są podane.
Kiera Cass napisała jeszcze dwie kolejne książki dziejące się w tym świecie, jednak one mnie aż tak nie zachwyciły. Wydają mi się mniej dopracowane, pisane trochę na siłę. Mimo to polecam pisarkę. Komu? Każdemu, kto marzy o baśni, która może się spełnić, o miłości niekoniecznie od pierwszego wejrzenia, z przeszkodami, ale nie wydumanymi i o oderwaniu się od rzeczywistości.

piątek, 17 marca 2017

Tyle rzeczy do zrobienia, a dzień taki krótki i 365 dni. Zobaczymy się znów Alicji Górskiej

Wstałam rano z paniką w oczach i sercu. Bo tyle rzeczy muszę, drugie tyle chcę... Książkę miałam do skończenia, 30 stron, wczoraj zmusiłam się, żeby iść spać i dziś funkcjonować. Pranie trzeba było zrobić, bo wczoraj wietrzone spotkało się z kocurem i musiałam zdjąć poszwy. Do tego dzieci chciały dla taty muffinki. A w głowie siedzi tylko pisać, pisać, pisać. Jak już zaczęłam, to czuję ogromną potrzebę stukania w klawisze.
Zawiozłam ich do przedszkola, pościel wstawiłam, nim pojechaliśmy. Po powrocie zmieniłam pościel we wszystkich łóżkach, upiekłam muffinki, powiesiłam pranie, wstawiłam prześcieradła i zasiadłam do książki.
365 dni. Zobaczymy się znów dostałam od Cyrysi. Na osłodę. Kurczę. Dobrze, że wczoraj nie czytałam. Książka z serii anioły i inne pozaziemskie istoty, ale ja akurat takie lubię. Zresztą, ja bardzo dużo książek lubię, chyba nie ma czegoś, czego nie czytam. Siedziałam z chusteczkami pod ręką i smarkałam, ocierałam łzy, bo nie widziałam liter. Dawno tak długo nie czytałam 30 stron. Rozwaliła mnie ta książka na drobne kawałki. Nie zrobiłam w związku z tym już nic, usiadłam tylko na sofie i tak się gapiłam w przestrzeń, co jakiś czas ocierając nadal kapiące łzy. Poruszająca, powalająca na kolana. Tym bardziej, że napisała ją 17 latka. Przepiękna, bajkowa i mimo wszystko pełna nadziei. Naprawdę polecam.

A zaraz jadę po dzieci i jedziemy po Osobistego. Muszę jeszcze trzecie pranie powiesić, ale to w domu, bo poszwy i prześcieradła przed chwilą zdejmowałam, żeby zaraz nie musieć się zgłaszać po nie na stacji benzynowej za drogą. Czy u Was też tak wieje? Piknik chyba znów odwołany z powodu wiatru...

poniedziałek, 6 marca 2017

Pozorność Natalia Nowak - Lewandowska, czyli mocny Book Tour

Natalia Nowak-Lewandowska
Wydawnictwo Replika
2017 rok
256 stron



Niepozorny tytuł, niepozorna okładka, znak przeciw przemocy zobaczyłam dopiero za trzecim, czy czwartym razem. Nawet wielkość niepozorna. Za to treść...
To jest jedna z tych książek, których bardzo nie chce się czytać, a których nie można odłożyć na bok. Pochłonęłam ją w jeden dzień, klnąc na siebie w duchu, że tak wolno czytam i zaklinając dzieci wieczorem, by szybciej zasnęły, bo zostało mi 60 stron do końca.
Anka złapała pana Boga za nogi. Cudowny mężczyzna, ucieleśnienie marzeń, dla którego warto postawić życie na głowie i zerwać z dotychczasowym chłopakiem. Ślub, plany na własne cztery kąty, na razie kątem u rodziców ubóstwiających zięcia, ciąża... Brzmi, jak z bajki, prawda? Tylko bajka się kończy, jak dochodzi do poronienia, a może zaczęło się wcześniej? Anka sama nie wie. Piotr oskarża ją o umyślne pozbycie się płodu, zaczyna bić, poniżać. Potem kolejna ciąża i kolejne ciosy, bo tej też nie udaje się donosić. Kiedy Anka zmuszona zostaje do urodzenia martwego dziecka, bo mąż znów stracił cierpliwość i kopnął ją w brzuch, coś w niej pęka. Koszmary w jej głowie przybierają na sile, rozdrapują nie tylko rany, ale i ją.
I w tym całym koszmarze światełko w tunelu, a nawet dwa. Porzucony chłopak, który walczy, mimo odrzucenia i lekarz, jedyna dobra dusza na przerażająco pokazanym oddziale położniczym. Anka podejmuję terapię psychiatryczną, ale zostaje ze swym katem, a w końcu zachodzi z nim w ciążę... Co będzie dalej? Pozorne szczęście, czy to prawdziwe, choć trudne do wyobrażenia?

Doskonale pokazana spirala strachu, przemocy i przywiązania do oprawcy. Coś, co nie mieści się w głowie, a jest jednak codziennością wielu kobiet, które z różnych powodów nie odchodzą o tych, którzy krzywdzą, pokazane wprost, bez owijania w bawełnę. Mocne, przerażające obrazy, które dają do myślenia i może kogoś zmotywują do zrewidowania podejścia co do ofiar przemocy. Bo one nie odchodzą, bo nie chcą. One tego pragną, ale nie widzą siebie w świecie poza tym zaklętym kręgiem, obok sprawcy, bez niego. To trudny, bolesny proces dochodzenia do tego, że jest się coś wartym człowiekiem. Natalia Nowak - Lewandowska pokazuje chwile zwątpienia Anki, kiedy ona zaczyna wierzyć, że to wszystko to jej wina i nieliczne przebłyski nadziei i rozsądku, że przecież to nie tak powinno być. Polecam wszystkim. Kobietom, które chcą uciec, a nie umieją znaleźć w sobie dość siły, tym, które mają fajnych facetów, by nie osądzały, mężczyznom, którzy się wstydzą przyznać, że są ofiarami przemocy, bo bohaterów książki można spokojnie odwrócić i w końcu kobietom i mężczyznom, którzy czasem nie wiedzą, jak bardzo słowa potrafią ranić.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Cyrysi, która zorganizowała Book Tour.

Book Tour Pozorność Natalia Nowak - Lewandowska

sobota, 25 lutego 2017

BOOK TOUR Miód na serce Edyta Świętek

Dzięki Cyrysi mogłam przeczytać książkę Edyty Świętek w akcji Book Tour z książką Miód na serce. Wczoraj posłałam powieść w świat, a dziś przychodzę do Was z recenzją.


Edyta Świętek
Wydawnictwo Replika
2016 rok
360 str



Agnieszka jest szczęśliwa. Ma narzeczonego, a niedługo potem męża, z którym są w ciąży. Jest najcudowniej, jak tylko być może, choć może pan mąż trochę jest Ciaputkiem, ale czego nie robi się dla miłości. I dla miłości Agnieszka pierze, gotuje, spędza czas z córeczką, której Ciaputek nawet na ręce nie weźmie, bo przecież to takie maleństwo, o innych czynnościach nie wspominając. Chodzi permanentnie zmęczona, drażliwa, wrażliwa, aż pewnego dnia... Pakuje się i odchodzi, jak się okazuje na zawsze, a Ciaputek zostaje sam z półrocznym dzieckiem, które zrobiło paskudną niespodziankę do pampersa i z matką, która wcale mu nie współczuje! Powoli ogarnia córkę, pracę, siebie i to, co zrobił źle. Mija sześć lat...

Elwira właśnie patrzy, jak mężczyzna, do którego zapałała cieplejszymi uczuciami żeni się z jej przyjaciółką. Na dodatek, baz najmniejszego udziału przypadku, łapie ślubną wiązankę. Jej babcia, Hania, byłaby zachwycona, jakby jej wnuczka wyszła za mąż, jednak Elwirze nie spieszno przed ołtarz. Dobrze czuje się w pracy, jako zawodowa pocieszycielka strapionych i w domu w towarzystwie trzech, a w końcu czterech kotów. Co prawda co jakiś czas miewa halucynacje i widzi blond dziewczynkę w niebieskim ubranku, ale nie zawraca sobie tym za długo głowy.
To w pracy właśnie poznajemy dwóch z trzech potencjalnych kandydatów na męża pani psycholog. Jednym jest jej pacjent, zakochany w niej bez pamięci korposzurek, który chodzi na sesje tylko dla swej ukochanej. Roman Tyczny jednak nie budzi w pani doktor uczuć cieplejszych, prócz rozbawienia, głównie z powodu jego nazwiska. Drugim jest kolega częściowo po fachu, Krystian Grey, tfu, Greń, którego Elwira dość regularnie obdarza kubkiem kawy.. wprost na koszulę. Gburowaty, raczej niedostępny, o którym po klinice krąży wiele plotek i którego babcia Hania bierze pod uwagę jako przyszłego męża swej ukochanej wnuczki, jednak główna zainteresowana raczej zainteresowana nie jest.
Trzeci adorator, zastępca komisarza Niepołomickiej policji, zdobywa w końcu uwagę Elwiry i zachwyt jej babci. Niestety ciążący dziewczynie sekret (wszak szewc bez butów chodzi) i zupełny brak empatii mężczyzny sprawia, że związek się rozpada z wielkim hukiem i nawet zaradna babcia Elwiry nic nie może na to poradzić.
Kobieta wyjeżdża na wakacje, gdzie halucynacje przybierają na sile. W końcu majak wpada na nią na korytarzu i przekonuje, że wcale nie jest wytworem jej wyobraźni. Kobieta zakochuje się w Fionce, małym aniołku, który nie ma mamusi, a na wakacjach jest z opiekunką. Spędza z nią tydzień, lecząc swe serce nie tylko z zawodu miłosnego. W końcu przyjeżdża tatuś dziewczynki i historia nabiera rumieńców. Fionka bowiem upatrzyła sobie Elwirę jako mamusię. Co na to Ciaputek? Przyznam, że jego tożsamość mnie zaskoczyła.

Cudowna, ciepła opowieść o macierzyństwie. Jednym z najgorszych koszmarów, gdy ojciec nie staje na wysokości zadania, tylko okazuje się być niedojrzałym chłopcem. Drugim niespełnionym, ukrytym głęboko, tkwiącym jak zadra i wyciskającym łzy nawet przy spotkaniu przyjaciółki w ciąży. I w końcu o rodzącej się miłości ojca do córki, która najpierw jest udręką, a na końcu plecie się pięknie, jak francuski warkocz podpatrzony na YouTubie.
Powrót do Niepołomic jest dla mnie jak powrót do domu. Takiego cudownego, który czeka z otwartymi ramionami i pokazuje się od każdej strony, szczerze, bez fałszu, choć czasem boleśnie. Do ludzi, którzy nie są sztuczni, papierowi, oni ożywają z parasolką tłukącą chuliganów, ze sznurkiem od sanek w dłoni i z psem lecącym po ratunek staruszce, która ma zawał. Czasem śmieszna, czasem bardzo smutna, ale swojska, od serca, lejąca miód na serce i dająca wytchnienie.

Replika 2016
str 320

poniedziałek, 9 maja 2016

Ja, kochanka

Karolina Wilczyńska
Wydawnictwo Czwarta Strona
2016 rok
267 str



Chwytliwy tytuł? Tylko, że nie mój, a książki Karoliny Wilczyńskiej. Skończyłam wczoraj, choć lepiej powiedzieć - zmęczyłam. Albo ja nie rozumiem fenomenu, albo nie wiem o co chodzi, ale mi się nie podobało. Bohaterka nie ma imienia, nie ma nic, opowiada tylko o emocjach związanych z Ukochanym, nazywanym też U. Pisze, co czuje, gdy na niego czeka, gdy jest obok. Pisze o wątpliwościach, nadziejach, radości i pożądaniu. Nie brakuje też scen erotycznych, raczej delikatnych, subtelnych, bez nadmiaru anatomii. Całość jest bardzo delikatna, ale jak dla mnie za mdła, za powolna, za mało akcji, za dużo uczuć.
Podejrzewam, że mi się nie podobało, bo ja nie mogłabym tak spokojnie czekać na mężczyznę, nie móc dzwonić, nie móc wysłać smsa. Jestem za czynem, a ona czeka i pachnie. Brrr. Straszne. A może ja zwyczajnie nie byłam kochanką i nie wiem, jak to jest.
W książce nie jest powiedziane, czemu żyją na godziny i kradzione chwile. Bohaterka w pewnym momencie mówi, że może on ma chorą zazdrosną matkę, albo niepełnosprawnego brata, a my oceniamy. Tak naprawdę o nim nie wiadomo nic. Nie zna się powodów, nie zna się jego pracy, jedynie skrawki. Ale nawet nie oceniając, czy tam jest żona, czy inny powód, do mnie historia nie trafia. Za długo. Ale ja to ja, nie ocenię zdrady, nie ocenię bycia trzecią i nigdy nie potępię, ale nie pochwalę braku działania ;)
Czy polecam? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Może dla kogoś taki delikatnie płynący przekaz emocjonalny będzie piękny.

sobota, 7 maja 2016

Numer telefonu Anna Kucharska

Książkę wybrałam, bo na okładce jest kot. Jego zielone oczy mnie zahipnotyzowały.

Anna Kucharska
Wydawnictwo Videograf
2015 rok
240 stron


Główna bohaterka, Zuzia, dwa lata wcześniej straciła mamę i co dzień dzwoni na jej numer telefonu, choć już nawet nie słyszy jej głosu, bo skrzynka jest pełna. Pewnego dnia ktoś po drugiej stronie się odzywa, dając początek przyjaźni, więzi i zmianom w życiu. Bohaterka opowiada nieznajomej kobiecie o sobie, o kocie z okładki, który należy do sąsiadki i ciągle syczy, doprowadzając Zuzę do szału. Potem się spotykają. Więcej nie napiszę, bo to już będzie spoiler.

Dawno nie czytałam książki, w której główny bohater tak by mnie denerwował. Zuza denerwuje mnie dosłownie wszystkim. Począwszy od narzekania na kota, po jej nastawienie do związków międzyludzkich, nie tylko z mężczyznami, za które sama siebie karze, bo mama... Dziewczyna jest dziecinna, chwiejna, niezdecydowana, absolutnie wkurzająca. Syczałam na nią, jak ten kot zza jej ściany. To czemu czytałam dalej? Bo nie mogłam się oderwać! Książka jest delikatna, jak wiosenny wietrzyk i tak samo budzi nowe. Nowe spojrzenie, nowe emocje. Pokazuje dwie różne postawy po stracie kogoś bliskiego, tak odmienne, tak bliskie każdemu, kto kogoś stracił. I choć bliżej mi było do Jakuba i Teresy, to i Zuzka nie była tak odległa. Czytała, zatapiałam się wręcz w feerii uczuć, którą autorka przekazuje delikatnie, bardzo mądrze i z pewną dozą tkliwości, z jaką matka tłumaczy dziecku skomplikowany świat emocji.

Pod względem technicznym nic nie mogę zarzucić wydawnictwu. Videograf nie przepuścił literówek, mogłam spokojnie skupić się na treści nie denerwując się niedoskonałościami. Jedynie mały zgrzyt miałam z tym numerem telefonu. Bo w jeden dzień jest matki, a w drugi ktoś odpowiada. To chyba tak nie działa, numer wygasa wcześniej. A może on wygasł, dlatego nie mogła się dodzwonić, a ona tłumaczyła to sobie inaczej, bo nie dopuszczała innej myśli? Może... Jednak ten szczegół wcale mnie nie zniechęcił.

Komu polecam? Każdemu, kto pod postacią delikatnej, powolnej wręcz opowieści chce znaleźć morze uczuć i w nie wpaść po uszy. Tym, którzy kogoś stracili i nie mogą się otrząsnąć. I tym, którzy chcą żyć pełnią życia. Tu nie ma wieku, płci, ta książka jest dla wszystkich. I nawet, jak dziecinność Zuzki będzie Was denerwować, nie przestaniecie czytać. Zapewniam na własnym przykładzie.

czwartek, 10 grudnia 2015

50 twarzy Greya - recenzja subiektywna

E.L. James
Wydawnictwo Sonia Draga
Seria Pięćdziesiąt odcieni
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
2012 rok
608 stron



Zabierałam się, jak pies do jeża i... nie skończyłam. Zostało mi  70 stron, które skończę w najbliższym czasie. Nie, nie na siłę. Ale po kolei.
Zaczęłam i miałam ochotę rzucić. Ale słowo się rzekło, kobyłka i tak dalej, obiecałam recenzję, jak wyrazicie chęć, wyraziliście, to czytałam. Dopingował mnie Przyjaciel, który słuchał na audiobooku i lał ze śmiechu. To wzięłam się i ja jakoś rozsądniej. Na początku szło mi, jak po grudzie, język kiepski, fabuła jak z filmu porno. Ale potem... Zaczęło mi się podobać.
Christian jest słodki. Owszem, jest postacią popierniczoną, i to zdrowo, dewiant seksualny z niego pierwsza klasa, dla Freuda i innych tego typu przypadek idealny, ale jest poza tym słodki. Jego zakochiwanie się i wypieranie tego uczucia, próby racjonalizacji i umysłowe ucieczki czynią z niego osobę przeuroczą i dającą się lubić. Tak, lubię Greya, nie za wygląd, czy za kasę, ale za to, jaki jest cudownie słodki i niewinny. Dokładnie wiem, jakiego słowa użyłam. On może pieprzyć kobiety, może znać seks z każdej strony, ale uczuciowo jest niewinny. Nawet bardziej mi się podoba, niż Anastasia, która jest nowicjuszką na każdym z tych gruntów. Jej wewnętrzna bogini i podświadomość, które na początku mnie irytowały, są majstersztykiem opisywanie emocji i ich obrazowania. Do mnie przemawia i to bardzo robiąca gwiazdy bogini, czy prychająca podświadomość. To takie kobiece... I tego film nie ma prawa oddać i bardzo na tym traci. Tu widać, jak na dłoni psychikę kobiecą.
Jak już przy kobietach jesteśmy, to wiem, co one widzą w Greyu, prócz kasy. On jest zwyczajnie dżentelmenem, wymarłym gatunkiem i rycerzem na białym koniu. Tak poza seksualną sferą. Jest tak cudownie męski, nie, że brutalny, ale pozwala się czuć zaopiekowaną. A kobietom takim mężczyzn brakuje. Młodzi tak nie umieją, albo się wstydzą, a starsi, cóż, same ich tego oduczyłyśmy... A tęskni się za takim ramieniem do wsparcia się i wypłakania. Tylko ten cholerny mit silnej i niezależnej... A Christian nie pyta, on robi. Bierze, co chce i daje bardzo dużo. To chyba po części wyjaśnia fenomen zachwytu nad nim.
Erotycznie niestety książka mnie nie powala i przyznaję się bez bicia, że te fragmenty zazwyczaj omijam. Skusiłam się na scenę seksu oralnego, gdzie Christiana ze zdziwienia zatyka i się nie odzywa. Facet mnie drażni niemiłosiernie kazaniami w trakcie seksu. Może i to pasuje do kreacji postaci, ale... mnie burzy wszystko i jakby mi tak facet gadał, to bym wywaliła. Te fragmenty są więc dla mnie mało realne i mocno fikcją zalatują. Poza tym są słabe językowo, ale z drugiej strony, trudno o elokwencję przy seksie. A z trzeciej... Czytałam Tolkiena w przekładzie Łozińskiego, a potem drugi tom Skibniewskiej (nie, nie wsadzam kija w mrowisko). Jak pierwszy mnie powalił na kolana, tak drugi odstraszył. Bronię więc języka, póki nie zobaczę oryginału, bo wiem, że tłumacz może zepsuć wszystko.
Fabuła nie jest tylko erotyczna. Książka kipi seksem, jasne, wszak to literatura erotyczna, ale nie jest to sam seks. Autorka ma pomysł i go bardzo dobrze realizuje, odkrywając po kawałku. Ujawnione korzenie całej sytuacji wbiły mnie w ziemię, a potem jest podobno jeszcze ciekawiej. Czytam więc z zaciekawieniem i podoba mi się. Nie zachwyca, podoba, w ramach lektury lekkiej (hm.. zobaczymy, co będzie dalej z historią Christiana) i przyjemnej. Może i jestem jak blondynka oglądająca porno z nadzieją na happy end, ale... Nie każdy happy end to ślub, tu może to być... cii ;)

A na dowód tego, że mi się podoba:



W oryginale, żeby móc ocenić język. Używki, żeby na niedwyrężyć budżetu. W każdym razie chciałam przeczytać, żeby wiedzieć, co krytykuję. Trafiłam na coś, co z głównego przesłania mi nie zostawiło nic do zachwytu, za to z historii ukrytej dużo do przemyśleń. Dać pedagogowi książkę o seksie... Ech... Za relację od strony Christiana wezmę się z jeszcze większą przyjemnością. Ciekawe, co jemu w głowie siedzi...