Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 grudnia 2018

Poszło

Oba spektakle się udały. Dziewczyny przebierają się już praktycznie same, a i ekipa do pomocy była świetna. Ludzie, z którymi trzeba współpracować robią większą część sukcesu. Wróciłam do domu zrelaksowana i szczęśliwa, choć po drodze jeszcze robiłyśmy zakupy. Tak się spodobało, że prawdopodobnie będzie jeszcze jedno przedstawienie w styczniu. Tym razem klasa Dominiki bardzo by chciała pojechać.
Żegnały się wczoraj baletnice z nauczycielką przed świętami. I pani je przytula, te mniejsze podnosi, składa życzenia. A te większe same się przytulają. Tak mi się ciepło zrobiło, bo one ją zwyczajnie kochają. A one je.
A dla nas zaczął się czas odliczania do świąt. Dziś ulepię uszka i pirogi z kapustą i grzybami, krokiety mam już gotowe. Choinka stoi pod drzwiami, czeka na wigilię, mam nawet sianko i jemiołę. I wczoraj kupiłam gwiazdę betlejemską i mam wrażenie, że już ją zamordowałam. Nie wiedziałam, że trzeba ją tak mocno otulić i mi więdnie. Ktoś ma jakiś pomysł?

czwartek, 5 kwietnia 2018

No to chlup

To był świetny plan. Woda w butelce ze spryskiwaczem i nawet dziecięce jaja nie dawały rady. Póki się dzieci nie zrzeszyły i nie zaczęły lać mnie razem. No to ja hyc, do łazienki, bo gdzie byłoby bezpieczniej. Zamknęłam drzwi i zanim otworzyli, ja już byłam przy prysznicu, ze słuchawką w ręce. A oni nadal mnie leją. No to ja hyc, pod prysznic, zamknęłam drzwi i wystawiłam słuchawkę górą. Taka byłam cwana. Za szybką, z wodą w dłoni, najlepsza kryjówka na świecie. I nawet już drzwi nie pilnowałam, włączyłam wodę i... nie leci. Nawet miałam ochotę spojrzeć ze zdziwieniem w "twarz" słuchawce, gdy poczułam na głowie i plecach lodowatą wodę. Osobisty przełączył ze słuchawki na deszczownię.
A to była taka cudowna kryjówka :P

sobota, 31 marca 2018

Spokojnych Świąt







Niech te święta będą kolorowe, radosne, niech przy stole nie braknie żartów, ale przede wszystkim czasu i bliskich osób. Bo to o to chodzi, czy wierzycie w Zmartwychwstanie, czy też nie. O bliskość, czas i odpoczynek od codziennego zgiełku. I tego Wam życzę.

I żeby w boczki nie szło.

poniedziałek, 26 marca 2018

Odwołają święta?

Pytam poważnie. Bo standardem stało się, że serwetki do koszyczka szukałam i prałam w Wielką Sobotę. I tak było jeszcze w moim domu rodzinnym i tu. A dziś je odnalazłam i wyprałam.
Wiecie, że my nie mamy jakichś wielkanocnych tradycji? Naprawdę. U nas te święta były jakieś takie obok, bo to ani wigilii, a śniadania nie robiliśmy. Szło się ze święconką i już. Po sprawie. Dopiero tu coś próbujemy. Osobisty zawsze chce iść na nabożeństwa z Triduum Paschalnego, okazuje się, że Córa w tym roku też idzie sypać kwiaty na Rezurekcję (jakie kwiaty, ja się pytam, skoro nawet forsycja nie zakwitła). Staramy się też siąść do śniadania, choć wiadomo, jak to z dziećmi bywa, i tak się kończy na kanapce z szynką i tyle. Na pewno chcemy upiec ciasteczka, wszyscy razem, jakoś w tym tygodniu będziemy też piec baranki. W tym roku wprowadziłam nowość, że nie jemy słodyczy cały Wielki Tydzień. Nie, bynajmniej nie jakoś z wiarą związane to postanowienie ;) jak będą wygłodniali, prędzej zjedzą ciasta w święta ;)
Byłam tak zalatana, że zupełnie zapomniałam o drzewku wielkanocnym i nie mam naciętych gałązek. Muszę to nadrobić, może jeszcze się coś rozwinie.

Macie jakieś tradycje związane z tymi świętami?

Poza tym umyłam okna, ale nie sugerujcie się, bo ja jestem oknowa wariatka i muszę mieć czyste. Ale rozumiecie, MUSZĘ! Inna sprawa, że ja lubię to robić, ogromnie mnie to relaksuje. Tak samo mam z prasowaniem.

sobota, 6 stycznia 2018

Trzej królowie jadą

Wczorajsza kolęda tak nas zdenerwowała, że nie mieliśmy ochoty dziś do kościoła iść. A ksiądz zapraszał na wspólne kolędowanie i jakby mogło nas nie być. Argument, że nie wiemy, bo Córa kończy antybiotyk nie trafił do niego wcale, bo może się ciepło ubrać.
Obudziliśmy się dziś po 7, więc zdecydowaliśmy, że faktycznie ubierzemy się ciepło i pojedziemy do Krakowa na Orszak Trzech Króli. Wybraliśmy zielonego, co miał z placu Sikorskiego startować, wcześniej msza u Sercanek (lub saracenek, jak czasem mówi Osobisty). Nie tylko my daliśmy się oszukać informacji, bo orszak startował z Dębnik, ale poczekaliśmy na niego i już razem z nimi z placu Sikorskiego szliśmy na Rynek. Naprawdę świetnie się bawiliśmy przy wtórze orkiestry, idąc za rycerstwem i pod flagami. Owszem, kadzidło, które nieśli trochę mi przeszkadzało, mnie się słabo robi od tego zapachu, ale wiatr dawał radę. Atmosfera cudowna, naprawdę gorąca, musiałam rozpiąć kurtkę. A łzy w oczach stanęły, jak ludzie z oddziału onkologii nam machali z okien. Niech im Jezus narodzony przyniesie nadzieję i zdrowie.
Dzieciaki dzielnie maszerowały z koronami na głowach, my dostaliśmy po drodze i też założyliśmy. Dostaliśmy się prawie pod scenę, nie wpuścili nas tylko za ostatnią linię, gdzie wchodziła tylko ścisła obstawa króla, ale widzieliśmy sporo, również Lajkonika, a to w Krakowie nie jest częsty widok. Na czerwony orszak, który szedł z Wawelu czekaliśmy naprawdę długo, ale dzieci wytrzymały i mogliśmy zobaczyć coś z jasełek. Widzielibyśmy więcej, ale ważny pan ratownik nie raczył nawet ukucnąć i dzieciom zasłaniał strasznie, a prosiliśmy go parę razy. Rozumiem, że miał pewnie jakieś wytyczne, ale mógłby okazać się ciut bardziej ludzki. Poszedł, jak występ się skończył. To taki zgrzyt w tym wszystkim, ale ogólnie bardzo mi się podobało. Radośnie, podniośle, naprawdę niesamowite przeżycie. Za rok wybieramy się kolejny raz. Pewnie bardziej przygotowani, bardziej pod kolor królewskiego orszaku.







czwartek, 28 grudnia 2017

O wadze, lekarzu i nie planach. COCO

Czy jeżeli waga po świętach pokazała tyle samo, to mogę uznać, że schudłam?

Wczoraj pojechaliśmy do pani doktor, bo w nocy Córa dostała gorączki, skarżyła się na głowę, brzuch i uszy. 37.4, a ona drgawki ma, biedne to moje dziecko, odziedziczyło po mnie chorowanie bez gorączki, a lekko podwyższona ją poniewiera. Przy 37.8 już ledwo zbijam, a ona leci przez ręce.
Pani doktor zdiagnozowała zapalenie gardła, zapalenie ucha na skraju perforacji, katar spływający do brzucha, co może spowodować wymioty, a na pewno powoduje ból. Już się nie uchroniliśmy od antybiotyku. I tak nieźle, to pierwszy w tym roku, jak dobrze pamiętam. Choć ucho, to już nie zliczę, który raz...
W związku z tym plany na gości oddaliły się na bliżej określoną przyszłość, choć oczywiście, że nic nie planujemy, bo teraz zaplanowaliśmy i wyszło, jak wyszło.
A jutro odbieram mamę ze szpitala, do którego trafiła w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt. Z migotaniem przedsionków i wysokim ciśnieniem. Już czuje się dobrze, trzymają ją chyba tylko dla ZUSu, bo trzy doby muszą być, a świąt jej lekarz nie chciał policzyć, bo jej nie widział, nie robili badań i takie tam.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletów na Sylwestra w gaciach, bo teraz byśmy szukali kogoś, kto by za nas pojechał, albo bylibyśmy pięć stów w plecy. Jak nie zamówilibyśmy noclegu.

Byliśmy w kinie na COCO. Początkowo Córa nie chciała, ale potem się zajawiła i namówiła brata. Ja uważałam produkcję za głupią, infantylną i idiotyczną. Muszę odszczekać. Bo wyszłam zachwycona i chcę jeszcze, choć nie wiem, czy jestem gotowa. Film niespecjalnie dla dzieci, za duże przesłanie, za poważne. Dla nich ważne były kolory, piosenki, trochę tam zrozumiały, ale myślę, że to, co najważniejsze im jeszcze umknęło. Ja się poryczałam cztery razy, a pod koniec to już parę minut ciągiem ryczałam. Naprawdę polecam. Mądry, piękny film o marzeniach, odchodzeniu i pamięci. Cudowna opowieść o więziach rodzinnych i drodze życiowej ubrana w kolory meksykańskiego święta umarłych. Kara, wina i przebaczenie też są bardzo ważną częścią tego filmu. Choć nostalgiczny, chwilami ciężki i bardzo smutny, to jednak z zakończeniem tchnącym nadzieją. I ten "koci" przewodnik dusz. Polecam każdemu miłośnikowi czterech puchatych łap - koci ulubieńcy mają naprawdę wielkie ego. Będę do niego wracać, z pudełkiem chusteczek.

niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych Świąt

Niech blask świec rozpali w Was nadzieję, doda sił i ogrzeje serca. Czerpcie siłę z bycia razem, z obecności tych, których kochacie i tych, za którymi tęsknicie. Znajdźcie w sobie motywację do działania, żeby kolejny rok był Waszym rokiem.
Łamię się z Wami wirtualnym opłatkiem dziękując za obecność, za każdy komentarz i każdą myśl do mnie posłaną. Tym, którzy są i których nie widać. Wesołych, radosnych, pełnych spokoju Świąt.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Święta po naszemu

Miało być mało. Pracy i jedzenia. Barszcz z uszkami, ziemniaki i ryba, dla nas pstrąg, dla dzieci paluszki, pierogi z kapustą i grzybami w wersji z wody i smażone, bo roboty tyle samo, a dania dwa. Śledzie w śmietanie, sałatka, chałka, kompot, bynajmniej nie z suszu. Córa zechciała barszcz zabielany z ziemniakami, Syn żurek z kiełbaską. Próba wyjaśnienia mu, że to nie te święta, spełzła na niczym. No i tyle. Do tego sernik i makowiec i miało starczyć wigilijnie. Plan był pojechać do mojej mamy. Na dziś umówiłam się z nią na zakupy.
Wczoraj do ryb dokupiliśmy łososia, karpia, bo tata lubi i śledzie opiekane, w zalewie. Zdecydowałam się też dopisać kluski z makiem.
Dziś podczas zakupów do listy doszły krokiety z kapustą i grzybami, groch z kapustą, a do tego gołąbki na pierwszy dzień świąt. Ja mam już zrobione krokiety z mięsem, więc się podzielimy po pół. Mama już wcześniej kupiła filety z morszczuka, więc daje nam to kolejną rybę. Ma zamiar upiec królewskiego i metrowiec, więc się podzielimy.
Podejrzewam, że z menu wylecą ziemniaki, bo tego wszystkiego nie pomieścimy. Już czuję się gruba ;)

Kupiłam też jemiołę. Taką całą wiechę. Będzie wisiała na środku, więc uprzedzam wszystkich naszych gości.

piątek, 15 grudnia 2017

Zero spinki + edit zdjęciowy

Od dwóch tygodni wiedziałam, że na lekcjach otwartych z tańca i baletu ma się pojawić mikołaj. I byłam przekonana, że to będą cukierki, maksymalnie jakiś mikołaj czekoladowy. A dziś na grupie fb zobaczyłam zdjęcie, które wrzuciła pani Ania, a tam tyle dobra, że szok. I napisałam do niej, żeby wiedzieć, co jest w paczce, żeby Synowi zrobić, bo ostatnio Córa wygrała konkurs, on nie, ona dostała paczkę na urodziny od kuriera, on nie (i nie pomaga tłumaczenie, że jego wszyscy goście byli) i było mu okropnie przykro. I chciałam mu zrobić taką paczkę i podłożyć i byłoby super. I mi nie wyszło, bo pani Ania napisała, że paczka dla Syna będzie, bo chodził i może wróci i ona chce. Głupio mi się zrobiło, bo wyszło, jakbym się prosiła. Oczywiście nie chce słyszeć o zapłacie. To pomyślałam, że zrobimy jej prezent, oczywiście nie od mikołaja, bo nie mam jak podrzucić, musiałabym to zrobić w tajemnicy przed dziećmi, bez sensu. I ja myślałam o czymś słodkim i jakąś ozdobą świąteczną, akurat w przedszkolu kiermasz jest, więc byłoby dwa w jednym. A moje dzieci wymyśliły chatkę z piernika. Robioną przez nas.
Zero spinki, ciasto dopiero się chłodzi. Jeszcze upiec, złożyć, udekorować... Naprawdę, zero spinki ;) czy u nas nie może być normalnie?

Edit 21:59
Prace budowlane zostały ukończone



wtorek, 5 grudnia 2017

Pomocnik się spisał

Zapakowałam właśnie do końca 53 paczki mikołajowe dla dzieci i 7 dla pań. Z opisem. Uszami mi wychodzą, ale może mikołaj doceni i coś tam pod choinką zostawi. Bo u nas teraz pod choinkę dzieci sobie życzyły. Z racji urodzin, mikołaja i całej tej rzeszy prezentów u nas był tylko mikołaj. A teraz zachciały pod choinką, jak w bajkach. Więc będziemy zbierać paczki po rodzinie (a ten mikołaj to nie mógłby przynieść do nas, a nie tak zostawiać po ludziach?) i kłaść pod choinkę.

A wieczorem jadę na ploty. O. Co prawda z dziećmi, ale bez Osobistego, więc może trochę ze mnie ujdzie w związku ze świętami i teściami i całą tą poronioną sytuacją u nas, kiedy ja chcę, ale wiem, że to nie wyjdzie i chodzę cała zestresowana i mi się ryczeć chce. Wie ktoś, jak zasnąć i obudzić się po świętach? No i dziś chcę się tego pozbyć.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Sufit, choinka i kino, czyli co u nas po weekendzie

Intensywne cztery dni za nami.
Zaczęło się już w czwartek, kiedy z Osobistym minęłam się w drzwiach, pędząc na spotkanie z Przyjacielem, a potem na burleskę. Muszkieterki nie są najlepszym obuwiem na krakowski bruk, szczególnie, jak się ma piętnaście minut do zajęć i chce się jeszcze zamówienie z księgarni odebrać. Nic to, dałam radę i mega zadowolona, choć lekko mokra wróciłam do domu.
Z kolei w piątek to Osobisty spotykał się z tymże Przyjacielem na męskiej rozmowie, przez co wrócił do domu o niebo spokojniejszy. Podjął też decyzję o niekontynuowaniu kursu szafarza, przez co w sobotę ja wykonałam rozpaczliwy telefon o ustawienie do pionu do Przyjaciela, bo sobie wkręciłam, że:
A - poszedł, bo ja go namówiłam, a nie chciał
B - zrezygnował przez nas i ja go ograniczam.
Kop w tyłek, młotek w łeb czy inne przyjemności były mi potrzebne, stąd telefon. A On jest naprawdę dobry w tym, co robi, jedno zdanie, jedna sekunda i od razu trzeźwe myślenie się włącza.
A z racji wolnej soboty poszliśmy całą czwórką na górę zrobić kolejne prace przybliżające nas do zrobienia sufitów. Bo doszliśmy do wspólnego wniosku, znaczy Osobisty i ja, bo dzieci tu niewiele mogą, że najpierw sufity, a potem schody, bo inaczej nie będzie jak wejść, bo nie otworzymy tymczasowej zastawki, bo wszystko zawilgnie. Sporo poszło w sobotę do przodu.
Za to niedziela pełen relaks. Rano kościół, potem kino. Przyszedł czas na Kucyki Pony. Jasne, przewidywalne do bólu, dzięki czemu się nie poryczałam, ale czas w kinie przeleciał mi, nie wiem kiedy. Ani razu nie zerknęłam na zegarek, ani razu nie pomyślałam, ile jeszcze. Bardzo mądra, pouczająca historia. Ale ja ogólnie lubię kucyki właśnie za to. Pośmiałam się, zrelaksowałam, dobrze spędziłam czas. Bo za rękę z ukochanym można się potrzymać też na kreskówce.
Później obiad, tym razem postawiliśmy na niezdrowe jedzenie i wylądowaliśmy w Burger Kingu. Dzieci najbardziej zadowolone z zabawek z zestawu, choć i frytki się zjadły. Z nowymi siłami poszliśmy pobuszować po sklepach. Z Leroy wyszliśmy z płytkami dla mamy, która robi remont łazienki - po złamaniu ręki chce wywalić wannę i zamontować prysznic. Obejrzeliśmy lampy, dzieciaki sobie wybrały faworytów z obietnicą zwiedzenia Ikei. Na koniec zostawiliśmy sobie Auchan i tam zgłupieliśmy. Tyle lampek, nie wiadomo, które wybrać, a chcemy oświetlić choinkę przed domem. Synowi kupiłam bombkę bałwanka, Córze chcę kupić baletnicę, ale nie było ładnych. Postanowiłam, że każdego roku dostaną ode mnie bombkę, którą potem zabiorą do własnego domu. Co prawda planują jak na razie wybudować bliźniaka z drzwiami w ścianie łączącej, na naszej działce, ale choinkę chyba będą mieli oddzielną, co?

wtorek, 18 kwietnia 2017

Jak ze świętami było

W tym roku prawie udało się zrealizować plan. Nie poszliśmy tylko w Wielki Czwartek do kościoła. W piątek początek przygotowań, na czele z fryzjerem chłopaków. Ja nie poszłam przed świętami, bo katar mam taki, że ledwo dycham i się bałam czegoś gorszego, a z lekami to u mnie krucho :P Na szczęście ostatnie pasemka i farba są takie, że nie widać, tona odżywek i olejowanie działa cuda i nie musiałam tak na już.
W Wielki Piątek zrobiliśmy tak, by zdążyć na nabożeństwo, Syn na początku współpracował, a potem się uśpił, więc mieliśmy naprawdę długi wieczór. Nawet myśleliśmy, że w Sobotę, na wieczorne nabożeństwo już nie pójdą, tylko pójdziemy święcić, ale oboje chcieli. Na południe święcenie, już po wspólnym malowaniu jaj i przygotowaniach. Oni sami robili rafaello, znaczy dzieci i Osobisty, sałatkę robiłam z nimi ja, dzieciaki kroiły w plasterki, ja w kostkę. Święcenie na dwunastą, potem porządki i zbieranie najmniejszego kwiatka. Do kościoła lecieli, jak na skrzydłach, bo będzie ognisko (Córa nawet pytała, czy też kiełbaski ;) ) Syn znów oddalił się w objęcia Morfeusza i o ile Córa kazała sobie zatkać uszy na odwieszeniu dzwonów, tak on... spał... Niestety Córa zaczęła się nudzić i zamiast powiedzieć, zaczęła się awanturować, więc wyszliśmy wcześniej.
Niedziela to pobudka o 5 rano, doprowadzanie dzieciaków do pionu i Rezurekcja. Kwiatków nam starczyło do 2/3 trzeciego okrążenia, więc uważam, że nie było źle. Bibuły nie cięłam, bo to sprzątać trzeba, a ksiądz się nie chce godzić. W kościele było im ciężko usiedzieć, ale dali radę do końca. Na popołudnie byliśmy umówieni u mojej mamy, całe rodzeństwo, a Syn o 11.20 oświadczył, że idzie spać i jak powiedział, tak zrobił. Zanieśliśmy śpiocha do auta, Córa uśpiła się po drodze ;)
Bracia minęli się o jakieś piętnaście minut, więc mama nie miała nas wszystkich na raz, ale i tak miała nas dużo ;)
W poniedziałek oczywiście woda poszła w ruch, ale symbolicznie, do południa Osobisty zabrał dzieci do teściów, a po południu przyjechał starszy starszy brat z rodzinką, bo bratanica jeszcze nie widziała naszego domu. Przy okazji pozbyłam się resztek rzeczy dla malutkiego dziecka, bo moje już nie będą najmłodsze :) Szkoda, że nie wyrobiła się wcześniej, bo miałam więcej, ale cóż.

To były dobre święta :)

środa, 12 kwietnia 2017

Świąteczna tradycja

Rzeżucha, zasiana w poniedziałek, już kiełkuje. Pościel zmieniona, okna umyte, zostało tylko salonowe wewnątrz, ale czeka, aż Osobisty mi odsunie sofę. Dziś jedziemy do spowiedzi, a potem będziemy piec baranki. Dzieci zażyczyły sobie wziąć dwa do przedszkola, na Śniadanie Wielkanocne. Do tego dla nas, teściów, rodziców i wychodzi całe stado.
Mamy to szczęście, że jako młoda rodzina możemy sami tworzyć własną tradycję. I tak od dwóch lat pieczemy baranki i robimy mazurki. Oczywiście babka też obowiązkowa ;) W wersji dużej i malutkich babeczek muffinkowych. Do koszyczka. W tym roku też Córa chce iść na Rezurekcję, sypać kwiatki. Zbieram wszystko, co widzę (forsycja mi przemarzła i nie kwitnie), a resztę będzie sypać bibułą. Pójdziemy też na Triduum Paschalne. Do tej pory mam przed oczami śpiącego Syna na zawieszeniu, czy odwieszeniu dzwonów. Magia.
Postanowiliśmy też, że wyrabiamy się ze wszystkim do święcenia (najpóźniej u nas o 12, a potem mamy wolne i zaczynamy święta. W moim domu rodzinnym to się udawało raz lepiej, raz gorzej, czasem zostało odkurzyć, czasem pomieszać sałatkę, ale zasada działała i naprawdę mi się podoba.

piątek, 30 grudnia 2016

Nie wytrzymałam

Nie dałam rady. No nie wytrzymałam i wyszłam z domu, bo mnie już trafiało to siedzenie. W środę, opatulona powyżej nosa pojechałam z całą rodzinką do Krakowa. Kierunek - kino. Film - Trolle. To już nie pierwsza nasza wizyta w kinie, wiedzieliśmy, że może się skończyć siedzeniem na schodach, ale jednak nie. Dzieciaki, a głównie Syn, bo to on wcześniej chwilami wędrował, przesiedziały cały seans wpatrzeni w ekran. Nawet popcorn stracił w pewnym momencie na znaczeniu, choć przed wejściem Syn zażyczył sobie taką maszynę na urodziny.
Jak dla mnie bajka cudna, choć coraz bardziej mam wrażenie, że z tych bajek więcej korzystają dorośli. Owszem, tu nie było odniesień politycznych i tego typu, ale i tak... W końcu to dorośli znają przeboje w oryginalnej wersji. Muzycznie pięknie. True colours, Sound of silence czy Hello powaliło mnie na kolana i łzę wycisnęło (tak, mój drogi M, znów ryczałam na filmie).

Po seansie zahaczyliśmy o sklep, a nawet kilka, bo szczoteczki do przedszkola trzeba donieść, a mieliśmy tylko jedną, mleko się skończyło, a u nas jest 6 mlekopijców w porywach do gości ;) no i zaopatrzenie na Sylwestra kupiliśmy, bo jak zapowiedziałam, tak choćby w 5 szalikach do dotrę. A mogą się przydać, bo ui nas mróz się stawia ostry.


Jeszcze troszkę o świętach - zgodnie z Osobistym uznaliśmy, że to były najlepsze święta w naszej niekrótkiej już historii. Razem, z masą pyszności przygotowywanych też razem, nie spiesząc się, z kolędami na cztery głosy. 10 lat wcześniej przegadałam z Osobistym wigilię i to dało początek naszej historii. Mam nadzieję, że każdy kolejny rok będzie lepszy, aż do kolejnych pełnych 10.