Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekarz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2019

Zażagliło i zaplątało nam się życie

Zażagliło, bo w piątek zaczęliśmy szanty, koncertem dla dzieci i bawiłam się świetnie. Fantastycznie przygotowany program o Magellanie, dzieciaki chłonęły wiedzą, jak gąbki i wyszły rozśpiewane i zachwycone. W sobotę też hasały pod sceną, kupiliśmy płytę, ale już w kolejce do podpisu nie chciało nam się stać, za rok też będzie okazja. Potem szybkie zakupy butów, dzieciaki obłowiły się w pięć par, Osobisty w jedną, a ja wyszłam z niczym, nic nie spełnia moich wymagań wizualnych, a jak spełnia, to jest z zamszu, a bez chodnika w śniegach, zaspach, błocie i kałużach takich butów nie widzę. Jedzenie i do mojej mamy, zostawić dzieci i znów na Kraków, na dorosły koncert. Uczucia mam po nim mieszane. To był benefis Atlantydy, wielu gości i goście mnie w większości zachwycili, na Ryczących dwudziestkach znów popłynęły łzy za losem Qni, o którym chłopaki pamiętają i dla mnie to o nim jest tekst Ale jutro pójdziemy na piwo <---klik .="" a="">
Na Zejmanie znów popłynęły łzy, ale tym razem ze śmiechu. Perły i łotry oraz Zniecacka Project też mnie setnie ubawili. Natomiast Atlantyda obroniła się tylko dwoma piosenkami, choć Pożegnalnym tonem prawie się uratowali. Wiecie, że to była szanta, jedyna, którą graliśmy na naszym weselu? I zaśpiewali z kobietą, z której udziałem wersję kocham najbardziej.

No a teraz trochę poplątania. W czwartek Osobisty chciał wyczyścić odpowietrznik na zbiorniku na wodę. Po odkręceniu tej części powinien zadziałać zawór bezpieczeństwa. Nie zadziałał. Nie było go. Na dłonie Osobistego poleciała 80 stopniowa woda. Zawołał mnie, ja przekonana, że leci woda z sufitu mówię, żeby zakręcił wodę, bo on był w takim szoku, że o tym nie pomyślał. Zakręcił i się zwija, myślałam, że poharatał ręce, a on mówi, że poparzył. Wysłałam go pod wodę i dowiedziałam się, że on wsadził tam jeszcze raz ręce, żeby to zakręcić, bo sam nie wiedział, co zrobić. W efekcie całą noc wisiał nad miską z wodą, bo mimo zażycia przeciwbólowych nie był w stanie tych dłoni wyjąć. Rano było ciut lepiej, to znaczy pojawiły się pęcherze, i mogliśmy jechać do lekarza. Oczywiście na szybko, bo ja z dziećmi na 11 na koncert. Zwolnienie do 4 marca, komplikacje w codziennym życiu i dłonie całe w bandażach. I na koncercie niby fajnie, ale ja się nawet boję go dotknąć w te dłonie.
A wczoraj do mamy przyjechałam ja i moi dwa\j bracia, którym też się życie poplątało. Nigdy jeszcze nasza trójka nie miała problemów tak w jednym czasie. Koszmarny weekend pod tym względem.

środa, 25 lipca 2018

Znowu


Ucho u Córy (na szczęście bez antybiotyku). Znowu.
Osobisty w delegacji. Znowu.
Kurtyna, bo płakać się chce, a nie wypada (bo wczoraj mu wyłam w ramię "Nie jedź, nie zostawiaj mnie z tym samej!!!)

środa, 28 lutego 2018

Biegiem

Ale dziś maraton urządziłam.

Rano odwiozłam dzieciaki do przedszkola i pędem żółwim, bo ślisko łamane przez poślizgi pojechałam do pediatry po skierowanie do sanatorium. Jeszcze tylko chleb mamie podrzuciłam, bo tam nadal grypa, a i bez sensu żeby chodziła na takie zimno i taką ślizgawicę. Z domu rodziców na Kraków, do NFZ złożyć wniosek, żeby na pewno spięli razem, bo zdarza im się rozdzielać rodzeństwo. I jeszcze wisienka na torcie - cytologia nosa. Nie pytajcie, baaardzo wzruszające badanie ;) Pani od razu przy stanowisku ma chusteczki. Na szczęście badania i NFZ na tej samej ulicy.

I to wszystko do 12, bo dzieciaki odmówiły zupy grochowej i makaronu z owocami.

Nareszcie herbatka :)

wtorek, 27 lutego 2018

Zdziwiona i ciekawa

Patrzę na stronę bloga na fb i oczom nie wierzę, tyle polubień się posypało. I cieszy mnie to bardzo, ale jednocześnie jestem niepomiernie zdziwiona. Bo długo, długo blog sobie siedział na kilkudziesięciu polubieniach, a tu nagle taki wysyp. I zastanawiam się skąd to się wzięło. Co Was do mnie przygnało i co zainteresowało na tyle, żeby zostać? Jestem tego bardzo ciekawa, bo chciałabym pisać o tym, o czym chcecie czytać.

Dziś pojechałam z Córą, największą panikarą w okolicy nawet dalszej, pobrać krew. Jak się chce jechać do sanatorium na koszt NFZ to trzeba. Z Osobistym panikuje mniej, ale on wykpił się robotą i tyle go widziałam. I po co mi było to bezrobocie z wyboru? Prysnęłabym do pracy, przecież po kilku dniach od powrotu by mi wolnego nie dali i musiałby jechać. A tak pojechałam sama, porzucając po drodze Syna w przedszkolu. Oczywiście za pobranie Córze i za niepojechanie z nami Syna musiałam zapłacić jajami kinder. Mocna waluta, wszystko się da z jego pomocą załatwić.

wtorek, 20 lutego 2018

Pozytywnie będzie

Wstałam o 4 rano, przytuliłam się do piecyka na dwóch nogach, ale po półtorej godziny piecyk przestał grzać, więc poszłam do swojego łóżka. Do którego dwadzieścia minut później przyszedł drugi piecyk i zażyczył sobie wody, jeść, bajki i już nie było mowy o śnie. Ale jaki dzień będę miała długi. Pościel sobie wypiorę do reszty, bo wczoraj nie zdążyłam, bo byłam z piecykami u lekarza. A żeby było pozytywnie to pani doktor chętnie wypisze skierowanie do sanatorium, należy się nam spokojnie (z taką historią chorobową to śmiejemy się z Osobistym, że na trzy wyjazdy damy radę), ale w jakiś lepszy dzień, bo wczoraj miała pełno plus opóźnienie. Mamy skierowanie na badanie krwi Córy, Syn robił niedawno, więc będzie akurat.
- Dasz sobie pobrać krew?
- A będzie potem jajko kinder? - pyta mnie moje dziecko, bo Syn dostał w nagrodę.
- Będzie.
Podchodzi do mnie i do ucha:
- A kakao w domu?

Mistrz negocjacji.

A dalej idąc pozytywnie to poleżymy dziś w łóżku, oni obejrzą trylion bajek, a ja sobie poczytam. Bo na więcej sił brak, no, może im też poczytam, choć ostatnio Syn woli, jak Córa mu czyta.

edit 8.02 Jak dobrze, że to moje dziecko jednak wstało. Nie przywitałam pana, który przywiózł nam profile do podwieszanych sufitów w koszuli nocnej. Jedynie lekko rozczochrana.

czwartek, 8 lutego 2018

Karta stałego klienta u laryngologa

Kiedy w nocy budzi mnie płacz tak przeraźliwy, jakby się świat walił, kiedy po kilku takich atakach udaje mi się dowiedzieć, że boli ucho, kiedy dociera do mnie, że dopiero we wtorek byliśmy u laryngologa, wtedy świat od razu widzę w czarnych barwach. A jak jeszcze dodam do tego, że płakał Syn, którego nigdy ucho nie bolało i miałam nadzieję, że ominie go ta wątpliwa przyjemność, już nawet bajkowo biały świat nie pomaga.
Dotrwaliśmy do rana, Córę odwiozłam do przedszkola, a smutnego Syna, którego ominęły pączki, do lekarza. A tam się dowiedziałam, że nie jesteśmy zarejestrowani, choć ja mam potwierdzenie. Tak, tylko na piątek. Bo w nocy rejestrowałam i były terminy "jutro". Tylko, że robiłam to już po północy. Na szczęście pani zgodziła się nas przyjąć i wlała ciut nadziei. Uszy czyste, to powiększony węzeł chłonny daje takie oznaki. Dostał lek przeciwwirusowy, może wychodzić na chwilę, choć do przedszkola profilaktycznie nie. Leży teraz taki biedny, zmęczony, ciężką miał noc. A jutro mamy zrobić badania krwi. Zobaczymy, co tam wyjdzie. O ile da sobie pobrać, wyjaśniłam, że będzie igła, nie kłamałam, że nie będzie bolało, ale zapewniłam, że będę obok. Nawet zaczął snuć wizje, że jak nie będzie źle, to za drugim razem się nie będzie bał.
Trochę mi ulżyło, bo ja jednak tych uszu to się boję, jak zarazy.
Sił nie mam, ale zaraz się koło niego położę, Osobisty ma odebrać Córę, więc nie muszę jechać, odpocznę, a potem na burleskę. Na ostatnich zajęciach nogi mi się plątały, brzuch bolał, bo oczywiście okres przyszedł i mi nie szło, może dziś będzie lepiej.

A wiecie dlaczego to wszystko? Bo wczoraj zapowiedziałam Osobistemu, że zamierzam ich odwieźć do przedszkola i nie robić nic. To mam za swoje.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Całkiem dobrze i kilka zgrzytów

W piątek dowiedziałam się, że uszy ok, choć katar nadal leczę. W związku z tym w sobotę pojechałam na tańce z Córą i na zakupy. Kupiłam czapkę sobie i szalik Osobistemu. Oboje nie nosiliśmy. Starość, nie radość.
A wczoraj zrobiliśmy użytek z zakupów, bo od razu po kościele zabraliśmy się za budowę igloo i bałwana. Dwie godzinki i stanęło, coś się w nocy tam podłamało, muszę iść poprawić, żeby jeszcze postało, ale nawet, jak się zawali, to mieliśmy całą czwórką masę zabawy.

Moi rodzice wybierają się na Dzień Babci i Dziadka w przedszkolu. Prawdopodobnie przyjadą busem, potem ich tylko odwiozę. Teść nie pójdzie, bo ma nerwicę i nie ma mowy. Kur... Takim tekstem do dzieci wyskoczył, a one potem do mnie, co to znaczy. I znowu Osobisty będzie musiał zerwać się z pracy, żeby teściową zawieźć, a oni mają auto! Nie wiem, czy bardziej mi przykro, czy bardziej jestem zła. Zawsze ma ich w nosie, przecież na chrzcie Córy nie był wcale, na roczku też nie, o dwóch latkach nie wspomnę. Łaskawie pojawił się w kościele na chrzcie Syna i na roczku na pół godziny. Bo co? Bo wnuk, to traktuje inaczej? A teraz już zupełnie ma w dupie. Ale przecież on ich tak kocha i mają go całować i przybiegać się do niego bawić. A ja mam ochotę powiedzieć goń się leszczu, nie będziesz widział moich dzieci, jak w drugą stronę ci ciężko. I nawet, jakbym nie pamiętała o numerze, jaki wykręcił przed ślubem, jak wyszedł, gdy zapraszałam ich do nas na obiad i oświadczył, że on w tym udziału nie będzie brał, a jak Osobisty jest taki głupi, niech sam sobie radzi, potem na ślubie, jak mój brat go musiał odwieźć (to znaczy chciał), bo chodził i marudził, że on musi jechać busem do Krakowa, potem do siebie, bo on musi wyjść, rozwalając nam połowę planu uroczystości, to pamiętam, co zrobił dzieciakom i mnie cholera bierze.
Co jakiś czas mi się wylewa, staram się nie wylewać na Osobistego, ale czasem nie wychodzi.

Kolejna trudna sprawa to taka, że w przedszkolu mają być zajęcia sportowe z piłką. Płatne 32 złote za miesiąc, czyli w porównaniu z poprzednimi 70 za semestr to dużo. Były zajęcia pokazowe, Syn zachwycony i chce chodzić. Córa też, bo jej opowiedział. A dziś idę do przedszkola i czytam, że impreza w ramach zajęć, w Krakowie, bezpłatna, bo zamiast jednych zajęć w miesiącu. Trzeba samemu dojechać i nawet nie w tym jest problem, a w tym, że zajęcia są od 10.30 w soboty. Akurat wtedy, jak Córa ma taniec. W warunkach było, że są takie imprezy, ale nie było nic, że to zamiast jednych zajęć. I teraz nie wiem, co zrobić, bo dzieciaki by chciały chodzić, ale jedne zajęcia miesięcznie będziemy zawsze tracić, bo nie możemy sobie pozwolić na taką jazdę. Bo jak Syn pojedzie, to Córze będzie przykro, jak oboje nie pojadą, to jednak stracimy kasę. Bez sensu to wszystko.

niedziela, 14 stycznia 2018

Dziękuję za życzenia zdrowia

Przyda mi się ich więcej.
Jutro jadę do otorynolaryngologa. Do kataru, który siedzi uparcie w nosie i już nawet do gardła obolałego nie spływa doszedł przejmujący ból uszu. Jestem non stop na przeciwbólowych, bo inaczej też mięśnie mnie palą co jakiś czas żywym ogniem. Nie wiem, czy zaraziłam się od Córy, czy wyhodowałam własne ustrojstwo, ale żadne środki farmakologiczne dostępne bez recepty mi nie pomagają, a domowe sposoby również nie spełniają swojej funkcji.
Trochę czytam, często śpię, staram się jakoś pomóc Osobistemu, choć z dziećmi bardzo dobrze wszystko ogarnia.

czwartek, 11 stycznia 2018

No to się ucieszyłam

W  tamtym tygodniu prawie fruwałam nad ziemią, bo ucho się leczyło, było prawie dobrze, a migdały najmniejsze w historii. A wczoraj znowu Córze zaczął przeszkadzać katar płynący do gardła. I coś ucho gniotło. Z pewną dozą niepewności, czy też nie jestem nadgorliwa pojechałam z nią dziś do otorynolaryngologa, naszej pani doktor, która ją za uszy ciągnie z każdej choroby. No i się dowiedziałam, że ucho się nie doleczyło, tylko zaleczyło, poprzedni antybiotyk zamaskował objawy i jest chora, a migdały ogromne. Antybiotyk, doustny i do ucha, krople do nosa i lek na rozrzedzenie wydzieliny. I skierowanie na RTG zatok, już załatwiłam, jutro do odbioru z opisem. Na razie walczymy, bo grozi jej niedosłuch, jak to się utrzyma.
Jestem załamana. Zżuta i wypluta. Na szczęście da sobie wyjaśnić, że zdrowie ważniejsze i sama uznała, że nie idzie na tańce i na urodziny kolegów. We wtorek wizyta i dowiemy się, co dalej. I to już nawet nie chodzi o to, że dopiero trzy dni byli w przedszkolu i ich nosi. I nawet nie o to, że dopiero w piątek skończyła antybiotyk. Boję się o nią. Tak normalnie i o jej taniec się boję.

Nie dajcie sobie wmówić, że katar to nie choroba. Dzieci często nie czują, że coś się dzieje, albo nie umieją o tym powiedzieć, czasem nawet nie gorączkują przy zapaleniu ucha, jak Córa. A powikłaniem po katarze jest zapalenie ucha, bardzo groźne. Jak tylko dziecko ma katar, żądajcie badania uszu. Bo lepiej panikować, niż żałować.

czwartek, 28 grudnia 2017

O wadze, lekarzu i nie planach. COCO

Czy jeżeli waga po świętach pokazała tyle samo, to mogę uznać, że schudłam?

Wczoraj pojechaliśmy do pani doktor, bo w nocy Córa dostała gorączki, skarżyła się na głowę, brzuch i uszy. 37.4, a ona drgawki ma, biedne to moje dziecko, odziedziczyło po mnie chorowanie bez gorączki, a lekko podwyższona ją poniewiera. Przy 37.8 już ledwo zbijam, a ona leci przez ręce.
Pani doktor zdiagnozowała zapalenie gardła, zapalenie ucha na skraju perforacji, katar spływający do brzucha, co może spowodować wymioty, a na pewno powoduje ból. Już się nie uchroniliśmy od antybiotyku. I tak nieźle, to pierwszy w tym roku, jak dobrze pamiętam. Choć ucho, to już nie zliczę, który raz...
W związku z tym plany na gości oddaliły się na bliżej określoną przyszłość, choć oczywiście, że nic nie planujemy, bo teraz zaplanowaliśmy i wyszło, jak wyszło.
A jutro odbieram mamę ze szpitala, do którego trafiła w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt. Z migotaniem przedsionków i wysokim ciśnieniem. Już czuje się dobrze, trzymają ją chyba tylko dla ZUSu, bo trzy doby muszą być, a świąt jej lekarz nie chciał policzyć, bo jej nie widział, nie robili badań i takie tam.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletów na Sylwestra w gaciach, bo teraz byśmy szukali kogoś, kto by za nas pojechał, albo bylibyśmy pięć stów w plecy. Jak nie zamówilibyśmy noclegu.

Byliśmy w kinie na COCO. Początkowo Córa nie chciała, ale potem się zajawiła i namówiła brata. Ja uważałam produkcję za głupią, infantylną i idiotyczną. Muszę odszczekać. Bo wyszłam zachwycona i chcę jeszcze, choć nie wiem, czy jestem gotowa. Film niespecjalnie dla dzieci, za duże przesłanie, za poważne. Dla nich ważne były kolory, piosenki, trochę tam zrozumiały, ale myślę, że to, co najważniejsze im jeszcze umknęło. Ja się poryczałam cztery razy, a pod koniec to już parę minut ciągiem ryczałam. Naprawdę polecam. Mądry, piękny film o marzeniach, odchodzeniu i pamięci. Cudowna opowieść o więziach rodzinnych i drodze życiowej ubrana w kolory meksykańskiego święta umarłych. Kara, wina i przebaczenie też są bardzo ważną częścią tego filmu. Choć nostalgiczny, chwilami ciężki i bardzo smutny, to jednak z zakończeniem tchnącym nadzieją. I ten "koci" przewodnik dusz. Polecam każdemu miłośnikowi czterech puchatych łap - koci ulubieńcy mają naprawdę wielkie ego. Będę do niego wracać, z pudełkiem chusteczek.

piątek, 22 września 2017

Zapalona

W poniedziałek napisałam około 12 tysięcy znaków. A wieczorem zaczęło mnie boleć ucho. Rano tylko łaskotało, poszłam do ogólnego, nic mi nie powiedziała, skierowała do laryngologa. "Nasza" pani akurat miała popołudniu, pojechałam, choć mi się nie chciało, bo to tylko łaskotanie.
Pani doktor załamała ręce, bo zapalone nie tylko ucho lewe, ale i prawe, powinno boleć, jak durne i powinnam mieć gorączkę. Ale że ja nie mam nigdy... Do tego katar, o którym dowiedziałam się od niej i jak zażyłam leki, bo mi wtedy pociekło z nosa i zapalenie gardła.
Od wtorku wieczora biorę antybiotyk, zarówno doustny, jak i do uszu. Odwożę tylko dzieci do przedszkola ("jak pani je może zawieźć, dla pani będzie lepiej"), a potem zalegam i ani ręką, ani nogą. Trochę czytam, dużo śpię. Więc mój plan pisania na chorym nie wypalił, bo nie jestem w stanie wysiedzieć. No cóż, nie ucieknie :)

niedziela, 7 maja 2017

Rozklejona, o książkach i o nowym laptopie

W czwartek zrobiłam badania zlecone przez ginekologa, wróciłam do domu i dostałam telefon, że mam bardzo wysoki poziom d-dimerów, czy się nie duszę, czy nie mam ciężkich nóg, żylaków itd... A mnie nic się nie dzieje. Pojechaliśmy popołudniu do ginekologa, bo pilnie się miałam skonsultować, wyczekałam się, przyjęła mnie i uznała, że się jej nie zgadza, bo inne parametry nie wskazują na zakrzepy. Chora nie jestem i ona głupieje. Wysłała mnie na powtórne badania, na cito (godzina 19 z hakiem). Zwiedziłam szpital Bonifratrów, odwiedziłam tamtejszego internistę i wygrzebaliśmy, że może ubytek w zębie, który miałam leczyć w poniedziałek. Przy czym dziąsło mnie bolało, więc pojechałam w piątek, okazało się, że mi się kieszeń za ósemką zrobiła i tam ropa. To pewnie przez to te wyniki, ale mimo wszystko na wszelki wypadek musiałam odstawić pigułki. W środku cyklu. Wczoraj się zaczęło. Płacz o byle co, złość w sekundę, rozwaliło mi cykl dokumentnie, a mnie przy okazji. Dziś poszłam na górę, do mojego jedynego tu pudła z książkami, by poszukać czegoś lekkiego, bo Trzy godziny ciszy zdecydowanie nie służy mi w tym stanie. I co? Bez Ciebie. Intruz. Cztery strony miłości. Dziewczyna o kruchym sercu. Milczący zamek. No nic, tylko się pociachać. Belgariadę czytałam niedawno. To samo Belgarath. Pieśń Reginy odpada jak poprzednie tytuły. W końcu wyjęłam Eddingsa i jego Elenium. Choć tu bardziej przydałaby się wczesna Szwaja, bo późniejsza też daje w łeb, głównie Matka wszystkich lalek. A Szwaję mam u teściów.
Osobisty kupił mi nowego laptopa. Od dawna się odgrażał, ja się broniłam, bo przecież mój stary nadal działa. Miałam netbooka, od lat wielu, kochałam go naprawdę i on naprawdę dobrze działał, jak na moje potrzeby. Ale kupił i już. Usiłuję się z nim oswoić, ale jakoś mi nie idzie, notkę piszę już wieki, bo ma inny rozstaw klawiszy i w ogóle jest kanciaty. Tak, wiem, ogromny powód do nielubienia. Nie jestem gadżeciarą, mogę mieć stary sprzęt, jeśli działa. Ten dostałam, żeby było bezpieczniej, bo mi się np chrome już nie aktualizował. Ech... Oczywiście, że podziękowałam i piszę z nowego. Ach, no i Osobisty nie byłby moim Osobistym, gdyby mi nie oznajmił, że już nie mam wymówki, żeby nie pisać ;)

środa, 29 marca 2017

Uczulenie na leki? Już mnie dotyczy i coś milszego też będzie

W poniedziałek czułam się dość niewyraźnie, katar załapałam, jakieś dreszcze, więc odstawiłam dzieciaki na obiad do przedszkola, zrobiłam, co zrobić miałam, kocyk, Neosine, Galpirin, wapno i herbatka z miodkiem i cytrynką. Taki standardowy zestawik. Książeczka, chusteczki, żyć, nie umierać. No właśnie...
Za jakaś godzinę, może mniej, zaczęły mnie swędzieć oczy, luz, przy katarze norma. Ale w uszach pulsowanie to już nie. Ciśnieniomierz: 130/80. Dla mnie sporo, bo ja zazwyczaj ledwo 110 na 65 wyciągam. Swędzi nadal, coraz bardziej, więc idę do łazienki, cała jestem czerwona. Ciśnienie 140/80 i rośnie. Ochlapałam się zimną wodą, nic. Ciśnienie 160/80, a ja puchnę tak, że nie mogę ustami ruszać. Piszę do Osobistego, czy jakby co, to odbierze dzieci, bo zażyłam leki i coś mi się dzieje. Dzwoni do mnie, że mam jechać do lekarza. Umawiamy się, że idę pod prysznic, zbić ciśnienie, bo nie dojadę do ośrodka w tym stanie. Swędzi!!! Rozebrałam się, cała jestem bordowa, a skóra w bąblach na 3 mm, calusieńka. Opłukałam się, wodą o temperaturze 30 stopni, bo cieplejsza parzyła, zbiłam ciśnienie do 140 i pojechałam. Od razu mnie przyjęli, dali środek na odczulenie i zestaw leków na dwa tygodnie. Wychodziłam według mnie blada i mniej spuchnięta, Osobisty, który się zwyczajnie zebrał i do mnie przyjechał przestraszył się na mój widok. Według niego nawet w ciąży tak nie spuchłam.
Wczoraj byłam jeszcze na drugim zastrzyku, bo nadal swędziało, choć już nie chciałam zerwać rzęs, brwi i włosów na głowie, bo tam było najgorzej. Wiwat depilacja.
Nie wiem, co mnie uczuliło, zażywałam nie raz w takim układzie. Wiem, że jakbym nie zażyła wapna, byłoby jeszcze gorzej i to mnie przeraża, bo byłam sama. Znikąd pomocy, a nawet, to mogłoby być za późno, jakbym puchła do wewnątrz.

Wczoraj za to, jak mnie pokłuli i tyłek mnie bolał, to zabrałam się za oznaczenie krzaczków i przecięcie róż, co przemarzły. Po powrocie Osobistego wzięliśmy wertykulator, przejechaliśmy przód i trawę zasialiśmy. Od razu się przyjemniej zrobiło i widać lepiej, a nie takie trawy wielkie. Dziś sadziłam kwiaty na tarasie, bo dostałam od sąsiadki, a zaraz wsiadam w auto, jadę po dzieci i do mamy po różę pnącą i jakieś coś jeszcze. Widać, że mama już nie daje rady i muszę się wziąć za dwa ogródki, bo serce jej pęknie, jak jej z ogrodu z prawie setką róż zostanie trawnik. Ogarnę, bo muszę, a ruch się przyda, bo waga jakoś nie chce współpracować ze mną ;)

sobota, 4 lutego 2017

O mamie i antykoncepcji

Przedwczoraj odebrałam mamę ze szpitala. Ma zmienione leki, a przede wszystkim lekarz przepisał jej tańszy odpowiednik ostatniego. 150 złotych na miesiąc vs 5 na trzy miesiące robi różnicę. Jedynie będzie musiała często robić badanie krwi.
Poza tym jakoś wychodzimy z chorób, w poniedziałek zamierzam dzieciaki do przedszkola zawieźć, bo przetrzymałam ich jeszcze pół ostatniego tygodnia, dla pewności.
W tamtym tygodniu też byłam u ginekologa, innego, bo moja pani się rozpakowała. Chcę założyć wkładkę hormonalną, a że to wydatek, to ustaliłyśmy z panią doktor, że mi da tabletki jednoskładnikowe, żeby plus minus określić, czy nie reaguję jakoś źle. I wszystko jest ok, praktycznie zero skutków ubocznych, tylko że jak zacznę krwawić, to przez miesiąc. Chrzanią taką antykoncepcję. No i byłam u pani doktor, tej nowej i obie zgłupiałyśmy, bo to może być efekt tabletek, ale też tego, że byłam chora, miałam ablację itd... Dostałam jeszcze dwa opakowania i listę badań do wykonania, w tym zalecenie skonsultowania się z inną panią, specjalistą od wkładek, która też je zakłada. Tak więc czekam, bo wizytę mam dopiero 23 lutego. Zobaczymy, co powie, no i jak będzie na tych dwóch opakowaniach, bo albo założę wkładkę, albo zdecyduję się na normalne pigułki. Bo nie wyłożę prawie tysiąca złotych, żeby po kilku miesiącach wyjmować, bo nie o ten efekt chodziło.

środa, 20 stycznia 2016

Dzień z policją w tle

W piątek wysterylizowaliśmy kocicę, więc łazi w ubranku ochronnym, żeby ją kocur tam nie lizał, bo ona to nie bardzo się kwapi do rozwalenia rany. W niedzielę nam się schowała, a jak znaleźliśmy to była rozebrana i z zapamiętaniem lizała brzuch. A tam jakieś zgrubienie, czerwone. Weterynarz odpowiedział dopiero koło 21, więc postanowiłam jechać dnia następnego. Z dwoma, bo coś zaczęły się skrobać po uszach i trzepać nimi.
Rano zapakowałam oba do transportera, mam taki wiklinowy kosz, gdzie się spokojnie oba mieszczą, dzieci do fotelików i jazda. Z kocicą ok, za to w uszach świerzbowiec. Nie chciało mi się jechać tych stu metrów do domu, żeby je odwieźć, postanowiłam zabrać do przedszkola. 9.03 wyjeżdżałam spod gabinetu z przeświadczeniem, że pierwszy raz od dawna zdążymy na 9.30, a nie 9.35 :P Tia....
W miejscowości Y stali panowie niebiescy i mnie zatrzymali. Otwieram mu szybkę:
- Dzień dobry, dzielnicowy WKVJE z miejscowości X (moja rodzinna, bo my w naszej mamy dyżury z X, nie mamy stałego posterunku), rutynowa kontrola. Trzeźwa?
- Tak. Zakatarzona, chora, ale trzeźwa - uśmiecham się.
- A koty?
- Za nie nie odpowiadam, ale zamknęłam.
Oboje się zaśmialiśmy. Kazał mi dmuchać. Mocniej.... Tia... Nadmuchałam i mówię mu:
- Ja taka zakatarzona, a pan mi każe dmuchać, udusi mnie pan - :)
- Daje pani radę, dokumenty jeszcze proszę i proszę sobie zamknąć okno, żeby dziecko nie zmarzło - zagląda do tyłu - ojej, pani ma dwójkę. O, pani z X, co panią tu przywiało?
- Mąż, miłość, bo mieszkam w Z.
- Dobra, niech pani zamyka to okno - uśmiechnął się do mnie i wypuścił 10 minut potem. I teraz pytanie, czy koty liczą się za pasażerów? Czy jako dwa, czy jako jeden, bo jeden transporter?
Potem Kraków, oczywiście, jak ja wyjadę wcześniej to nie ma korków i przejechałam moment. Z dwójką dzieci u lekarza wcale nie jest tak źle. Córa ma wolne od immunologa do sierpnia, kiedy znowu wdrożymy Entitis, na razie od niego ma skończyć psikanie do nosa w lutym i koniec leków od niego. Zaraz zostanie nam tylko tran. Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Potem dzieciaki pod opiekę taty, ja do ginekologa. Zmieniłam lekarze, bo mój tylko prywatnie i nie chciało mi się za każdym razem składać wniosku o refundację (do tego niepełną). Trafiłam na bardzo sympatyczną kobietę, delikatną, rzeczową, dała mi skierowanie na cytologię i usg piersi, bo nie wymierzyłam w dniu cyklu. Ciacho odwołane dla dobra osoby drugiej, bo ja nie wiem, czy to zaraża, czy nie, a to dłuższy kontakt, niż 10 minut w rękawiczkach.