Miałam już nic nie pisać, ale gula mi skacze i muszę, bo się uduszę. Będzie po kolei, choć miałabym ochotę wyrzygać wszystko na raz. Wkurza mnie niepomiernie to, że Polacy kochają być ekspertami. W zależności od obecnie rozdmuchiwanej przez media afery przenoszą swą wiedzę wszelaką, czerpaną z internetu, układu chmur lub plotek usłyszanych i dopowiedzianych, na coraz to nowe dziedziny i bronią jej, niczym doktoratu, albo i lepiej. Pienią się, plują i rzucają jadem, znając jedynie mały wyrywek, jednak to nie przeszkadza im w dzieleniu się wiedzą wątpliwej jakości. Ale co tam, przecież można się wypowiedzieć i siać ferment. Wkurza mnie wszechobecna propaganda, która pokazuje tylko to, co wzbudzi emocje i najpodlejsze ludzkie instynkty. Bo przecież łatwiej pluć na nauczycieli, którzy żądają kasy, ale już dużo głupiej i niezręcznie byłoby pluć na nich i pomyje wylewać, jakby się tak człowiek dowiedział, że chcą też zniesienia egzaminu na koniec podstawówki i zmiany systemu, żeby te dzieciaki nie dostawały tyle do domu. O kilku innych postulatach nie wspomnę, kto chce, poszuka. Wybitnie działa mi na unerwienie wklejanie pustych frazesów, kopiuj wklej i brak argumentów w dyskusji, bo o czym dyskutować, jak obrazem czy tekst nie ma źródła i w ogóle nie wiadomo o co chodzi, ale udostępnić można, bo to modne.
No dobra, wyplułam się.
A teraz o strajku z mojej strony.
W naszej szkole i tak miało być wolne na czas egzaminów (odbywają się normalnie), więc dotyczył nas tylko poniedziałek i wtorek. W poniedziałek zajrzałam do szkoły, z wychowawczynią Córy siedział jeden chłopak, potem doszła jeszcze dwójka. Mimo, że rodzice byli w domu, dzieciaki zostały. Komentarz zostawię sobie. Razem z nimi do szkoły przyszło 6 uczniów. We wtorek nie przyszedł już nikt. Ja wiem, że mam łatwiej, bo nie pracuję i dla nas w ogóle nie było problemu, choć jakbym pracowała to Osobisty wziąłby opiekę, bo oboje stoimy murem za nauczycielami. Jednak skala nieobecności pokazuje, że jednak się dało. My wykorzystujemy wolne do granic możliwości. Co prawda Syn w poniedziałek i wtorek był w przedszkolu (prywatne, więc nie strajkuje, inaczej by nie poszedł), ale już wczoraj był, bo czemu on ma chodzić, jak nie chodzi ona. Posiedzieliśmy w ogrodzie, wsadziliśmy roślinki, trochę pieliłam, trochę się wygłupialiśmy, pognali do kolegów...
A wczoraj pojechaliśmy do kina. To znaczy kino wyszło przypadkiem, bo akurat wylądowaliśmy niedaleko, sprawdziłam i wybraliśmy Robaczki z zaginionej dżungli. Spodziewałam się śmiesznej historyjki o robaczkach, które wybierają się z misją ratunkową. Pierwszy niepokój zakradł się do serca już w pierwszej sekundzie. Obraz zupełnie nieprzystający do bajki. muzyka też bardzo poruszająca. I mój niepokój okazał się prawdą. Bo zamiast standardowej bajki, śmiesznej, uroczej i nie bardzo zapadającej w pamięć dostaliśmy ambitną, przepiękną opowieść o przyjaźni, miłości, poświęceniu i wartościach. O tym, że czasem jedyne, co możemy zrobić, kochając, to puścić wolno ukochaną osobę. To wszystko bez jednego słowa po polsku, ba, z dwoma zdaniami "po ludzku". Opowieść tkana obrazami, zdecydowanie trudna, długo musiałam im tłumaczyć, co się działo, ale bardzo dużo zrozumieli, po swojemu, ale zrozumieli. W trakcie seansu, z ciężkim sercem, bo mnie się bardzo podobało, zaproponowałam, że możemy wyjść, ale nie chcieli. Dumna z nich jestem. A najlepsze jest to, że nie kłamali, bo w domu dowiedziałam się, że to druga część (tak, tak, jestem szalenie niezorientowana, ale to film z 2013 a wtedy do kina na bajki nie chadzaliśmy) i koniecznie chcą obejrzeć pierwszą.
Dziś za to urządziliśmy sobie warsztaty wielkanocne. Zrobiliśmy całą stertę kartek, choć osobiście mam ochotę urządzić bojkot poczcie, za te ceny, ale Osobisty się śmieje, że przecież nie wyślę kartek paczkomatem ;). Posialiśmy też rzeżuchę. Nigdy nie wiem, kiedy jest na to dobry czas, ale może będzie jakoś wyglądać.