Nie lubię wydawać kasy na ciuchy, 50 złotych za spodnie to zdecydowane maksimum, jakie zgadzałam się wydać. Ja nawet ubrań kupować nie lubię, bo z reguły nie mogę nic na siebie dobrać. Z racji tego, że mam dość szerokie biodra i niekoniecznie wielki biust, między górą, a dołem robi mi się rozmiar różnicy.
A wczoraj, z racji tego, że dzieci były na urodzinach, z Osobistym mieliśmy wolne i zaciągnął mnie do Mustanga. Zdjął trzy pary spodni z wieszaka i kazał mierzyć. Potem wybraliśmy dwie i poszedł do kasy.
Kocham ten sklep. Naprawdę. Po pierwsze mają tam spodnie idealne na moją pupę. Są dobre w biodrach, nie odstają w pasie, jak siadam, nie odkrywają mi niczego, bo niestety w innych sklepach standardem było to, że jak były dobre w biodrach, to w pasie mogłabym wsadzić jeszcze pół mnie, a jak dopasowałam pas, to nie naciągnęłam na tyłek. A tu się da. Magia! Kolejnym plusem jest to, że mieszczę się w rozmiar z liceum. Jest to absolutne kłamstwo, przeczące wskazaniom wagi, centymetra i widokowi w lustrze, ale jednak działa na samopoczucie i człowiek od razu czuje się, jak milion dolarów, nawet bez makijażu ;) Inna sprawa, to ich cena, na widok której moje krakowskie serce stanęło w poprzek, ale nie ja płaciłam ;) Post nie jest sponsorowany. No, może przez Osobistego, który wszystko sfinansował, a potem tylko kazał mi nosić torby, bo sam jeszcze nie bardzo może.