Rozpoczynamy ten rok z przytupem i nie o Sylwestrze mówię. W poniedziałek normalnie zawiozłam dzieciaki do przedszkola, choć Syn jeść śniadania nie chciał, ale trudno, zje w przedszkolu, nie będę się fochami przejmować (o ile nie są codziennie, bo ja bez śniadania ich nie chcę wypuszczać). Wieczorem okazało się, że to nie fochy, a początek choroby. Koło 18 zaczął lecieć przez ręce i parzyć, jak mały piecyk. 38.3 i rośnieeee. Od razu poszedł w ruch przecowgorączkowy, ja poszłam na fitness, na dwie godziny, jak wróciłam, dzieci spały. Położyliśmy się o 23 z hakiem, o 1 Syn się obudził z płaczem i kaszlem. Znów gorączka. Podałam lek, zwymiotował. Odczekałam chwilę, jak go przestało szarpać, podałam drugi raz. Ten się przyjął w żołądku, ale temperatura oscylowała w okolicach 37,9. Minęło pół godziny, nic, godzina, nic, a ja nie miałam paracetamolu. Do 4 rano siedziałam przy nim i robiłam okłady. O 5 wstał Osobisty, o 6 kot i tyle było mojego spania. Przedszkole musiało odejść w zapomnienie, na 16 do lekarza.
Ostre wirusowe zapalenie gardła plus zawalone górne drogi oddechowe. Tona leków, bańki, nacierania... I przecigorączkowy na receptę. Córa na szczęście zdrowa i mogła iść do przedszkola, jeżeli wsadzę Syna do ciepłego auta (zawsze grzeję wcześniej, bo mi się skrobać nie chce) i do przedszkola nie wejdzie. Szkoda tylko, że w środę o 5 rano obudziła się, bo ją brzuch bolał i zwymiotowała. I tyle z przedszkola.
Dziś kaszel Syna przeszedł z suchego w mokry, więc zmieniłam syrop wedle zaleceń, a Córa pojechała do przedszkola. Zdziesiątkowanego. Połowy dzieci nie ma, większość z nich nie wróciła po świętach. O 8.10 była ich 3! Na balecie tańczyły dziś 4 dziewczynki, a normalnie chodzi ich ponad 15. Syn mi się w drodze do przedszkola uśpił, czyli przed 12 i śpi do tej pory, a jest 14.21. Męczy go ta choroba, on nie sypia przecież w dzień od dawna.
A teraz będę odszczekiwać.
Miałam momenty, że chciałam, by Osobisty zamienił się ze mną i choć jeden dzień zajmował się całym domem i dziećmi. Ja naprawdę lubię siedzieć w domu, gotować, prać, sprzątać i ogarniać to wszystko. Lubię zajmować się dziećmi, ale czasem mam dość "mamoooo", "mamoooo", robienia picia, jedzenia, marudzenia, kłótni, bicia się i godzenia... No najnormalniej w świecie chciałam odpocząć od dzieci. I złościłam się, że on nie wie, jak to jest. A potem mnie złapało to zapalenie nieszczęsne, które nadal czuję, a teraz zima się zrobiła taka, że masakra jakaś i mnie pobolewa nadal. I zamienił się ze mną na prawie dwa tygodnie i to zdecydowanie gorzej miał, niż ja na co dzień. Co prawda ja sprzątałam i gotowałam, ale on wstawał o 5 rano, pracował, póki dzieci nie wstały, jedliśmy śniadanie, pomagał mi ich ubrać i zawoził do przedszkola. Wracał zazwyczaj na 8 i znów siadał do komputera, by pracować. Przed 12 jadłam z nim obiad, jechał po dzieciaki, 12.15 wstawiał ich do domu i przy wtórze: "To mi się nie podoba" Synowego jechał do pracy stacjonarnie. Wracał do domu na 19, bardzo rzadko wcześniej, bo przecież musiał jeszcze zakupy ogarnąć, kąpał dzieci, bo ja się nie mogłam schylić i czytał im na dobranoc. Na początku, jak brałam wyższe dawki, to jeszcze ogarniał posprzątanie łazienki, załadowanie zmywarki i posprzątanie tego, co dzieciaki zostawiły, a ja nie miałam siły zagonić ich do sprzątania, bo ja padałam na nos i spałam tuż po 20. Później czasem udało nam się jakiś film obejrzeć i od nowa. Sobota też go nie oszczędzała, bo przecież musiał zawieźć Córę na tańce.
Tylko dzięki niemu mieliśmy święta, bo on zrobił wszystkie zakupy, pomógł mi posprzątać i wszystko ogarnąć. Nie usłyszałam od niego słowa skargi. Jak ja marudziłam, że może pojedzie normalnie, że dzieciaki mogą nie iść, niech on odpocznie, to mówił, że odpocznie później, a dzieciaki niech nic nie tracą, skoro da się to zrobić tak niskim kosztem.
Mam najlepszego męża na świecie. Nie doceniałam go do tej pory, a on pokazał mi, w świetnym stylu, że daje radę. I niedługo powtórzy to, bo po zabiegu to on znów przejmie większość obowiązków domowych.