Cały dół domu mamy w płytkach, beżowych. A do nich wybrałam sobie jasnobeżową fugę, piękną, o ile jest czysta. Ale że z tarasu i od frontu jeszcze nie ma płytek, a jest sporo terenu to i się nosi. Wszystko. No i kot urządza ścieżki zdrowia. W związku z tym te fugi rzadko spełniają warunek, że są super czyste. To się wiąże z szorowaniem, kombinowaniem, zdartymi paznokciami, a w wiatrołapie i tak odpuszczam, szczególnie w okresie jesiennym i udaję, że one są ciemne. Jednak kura domowa we mnie cierpi. I tak kiedyś cierpiąc podeszłam do Osobistego, który akurat miał home office i pytam, czy ta myjka parowa naprawdę robi robotę. Kazał mi sobie pooglądać filmiki z jednym z modeli, przy okazji znalazłam ofertę z przeceną, bo trafiliśmy na Cyber Monday. Od razu mi się odechciało czystych fug, nawet po przecenie. Osobisty gadał w tym czasie z kolegą, który takie cudo posiada, mnie się coraz bardziej odechciewało i co prawda odpowiadałam na pytanie, jakie dodatki by mi się przydały, ale raczej w kontekście "kiedyś sobie kupimy".
Za chwilę patrzę, a on zamawia. No wziął i kupił, żebym nie pytała, ale sama spróbowała. Dwa dni później, bo wpłata była po dwunastej, kurier dostarczył paczkę.Otworzyliśmy dopiero wieczorem, jak byliśmy oboje i jazda do łazienki. Zrobiliśmy w niej saunę, ale efekt mnie zaskoczył. Wydawało mi się, że mamy względnie czysto, ale ta myjka robi taką robotę, że ja szotując codziennie bym nie dała rady. Następnego dnia poszła w obroty kuchnia, potem fugi. Kocham myjkę, kocham sprzątać, w ogóle kocham ten sprzęt.
Dziś myłam nim okna, specjalnie czekałam na cieplejszy czas, żeby na polu też oblecieć. Magia. Minuta i po robocie, owszem, bez ram, bo mi się nie chciało zmieniać końcówek, ale i tak jest świetnie, bo przeleciałam samą parą i już jest różnica. A co najważniejsze, jestem to w stanie zrobić z tej resztki, co zostaje po grzaniu, czyli nie muszę wyjmować przedłużacza.
Dzieciaki bardzo by chciały tym myć, ale boją się pary, która z tego wylatuje, myślę jednak, że to kwestia czasu.
A teraz coś dla ekologów. Myjką myje się bez użycia jakichkolwiek środków chemicznych, tyko woda. Jeżeli ktoś może sobie na takowy zbytek pozwolić, nie ma się co zastanawiać.
Notka nie jest sponsorowana, zachwyt wynika tylko z tego, jaki widzę efekt.
Każda kobieta w głębi duszy jest księżniczką, mnie wyraźnie trafił się Kopciuszek, ale choć sprzęt do pracy mam profesjonalny ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osobisty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osobisty. Pokaż wszystkie posty
środa, 12 grudnia 2018
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Najwyższy poziom zaufania
Z Osobistym mamy wspólne konto na allegro. To znaczy mamy osobne, ale tylko na jego jest opcja smart, więc często zamawiam z jego. I ostatnio wypatrzyłam fajny prezent dla niego, pod choinkę. Ale opłacało się tylko ze smartem. Więc piszę do niego, że zamawiam i żeby nie patrzył w kupione. Zgodził się, a ja naprawdę mu uwierzyłam w to, że nie zajrzy. Jednak na tym nie koniec historii. Chwilę później dostałam od niego smsa, żebym wzięłam tablet i wrzuciła w archiwum wszystkie wiadomości, które przyszły w związku z tym zakupem. Wysłał taką wiadomość jeszcze kilka razy, za każdym razem, jak dostawał jakąś wiadomość z allegro, żeby przypadkiem nie podejrzeć.
Kocham.
Kocham.
wtorek, 28 sierpnia 2018
Mąż każe, żona musi, odcinek drugi
Zarzekałam się, że czytnika e-book'ów nie potrzebuję. Bo faktycznie tak jest, w domu mogę wziąć książkę, a nigdzie nie wybywam na tyle często i na własnych nogach, a nie samochodem, że wzięcie książki do torebki stanowiłoby problem. Jak jeździłam na burleskę, to brałam słuchawki i słuchałam audiobooka. Ale zbliża się sanatorium, w planach mamy pociąg, a wiadomo, książka waży. Jedna. A na trzy tygodnie jedna może być mało. I tu znowu pytanie, ile nie będzie mało. Oznajmiłam, że wezmę laptopa, bo na jednorazowy wyjazd szkoda kupować czytnik. I tak chodziłam rozdarta między trochę bym chciała, ale nie wiem, czy się opłaca, szukałam używanych, znalazłam kilka nietrafionych prezentów, ale bez dowodu zakupu. I w końcu zadzwoniłam do Przyjaciela (telefon do Przyjaciela znanym programie jest jednym z kół ratunkowych i takoż go potraktowałam) o radę. I tak mówimy, jaki on ma, że brałby nowy, jak tylko parędziesiąt złotych droższy, że jak nie będę używać, to go od nas odkupi... I tak gadamy, gadamy, Osobisty chodzi koło mnie, kręci się po domu i nagle oznajmia, że kupił, tylko trzeba będzie odebrać z Galerii Bronowice.
No cóż. Kupił. Grzecznie podziękowałam i powstrzymałam się od uwag, że za drogo, że może nie trzeba no i najważniejsze, że nie zasłużyłam ;)
Nie, nie kupiłam Kindle, od początku go nie chciałam. Kupiłam sobie InkBook Classic 2. Tak, wiem, że nie ma podświetlenia, ale ja unikam patrzenia na jakikolwiek ekran bez dodatkowego światła, więc to dla mnie nie problem. Przyjaciel też ma porównanie między oboma i woli InkBooka. Ten ma tylko jedną wadę. Etui do niego są skrajnie paskudne.
p.s. Jeżuuuniu.... jaki byk ortograficzny był w tytule!! Wstyd! Jak zobaczycie jakiś błąd, to mi napiszcie, ja się nie obrażę, a chętnie poprawię.
p.s. Jeżuuuniu.... jaki byk ortograficzny był w tytule!! Wstyd! Jak zobaczycie jakiś błąd, to mi napiszcie, ja się nie obrażę, a chętnie poprawię.
piątek, 27 lipca 2018
Lepiej
Zdecydowanie mi lepiej. Zrobiłam dziś maraton po Krakowie, tu miałam coś oddać, tam odebrać, a na koniec pojechaliśmy do groty solnej. O dwie godziny za wcześnie, więc zaliczyliśmy jeszcze plac zabaw. Ugotowałam się, bo z domu wychodziliśmy, jak było szaro, buro i zimno, ale co tam, prysznic po powrocie zdziałał cuda.
I z uchem lepiej.
I Osobisty dziś wraca. Szkoda, że nie obejrzymy razem zaćmienia księżyca, bo on ląduje, jak się skończy, ale pociesza mnie myśl, że choć daleko, to będziemy patrzeć na ten sam księżyc.
I z uchem lepiej.
I Osobisty dziś wraca. Szkoda, że nie obejrzymy razem zaćmienia księżyca, bo on ląduje, jak się skończy, ale pociesza mnie myśl, że choć daleko, to będziemy patrzeć na ten sam księżyc.
wtorek, 3 lipca 2018
Znowu sami
Poleciał. Niby jutro wraca, ale strasznie mi przykro. Raz za razem. Potem znowu 25, tylko dlatego tak późno, że dla korporacji urlop rzecz święta. Inaczej latałby tydzień w tydzień, dostali zaproszenie z Turynu na cotygodniowe spotkania.
A w piątek rozpoczynamy urlop z prawdziwego zdarzenia, jedziemy nad morze :)
A w piątek rozpoczynamy urlop z prawdziwego zdarzenia, jedziemy nad morze :)
wtorek, 26 czerwca 2018
Samotna noc, samotny dzień
Dzieci pytają, kiedy będzie tata, pragną się przytulić i żeby je ukołysał do snu. Mnie jest zimno, mimo koca i skarpet. Dla mnie tęsknota ma wymiar fizyczny. I nie chodzi mi o to, że musiałam zapalić, żeby woda była. Ja tęsknię namacalnie. Dom jest zimny, cichy, niby swój, a jednak jakiś obcy, każdy dźwięk jest spotęgowany.
Zebrało się, wszystko na raz. W tamtym tygodniu nie było go od wtorku do nocy ze środy na czwartek. Poszło im tak dobrze, że dziś znów wyleciał i wraca w piątek w południe, w przyszłym tygodniu leci znów. Za dwa tygodnie nie leci tylko dlatego, że mamy opłacone wakacje. Po nich... Trudno orzec.
Nie umiem żyć bez faceta, ja muszę się mieć do kogoś przytulić, a kontakt przez skype nie bardzo rekompensuje mi brak obecności. Nie umiem żyć na odległość. I choć czasem mamy dla siebie pięć minut, nim padniemy na pyszczki, to wiem, że on jest, mogę go dotknąć, choćby w przelocie. Przywykłam do jego wyjazdów, już się tak o niego nie boję, pakuję go z zamkniętymi oczami najpóźniej, jak się da. Ale tęsknoty nie udało mi się ujarzmić.
I nawet wieczór z książką już nie cieszy. Wiem, wróci, pobędziemy chwilę razem, w niedzielę planujemy ognisko dla przyjaciół. I cieszy mnie to, ale teraz potrzebuję silnych ramion.
Zebrało się, wszystko na raz. W tamtym tygodniu nie było go od wtorku do nocy ze środy na czwartek. Poszło im tak dobrze, że dziś znów wyleciał i wraca w piątek w południe, w przyszłym tygodniu leci znów. Za dwa tygodnie nie leci tylko dlatego, że mamy opłacone wakacje. Po nich... Trudno orzec.
Nie umiem żyć bez faceta, ja muszę się mieć do kogoś przytulić, a kontakt przez skype nie bardzo rekompensuje mi brak obecności. Nie umiem żyć na odległość. I choć czasem mamy dla siebie pięć minut, nim padniemy na pyszczki, to wiem, że on jest, mogę go dotknąć, choćby w przelocie. Przywykłam do jego wyjazdów, już się tak o niego nie boję, pakuję go z zamkniętymi oczami najpóźniej, jak się da. Ale tęsknoty nie udało mi się ujarzmić.
I nawet wieczór z książką już nie cieszy. Wiem, wróci, pobędziemy chwilę razem, w niedzielę planujemy ognisko dla przyjaciół. I cieszy mnie to, ale teraz potrzebuję silnych ramion.
sobota, 19 maja 2018
Bardzo trudno jest mi orzec, czy to mysz, czy jaszczur może
W domu cisza, spokój. Wykładam się z książką na łóżku i...
Szsz szsz szsz - dobiegło mnie zza zlewu w kuchni. Cichutko podchodzę, dźwięk nie ustaje.
- Panie Boże, niech to będzie mysz, a nie jaszczurka. Mysz przyjmę, jak własną, pokocham, dam jeść - modlę się w duchu, patrząc w szczelinę między zmywarką, a szafką zlewozmywakową. Leży tam jakiś listek, rusza się. Dusza zwiała na ramię, serce czuję w piętach. Jestem sama, Osobisty wróci za parę godzin, jak to tam zostawię, to nie będę wiedzieć, gdzie polazło. Uzbrojona w resztki odwagi, albo determinacji, biorę pogrzebacz i odsuwam rzeczy stamtąd. Pusto. Wyjmuję rzeczy spod szafki, już na bezdechu, bo to przecież na mnie może wyskoczyć i pożreć w całości, nawet sznurówek nie wypluje, bo ich nie posiadam. Pusto. No ale przecież myszka może przycupnąć na rurze do zmywarki. Trzymając się tej myśli, daję przybyszowi spokój, wracam do lektury, dźwięk się nie powtarza. To było w środę.
Dziś, dzieci na polu, Osobisty kosi, zasiadam z książką i...
Szsz... szsz...szsz... - tym razem zza koszy na śmieci. Podchodzę cicho, szura. Idę po latarkę, świecę za kosze w nadziei, że spojrzą na mnie piękne czarne oczy w aksamitnym futerku, dam jej jeść i zostaniemy przyjaciółmi (a kota wywalę na zbity pysk za nie wykonanie obowiązków służbowych) i będzie pięknie.
A tam nic na mnie nie patrzy, bo jaszczurki nie umieją patrzeć do góry, tylko siedzi takie wielkie, długie, okropne jaszczurzysko, a ja wrosłam w ziemię. W końcu odzyskałam czucie w nogach i w te pędy na pole, do Osobistego, zaklinając gada, żeby się nie ruszał.
Mój rycerz bez skazy, choć bez zbroi wziął kosze, zabrał jaszczurkę i wyniósł na pole. Uratował mi życie normalnie, bo ja ze zwierzątek to się boję pająków, węży i jaszczurek. Szkoda tylko, że kota przynosi jaszczurki do domu. Żywe. Czy ona chce mnie wykończyć?
Szsz szsz szsz - dobiegło mnie zza zlewu w kuchni. Cichutko podchodzę, dźwięk nie ustaje.
- Panie Boże, niech to będzie mysz, a nie jaszczurka. Mysz przyjmę, jak własną, pokocham, dam jeść - modlę się w duchu, patrząc w szczelinę między zmywarką, a szafką zlewozmywakową. Leży tam jakiś listek, rusza się. Dusza zwiała na ramię, serce czuję w piętach. Jestem sama, Osobisty wróci za parę godzin, jak to tam zostawię, to nie będę wiedzieć, gdzie polazło. Uzbrojona w resztki odwagi, albo determinacji, biorę pogrzebacz i odsuwam rzeczy stamtąd. Pusto. Wyjmuję rzeczy spod szafki, już na bezdechu, bo to przecież na mnie może wyskoczyć i pożreć w całości, nawet sznurówek nie wypluje, bo ich nie posiadam. Pusto. No ale przecież myszka może przycupnąć na rurze do zmywarki. Trzymając się tej myśli, daję przybyszowi spokój, wracam do lektury, dźwięk się nie powtarza. To było w środę.
Dziś, dzieci na polu, Osobisty kosi, zasiadam z książką i...
Szsz... szsz...szsz... - tym razem zza koszy na śmieci. Podchodzę cicho, szura. Idę po latarkę, świecę za kosze w nadziei, że spojrzą na mnie piękne czarne oczy w aksamitnym futerku, dam jej jeść i zostaniemy przyjaciółmi (a kota wywalę na zbity pysk za nie wykonanie obowiązków służbowych) i będzie pięknie.
A tam nic na mnie nie patrzy, bo jaszczurki nie umieją patrzeć do góry, tylko siedzi takie wielkie, długie, okropne jaszczurzysko, a ja wrosłam w ziemię. W końcu odzyskałam czucie w nogach i w te pędy na pole, do Osobistego, zaklinając gada, żeby się nie ruszał.
Mój rycerz bez skazy, choć bez zbroi wziął kosze, zabrał jaszczurkę i wyniósł na pole. Uratował mi życie normalnie, bo ja ze zwierzątek to się boję pająków, węży i jaszczurek. Szkoda tylko, że kota przynosi jaszczurki do domu. Żywe. Czy ona chce mnie wykończyć?
wtorek, 6 marca 2018
Baba za kierownicą
Jadąc do domu zauważyłam mały czerwony błysk na desce rozdzielczej. Jakaś kontrolka Usiłując sobie wmówić, że to ręczny, choć wiem, że nie świeci tam (czasem nie dobija do dołu, ale jest tak słaby, że da się jechać bez szwanku) dojechałam do domu (już dostałam zjebkę od przyjaciela) i odpaliłam jeszcze raz. No nijak nie chciało być inaczej, kontrolka oleju. A mówił Osobisty, żebym to sprawdziła. Jakieś trzy miesiące temu. Podniosłam maskę i zerknęłam na karteczkę. Prawie padłam u stóp swej gwiazdy, bo tam, że olej wymieniany w listopadzie. 2016 roku. Taaaa....
No to dzwonię do Osobistego, że on chyba musi jechać po dzieci, bo jestem durna i mam chyba sucho. Kazał sprawdzić, ale szczegółowe oględziny potwierdziły tylko wstępną diagnozę. Nie mam oleju. Oczywiście nie omieszkał mi wypomnieć, że mówił mi o tym, ale kto by tam męża słuchał. A mechanik może dopiero w czwartek o 11. I nic nie pomogło moje jęczenie, że ja to powinnam dzwonić trzy miesiące temu. Jak dobrze, że stacja benzynowa blisko, kupię, doleję i jakoś dotoczę się do czwartku.
Na usprawiedliwienie mam tylko to, że Lew pokazywał mi na desce rozdzielczej poziom oleju i wiedziałam, że jak są trzy kwadraciki, to muszę się jechać umawiać na zmianę. Podobno jedyne takie auto, ale co tam.
Na pocieszenie do prasowania puściłam sobie Mamma Mia! Kocham, choć Brosnan mógłby się nie rozbierać. Ja go uwielbiam, jest cudny, ale ta owłosiona klata... Błeeeee.....
No to dzwonię do Osobistego, że on chyba musi jechać po dzieci, bo jestem durna i mam chyba sucho. Kazał sprawdzić, ale szczegółowe oględziny potwierdziły tylko wstępną diagnozę. Nie mam oleju. Oczywiście nie omieszkał mi wypomnieć, że mówił mi o tym, ale kto by tam męża słuchał. A mechanik może dopiero w czwartek o 11. I nic nie pomogło moje jęczenie, że ja to powinnam dzwonić trzy miesiące temu. Jak dobrze, że stacja benzynowa blisko, kupię, doleję i jakoś dotoczę się do czwartku.
Na usprawiedliwienie mam tylko to, że Lew pokazywał mi na desce rozdzielczej poziom oleju i wiedziałam, że jak są trzy kwadraciki, to muszę się jechać umawiać na zmianę. Podobno jedyne takie auto, ale co tam.
Na pocieszenie do prasowania puściłam sobie Mamma Mia! Kocham, choć Brosnan mógłby się nie rozbierać. Ja go uwielbiam, jest cudny, ale ta owłosiona klata... Błeeeee.....
sobota, 21 października 2017
Przeciwieństwa się przyciągają
On chodzi na kurs Szafarza Najświętszego Sakramentu.
Ona na burleskę.
Amen. Albo kurtyna - jak kto woli.
Ona na burleskę.
Amen. Albo kurtyna - jak kto woli.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Dowody zdrady
Nie szukałam, nie grzebałam, nie węszyłam. Same wpadły w moje ręce. Niepodważalne, namacalne dowody na to, że Osobisty mnie zdradza. A tyle razy zaprzeczał. Owszem, w żartach mówiłam o jego kochance, a on żartem zbywał temat. Ale sprawa się rypła. Co zrobiłam? Usunęłam, pozbyłam się i zamierzam zapomnieć i nigdy więcej do tego nie wracać.
Jakie dowody mi wpadły w ręce? W sumie to nie w ręce, a na głowę, bowiem Osobisty zrobił ze mnie rogacza. Tak, tak, rogacza, albo rogaciznę. Zwał, jak zwał, w każdym razie na głowie wyrósł mi był róg. Niepodważalny dowód, prawda? Bardziej dosłownie być nie mogło. I stwierdzenie, że to magia, że jak jednorożec, bo tak umiejscowiony do mnie nie trafiało. Umówiłam się więc do chirurga i dziś miałam zabieg. Pominę szczegóły, bo Osobisty mógłby mi zaśpiewać You're one in a milion, bo oczywiście znieczulenie nie bardzo zadziałało.
Dowodu się pozbyłam, Osobisty ma czystą kartę. Tylko kazałam mu następnym razem lepiej pilnować dowodów. Bo czemuż ja mam cierpieć? :P
Jakie dowody mi wpadły w ręce? W sumie to nie w ręce, a na głowę, bowiem Osobisty zrobił ze mnie rogacza. Tak, tak, rogacza, albo rogaciznę. Zwał, jak zwał, w każdym razie na głowie wyrósł mi był róg. Niepodważalny dowód, prawda? Bardziej dosłownie być nie mogło. I stwierdzenie, że to magia, że jak jednorożec, bo tak umiejscowiony do mnie nie trafiało. Umówiłam się więc do chirurga i dziś miałam zabieg. Pominę szczegóły, bo Osobisty mógłby mi zaśpiewać You're one in a milion, bo oczywiście znieczulenie nie bardzo zadziałało.
Dowodu się pozbyłam, Osobisty ma czystą kartę. Tylko kazałam mu następnym razem lepiej pilnować dowodów. Bo czemuż ja mam cierpieć? :P
środa, 19 lipca 2017
A w poniedziałek...
... Miałam zadzwonić do pana, który robi drzwi. Takie, jak nam się podobają. Przypomniałam sobie o tym wczoraj, więc dziś w końcu napisałam maila, bo telefonu nikt nie odbierał. Odpisał mi i dogrywamy szczegóły, takie jak grubość ścian, żeby dobrać ościeżnicę. Ciekawe, czy w efekcie je tam zamówimy. Jeśli tak, pod koniec sierpnia będziemy mieć w końcu w domu drzwi wszędzie, a nie tylko w łazience.
Najpierw chciałam w kolorze drewna, lakierowane bezbarwnie, z mleczną szybą. Ostatnio zobaczyłam jednak białe z niebieską szybą i się zakochałam. Jednak będę się musiała chyba wyleczyć z tego romansu, bo niebieska nie jest bezpieczna. A za zrobienie jej bezpieczną, o ile się da, pewnie sporo doliczą. Tak, czy inaczej, strasznie się cieszę, bo akurat ten element prawie mi sen z powiek spędzał. Tylko kot będzie koszmarnie niezadowolony, bo ona zawsze jest po złej stronie drzwi, a najlepiej, żeby były otwarte. Choć ostatnio były otwarte to i tak się na nich wieszała.
Osobisty wczoraj pojechał do Norymbergii i wraca... Oto jest pytanie. Bo według planu 1 jutro jadą do Drezna i wracają w piątek koło południa, a plan 2 zakłada, że jutro leci do Anglii i wraca w piątek w nocy. O ile będą loty. Na wszelki wypadek spakowałam go na tydzień, oczywiście z garniturem i zapasem koszul na czele, a tak się cieszył, że tym razem bez tego przyodziewku. Ciekawe, jak to wyjdzie w rzeczywistości.
Najpierw chciałam w kolorze drewna, lakierowane bezbarwnie, z mleczną szybą. Ostatnio zobaczyłam jednak białe z niebieską szybą i się zakochałam. Jednak będę się musiała chyba wyleczyć z tego romansu, bo niebieska nie jest bezpieczna. A za zrobienie jej bezpieczną, o ile się da, pewnie sporo doliczą. Tak, czy inaczej, strasznie się cieszę, bo akurat ten element prawie mi sen z powiek spędzał. Tylko kot będzie koszmarnie niezadowolony, bo ona zawsze jest po złej stronie drzwi, a najlepiej, żeby były otwarte. Choć ostatnio były otwarte to i tak się na nich wieszała.
Osobisty wczoraj pojechał do Norymbergii i wraca... Oto jest pytanie. Bo według planu 1 jutro jadą do Drezna i wracają w piątek koło południa, a plan 2 zakłada, że jutro leci do Anglii i wraca w piątek w nocy. O ile będą loty. Na wszelki wypadek spakowałam go na tydzień, oczywiście z garniturem i zapasem koszul na czele, a tak się cieszył, że tym razem bez tego przyodziewku. Ciekawe, jak to wyjdzie w rzeczywistości.
wtorek, 23 maja 2017
Na kaca najlepsza ciężka praca i na ... tęsknotę też
Czas mi tak zapitala, że jest sobota, a potem znów sobota. No dobra, teraz jeszcze zauważam środę, bo też jeździmy na próby i tak będzie do połowy czerwca, gdy odbędzie się zakończenie roku. Na nic nie mam czasu, ogródek zarasta, ja zarastam, szafy wybebeszone... No dobra, ja nie zarastam, bo ciepło i zarośniętym nijak się nie da być, choć ja i bez ciepła nie lubię. Szafa wybebeszona jedna, muszę zrobić porządek Osobistemu, w swojej już zrobiłam wczoraj. Ach, jak cudnie odkryć wszystkie swoje spódnice i bluzki na ramiączkach. Tia.. Dziś taką ubrałam, jak tylko zamachałam Osobistemu białą chusteczką i poszłam do roboty. Co prawda tym razem nie miałam oczu ze Shreka i "nie jedź", ale to dlatego, że denerwuję się sobotnim występem Córy i tym, że Syn nie bardzo chciał dziś do przedszkola. Ale jednak postanowiłam sobie, że jak go nie będzie, to ja rozłożę korę na brzegu, 30 metrów na długość, półtora na szerokość, i pod różami, żeby nie myśleć. Jutro nie mogę, bo jadę do fryzjera, a potem na próbę, w czwartek nie mogę, bo jadę na badania, a potem na kawę się umówiłam, a on wraca już w czwartek popołudniu. To jak wyszłam o 10, to już o 13.10 mogłam wejść pod prysznic, bo skończyłam. Z czerwonymi plecami, ramionami i z nikim, kto by mnie posmarował. Jaka kąpiel w 32 stopniach jest przyjemna ;)
Z przedszkola wracaliśmy dziś z burzą i deszczem w jednym miejscu. W domu sucho. Grzmi, błyska. Nawet parę kropli spadło, ale tak się zebrać nie mogło, że ja zebrałam dzieci i poszliśmy w końcu posiać warzywka. Marchewkę, pietruszkę, dynie, cukinie, ogórki, sałatę kolorową, groszek zielony i fasolkę szparagową. Ciekawe, co z tego wyrośnie ;) pory już rosną i rzodkiewka też.
Plecy mnie bolą, od słońca też, miałam nadzieję na leżak, to słońce ukradli i w ogóle zrobiło się paskudnie. Jutro poodpoczywam u fryzjera. Potem próba, 4 dziewczynki do przebrania w siedem minut ;)
A w sobotę wielki dzień. Na Majówce Hrabiny Zofii premiera Śpiącej Królewny z muzyką Czajkowskiego, o godzinie piętnastej. Potem przejazd do nas i planujemy grilla, więc w piątek czeka mnie trochę roboty, żeby coś upiec. Kto ma ochotę? Zapraszamy :) Na oba wydarzenia.
W niedzielę Córa skarżyła się na uszy, wczoraj rano mówi, że kaszle, że boli ją brzuch, nie chce do przedszkola. W drodze do lekarza przyznała, że chciała zostać w domu, a nic jej się nie działo. Mamy umowę, że jak nie będzie chciała iść do przedszkola, czy do szkoły, to niech powie, a nie kombinuje, po co mam się martwić, a potem, w przyszłości kombinować przed nauczycielem "O, tak, była chora, zapomniałam, hahaha, wie pani, starość nie radość, skleroza taka, hahaha". Tia, szybko przyszła ta rozmowa...
10 czerwca mamy Family Day w pracy Osobistego. O 11. A od 9 do 11 mamy próbę generalną na scenie przed występem na koniec roku. 45 minut drogi dalej. Ktoś opanował teleportację? Chętnie się nauczę :P
Z przedszkola wracaliśmy dziś z burzą i deszczem w jednym miejscu. W domu sucho. Grzmi, błyska. Nawet parę kropli spadło, ale tak się zebrać nie mogło, że ja zebrałam dzieci i poszliśmy w końcu posiać warzywka. Marchewkę, pietruszkę, dynie, cukinie, ogórki, sałatę kolorową, groszek zielony i fasolkę szparagową. Ciekawe, co z tego wyrośnie ;) pory już rosną i rzodkiewka też.
Plecy mnie bolą, od słońca też, miałam nadzieję na leżak, to słońce ukradli i w ogóle zrobiło się paskudnie. Jutro poodpoczywam u fryzjera. Potem próba, 4 dziewczynki do przebrania w siedem minut ;)
A w sobotę wielki dzień. Na Majówce Hrabiny Zofii premiera Śpiącej Królewny z muzyką Czajkowskiego, o godzinie piętnastej. Potem przejazd do nas i planujemy grilla, więc w piątek czeka mnie trochę roboty, żeby coś upiec. Kto ma ochotę? Zapraszamy :) Na oba wydarzenia.
W niedzielę Córa skarżyła się na uszy, wczoraj rano mówi, że kaszle, że boli ją brzuch, nie chce do przedszkola. W drodze do lekarza przyznała, że chciała zostać w domu, a nic jej się nie działo. Mamy umowę, że jak nie będzie chciała iść do przedszkola, czy do szkoły, to niech powie, a nie kombinuje, po co mam się martwić, a potem, w przyszłości kombinować przed nauczycielem "O, tak, była chora, zapomniałam, hahaha, wie pani, starość nie radość, skleroza taka, hahaha". Tia, szybko przyszła ta rozmowa...
10 czerwca mamy Family Day w pracy Osobistego. O 11. A od 9 do 11 mamy próbę generalną na scenie przed występem na koniec roku. 45 minut drogi dalej. Ktoś opanował teleportację? Chętnie się nauczę :P
poniedziałek, 15 maja 2017
Co z tą pogodą?
Wczoraj było tak cudnie, leżak, książka, brakowało mi tylko Osobistego do szczęścia. Dziś rano 16 stopni, cudne słońce. To sukienka z krótkim rękawem, ukochane szpilki i mnóstwo planów. Znaleźć maliny w trawie, wywietrzyć pościel, skończyć książkę... A po przyjeździe z przedszkola zaszły chmury i chyba wszystkie plany, prócz książki spłyną.
Co z tą pogodą? Za dwa tygodnie występ Córy, na wolnym powietrzu. Coraz bardziej boję się, że mi dziecko umarznie, mimo długiego rękawa sukni. Ale body ma z krótkim. Kurczę, przecież maj już jest...
Denerwuję się tym występem, chyba bardziej, niż ona. W sobotę zawiozłam ją na 10.30, miałam odebrać o 12.30. Obsuwa. ja już pominę, jak rodzice się wkurzają, bo jak tak można, tak przedłużać, bo ich dzieci muszą tańczyć po półtorej godziny i one nie dadzą rady. 8 letnie i więcej pannice. Cholera, moja ma 5 i tydzień w tydzień tańczy po dwie godziny zegarowe. A w sobotę przetańczyła dwie i pół. Myślałam, że wyjdzie ledwo powłócząc nogami, z nosem przy ziemi, a ona wyszła z sali skacząc, z błyszczącymi oczami i nie bardzo się spieszyła do wyjścia. Zapytałam jej nawet, czy nie chce wychodzić, a ona mi na to, że jeszcze by potańczyła, bo było tak super. Już wiem, że w przyszłym roku też będzie chodzić na dwie godziny. Pasja i marzenie, bo od dawna mówi, że w przyszłości będzie baletnicą i będzie uczyć innych. I wiem, że to ten czas, że właśnie teraz powinna zacząć ćwiczyć, by potem móc cokolwiek z siebie dać. I wiem, że to sport ekstremalny, że będzie boleć i będą łzy. Jak zrezygnuje, będę, jak pójdzie dalej, będę.
Co z tą pogodą? Za dwa tygodnie występ Córy, na wolnym powietrzu. Coraz bardziej boję się, że mi dziecko umarznie, mimo długiego rękawa sukni. Ale body ma z krótkim. Kurczę, przecież maj już jest...
Denerwuję się tym występem, chyba bardziej, niż ona. W sobotę zawiozłam ją na 10.30, miałam odebrać o 12.30. Obsuwa. ja już pominę, jak rodzice się wkurzają, bo jak tak można, tak przedłużać, bo ich dzieci muszą tańczyć po półtorej godziny i one nie dadzą rady. 8 letnie i więcej pannice. Cholera, moja ma 5 i tydzień w tydzień tańczy po dwie godziny zegarowe. A w sobotę przetańczyła dwie i pół. Myślałam, że wyjdzie ledwo powłócząc nogami, z nosem przy ziemi, a ona wyszła z sali skacząc, z błyszczącymi oczami i nie bardzo się spieszyła do wyjścia. Zapytałam jej nawet, czy nie chce wychodzić, a ona mi na to, że jeszcze by potańczyła, bo było tak super. Już wiem, że w przyszłym roku też będzie chodzić na dwie godziny. Pasja i marzenie, bo od dawna mówi, że w przyszłości będzie baletnicą i będzie uczyć innych. I wiem, że to ten czas, że właśnie teraz powinna zacząć ćwiczyć, by potem móc cokolwiek z siebie dać. I wiem, że to sport ekstremalny, że będzie boleć i będą łzy. Jak zrezygnuje, będę, jak pójdzie dalej, będę.
niedziela, 7 maja 2017
Rozklejona, o książkach i o nowym laptopie
W czwartek zrobiłam badania zlecone przez ginekologa, wróciłam do domu i dostałam telefon, że mam bardzo wysoki poziom d-dimerów, czy się nie duszę, czy nie mam ciężkich nóg, żylaków itd... A mnie nic się nie dzieje. Pojechaliśmy popołudniu do ginekologa, bo pilnie się miałam skonsultować, wyczekałam się, przyjęła mnie i uznała, że się jej nie zgadza, bo inne parametry nie wskazują na zakrzepy. Chora nie jestem i ona głupieje. Wysłała mnie na powtórne badania, na cito (godzina 19 z hakiem). Zwiedziłam szpital Bonifratrów, odwiedziłam tamtejszego internistę i wygrzebaliśmy, że może ubytek w zębie, który miałam leczyć w poniedziałek. Przy czym dziąsło mnie bolało, więc pojechałam w piątek, okazało się, że mi się kieszeń za ósemką zrobiła i tam ropa. To pewnie przez to te wyniki, ale mimo wszystko na wszelki wypadek musiałam odstawić pigułki. W środku cyklu. Wczoraj się zaczęło. Płacz o byle co, złość w sekundę, rozwaliło mi cykl dokumentnie, a mnie przy okazji. Dziś poszłam na górę, do mojego jedynego tu pudła z książkami, by poszukać czegoś lekkiego, bo Trzy godziny ciszy zdecydowanie nie służy mi w tym stanie. I co? Bez Ciebie. Intruz. Cztery strony miłości. Dziewczyna o kruchym sercu. Milczący zamek. No nic, tylko się pociachać. Belgariadę czytałam niedawno. To samo Belgarath. Pieśń Reginy odpada jak poprzednie tytuły. W końcu wyjęłam Eddingsa i jego Elenium. Choć tu bardziej przydałaby się wczesna Szwaja, bo późniejsza też daje w łeb, głównie Matka wszystkich lalek. A Szwaję mam u teściów.
Osobisty kupił mi nowego laptopa. Od dawna się odgrażał, ja się broniłam, bo przecież mój stary nadal działa. Miałam netbooka, od lat wielu, kochałam go naprawdę i on naprawdę dobrze działał, jak na moje potrzeby. Ale kupił i już. Usiłuję się z nim oswoić, ale jakoś mi nie idzie, notkę piszę już wieki, bo ma inny rozstaw klawiszy i w ogóle jest kanciaty. Tak, wiem, ogromny powód do nielubienia. Nie jestem gadżeciarą, mogę mieć stary sprzęt, jeśli działa. Ten dostałam, żeby było bezpieczniej, bo mi się np chrome już nie aktualizował. Ech... Oczywiście, że podziękowałam i piszę z nowego. Ach, no i Osobisty nie byłby moim Osobistym, gdyby mi nie oznajmił, że już nie mam wymówki, żeby nie pisać ;)
Osobisty kupił mi nowego laptopa. Od dawna się odgrażał, ja się broniłam, bo przecież mój stary nadal działa. Miałam netbooka, od lat wielu, kochałam go naprawdę i on naprawdę dobrze działał, jak na moje potrzeby. Ale kupił i już. Usiłuję się z nim oswoić, ale jakoś mi nie idzie, notkę piszę już wieki, bo ma inny rozstaw klawiszy i w ogóle jest kanciaty. Tak, wiem, ogromny powód do nielubienia. Nie jestem gadżeciarą, mogę mieć stary sprzęt, jeśli działa. Ten dostałam, żeby było bezpieczniej, bo mi się np chrome już nie aktualizował. Ech... Oczywiście, że podziękowałam i piszę z nowego. Ach, no i Osobisty nie byłby moim Osobistym, gdyby mi nie oznajmił, że już nie mam wymówki, żeby nie pisać ;)
środa, 29 marca 2017
Uczulenie na leki? Już mnie dotyczy i coś milszego też będzie
W poniedziałek czułam się dość niewyraźnie, katar załapałam, jakieś dreszcze, więc odstawiłam dzieciaki na obiad do przedszkola, zrobiłam, co zrobić miałam, kocyk, Neosine, Galpirin, wapno i herbatka z miodkiem i cytrynką. Taki standardowy zestawik. Książeczka, chusteczki, żyć, nie umierać. No właśnie...
Za jakaś godzinę, może mniej, zaczęły mnie swędzieć oczy, luz, przy katarze norma. Ale w uszach pulsowanie to już nie. Ciśnieniomierz: 130/80. Dla mnie sporo, bo ja zazwyczaj ledwo 110 na 65 wyciągam. Swędzi nadal, coraz bardziej, więc idę do łazienki, cała jestem czerwona. Ciśnienie 140/80 i rośnie. Ochlapałam się zimną wodą, nic. Ciśnienie 160/80, a ja puchnę tak, że nie mogę ustami ruszać. Piszę do Osobistego, czy jakby co, to odbierze dzieci, bo zażyłam leki i coś mi się dzieje. Dzwoni do mnie, że mam jechać do lekarza. Umawiamy się, że idę pod prysznic, zbić ciśnienie, bo nie dojadę do ośrodka w tym stanie. Swędzi!!! Rozebrałam się, cała jestem bordowa, a skóra w bąblach na 3 mm, calusieńka. Opłukałam się, wodą o temperaturze 30 stopni, bo cieplejsza parzyła, zbiłam ciśnienie do 140 i pojechałam. Od razu mnie przyjęli, dali środek na odczulenie i zestaw leków na dwa tygodnie. Wychodziłam według mnie blada i mniej spuchnięta, Osobisty, który się zwyczajnie zebrał i do mnie przyjechał przestraszył się na mój widok. Według niego nawet w ciąży tak nie spuchłam.
Wczoraj byłam jeszcze na drugim zastrzyku, bo nadal swędziało, choć już nie chciałam zerwać rzęs, brwi i włosów na głowie, bo tam było najgorzej. Wiwat depilacja.
Nie wiem, co mnie uczuliło, zażywałam nie raz w takim układzie. Wiem, że jakbym nie zażyła wapna, byłoby jeszcze gorzej i to mnie przeraża, bo byłam sama. Znikąd pomocy, a nawet, to mogłoby być za późno, jakbym puchła do wewnątrz.
Wczoraj za to, jak mnie pokłuli i tyłek mnie bolał, to zabrałam się za oznaczenie krzaczków i przecięcie róż, co przemarzły. Po powrocie Osobistego wzięliśmy wertykulator, przejechaliśmy przód i trawę zasialiśmy. Od razu się przyjemniej zrobiło i widać lepiej, a nie takie trawy wielkie. Dziś sadziłam kwiaty na tarasie, bo dostałam od sąsiadki, a zaraz wsiadam w auto, jadę po dzieci i do mamy po różę pnącą i jakieś coś jeszcze. Widać, że mama już nie daje rady i muszę się wziąć za dwa ogródki, bo serce jej pęknie, jak jej z ogrodu z prawie setką róż zostanie trawnik. Ogarnę, bo muszę, a ruch się przyda, bo waga jakoś nie chce współpracować ze mną ;)
środa, 15 marca 2017
Poleciał i o pisaniu
Wczoraj się łudziłam, że może nie, może nie dostanie ostatniego approval'a... Pakowałam go dopiero wieczorem, robię to już z zamkniętymi oczami.
Dziś zjedliśmy obiad, o 10.30!! Odwieźliśmy go na samolot i pusto nam.
Byliśmy nad zalewem, ale nas wywiało po pięciu minutach. W domu czytaliśmy, odkurzyliśmy, zmyłam podłogę, jak dzieci rysowały, byliśmy na ogrodzie patrzeć, jak sąsiad orze pole. Budowaliśmy z piasku i dzieciaki na rowerkach pojeździły. Już są wykąpani, łazienka od zalania uratowana, jemy kolację... I jest dopiero 18.37! Strasznie długi ten dzień. Jutro już pójdą do przedszkola. Zwariuję. Choć nie... Zacznę pisać.
Mam kilka pomysłów, nawet dość mocno dopracowanych, co po kolei, tak głównie, zebrałam potrzebne informacje i muszę usiąść. Najpierw myślałam o czymś dla starszego czytelnika, ale chyba wrócę do historii z szuflady, bardziej młodzieżowej. Sporo tam trzeba dopracować, dopisać, skończy się pewnie na tym, że większość napiszę od nowa... Co prawda projekt ustawy o jednolitej cenie książek i zakazie promocji mi skrzydła podcina, ale nie będzie rząd pluł mi w marzenia. Coś się wykombinuje. Bo co prawda podpisałam petycję, ale jakoś w nią nie wierzę. Może ktoś się tam opamięta i zrozumie, że podniesienie ceny wcale nie podniesie wpływów z VATu, że to prędzej obniżka cen okładkowych da wymierne korzyści, bo więcej ludzi kupi. Ale to zawsze dla tych z góry było nie do zrozumienia.
Moim motto życiowym zawsze było: Żyj tak, aby twoim epitafium mogło być: Nie żałuję" Nie chcę żałować, że się poddałam. I dopisuję nowe motto: Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Dziś zjedliśmy obiad, o 10.30!! Odwieźliśmy go na samolot i pusto nam.
Byliśmy nad zalewem, ale nas wywiało po pięciu minutach. W domu czytaliśmy, odkurzyliśmy, zmyłam podłogę, jak dzieci rysowały, byliśmy na ogrodzie patrzeć, jak sąsiad orze pole. Budowaliśmy z piasku i dzieciaki na rowerkach pojeździły. Już są wykąpani, łazienka od zalania uratowana, jemy kolację... I jest dopiero 18.37! Strasznie długi ten dzień. Jutro już pójdą do przedszkola. Zwariuję. Choć nie... Zacznę pisać.
Mam kilka pomysłów, nawet dość mocno dopracowanych, co po kolei, tak głównie, zebrałam potrzebne informacje i muszę usiąść. Najpierw myślałam o czymś dla starszego czytelnika, ale chyba wrócę do historii z szuflady, bardziej młodzieżowej. Sporo tam trzeba dopracować, dopisać, skończy się pewnie na tym, że większość napiszę od nowa... Co prawda projekt ustawy o jednolitej cenie książek i zakazie promocji mi skrzydła podcina, ale nie będzie rząd pluł mi w marzenia. Coś się wykombinuje. Bo co prawda podpisałam petycję, ale jakoś w nią nie wierzę. Może ktoś się tam opamięta i zrozumie, że podniesienie ceny wcale nie podniesie wpływów z VATu, że to prędzej obniżka cen okładkowych da wymierne korzyści, bo więcej ludzi kupi. Ale to zawsze dla tych z góry było nie do zrozumienia.
Moim motto życiowym zawsze było: Żyj tak, aby twoim epitafium mogło być: Nie żałuję" Nie chcę żałować, że się poddałam. I dopisuję nowe motto: Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
wtorek, 14 marca 2017
Smutaśnie i wkurzeniowo
Plan był prosty. Umówiłam się jutro na usg piersi, na 18.45. Wcześniej miała być kawa, umówiona dziś. A 10 minut po umówieniu się na powyższą kawę, Osobisty do mnie dzwoni i mówi, że jutro prawdopodobnie leci.
Tia.
Nie jest to pewne, ale mocno prawdopodobne, już planuje loty, a powrót dopiero w piątek. Chciał tak lecieć, żebym poszła na to usg, ale nie da rady, ostatni lot o 18.30 z Krakowa. No nie ma szans. Znów muszę odwołać.
Zaczyna mnie to wkurzać, bo przez te wyjazdy ciągle coś się przekłada, odwleka. W piątek miał homo office i tylko dlatego mogłam jechać do ginekologa. Ale teraz znowu będzie źle, bo drugi elektronik odszedł i Osobisty znów został sam na placu boju. Nie ma go, albo leci. Nie ma go, bo mnóstwo nadgodzin, bo pełno roboty. Cierpi na tym nasze życie prywatne, bo czasu, jak na lekarstwo. Z reguły, jak dzieci idą spać, to oboje padamy na pyszczki, on po pracy, często więcej, niż 10 - godzinnej, ja po ogarnianiu wszystkiego, nawet przynoszenia węgla i wymiataniu pieca. Dodatkowo ja teraz nawet nie próbuję kupować karnetu na fitness, bo po ostatniej akcji nie mam ochoty nadrabiać. Już nawet nie mówię o domu i o tym, że narysowane schody nie prowadzą na górę, a pieniądze na koncie nie wypełnią same ścian.
Mam kompletnie dość tej pracy, przy której nic się nie da zaplanować i przy której ciągle siedzę sama. A ja potrzebuję faceta na co dzień, a nie od święta. Chcę z nim posiedzieć wieczorem, pocieszyć się domem, który w końcu się skończy nazywać domem do skończenia. Nie umiem żyć na odległość, nawet kilkudniową, tęsknota mnie zabija i przeszkadza mi to. Może to normalne życie, a ja się czepiam. Może właśnie tak to wygląda, że jak się chce siedzieć w domu z dziećmi i "nie bać się wydawać kasy" to facet musi siedzieć tyle w robocie. Tylko ja nie chcę czekać do emerytury, by z nim być. Cholera, kocham, potrzebuję. Przy sobie, nie przez telefon...
środa, 1 marca 2017
Czas przyspieszył, albo ja nie nadążam
Szalony mieliśmy tamten tydzień, ten nie mniej. Ale od początku, czyli od tamtego piątku, kiedy to najpierw byliśmy na koncercie szantowym dla dzieci, a potem szybko na Dzień Babci i Dziadka przełożony ze stycznia. Ja z obu wyszłam zachwycona, choć z szant bardziej ;) taka niedobra matka jestem, że dzieci mnie mniej zachwyciły, ale cóż, ich mam częściej. W ogóle to było prawdopodobne, że Osobisty nie doleci, bo mu odwołali lot z Amsterdamu, ale tak załatwili, że wrócił tylko pół godziny później i o 1 w nocy w piątek już był. Po imprezie odwiozłam moich rodziców, do domu i na fitness biegiem.
Sobota to tradycyjnie balet i tańce i siedzenie u babci, cieplutko, słonecznie, mój brat też przyjechał, sympatycznie było. Popołudniu dzieciaki pojechały do drugiej babci, czyli teściowej, która w dzień przedstawienia miała zabieg i nie mogła być, wręczyć prezent.
Niedziela była dla nas, głównie dzięki nieocenionemu Chrzestnemu Córy i mojej najlepszej Przyjaciółki, którzy zajęli się dzieciakami. Oni sobie pojechali do kościoła, a my na koncert szanty klasycznej. Mechanicy, jak zawsze cudowni, Ryczące Dwudziestki z Qńą, którzy mnie wzruszyli do łez i depresyjnie polecieli, a potem Stare Dzwony, przy których popłakałam się ze śmiechu. Poprzedniego dnia "Popłynęli koledzy" i niekoniecznie w rejs. Porębski, którego samego zostawili na finał, powinien im to zaśpiewać. Cudowne trzy godziny z Osobistym, jak dawniej. Ach, cudnie mi.
Dzieci akurat wychodziły na spacer, jak wróciliśmy, ale łaskawie pozwolili nam zjeść ;)
W poniedziałek Osobisty znów pojechał, tym razem autem. Popołudniu mieliśmy gości, przyjechała do nas przyjaciółka Córy z poprzedniego przedszkola. Dzieci się bawiły, a my z jej mamą gadałyśmy. Było naprawdę sympatycznie. Bardzo się cieszę, że ten kontakt uda się zachować, bo dziewczyny naprawdę się lubią. O 19 ledwo się mogły rozstać.
A wczoraj pojechałam do Krakowa po prezent pewien i... zostawiłam go na półce w H&M. Zorientowałam się pod przedszkolem dzieciaków. Zadzwoniłam, miły pan ochroniarz mi znalazł i odłożył na kasę. Przywiózł mi go popołudniowi goście.
Wczoraj też miało być w Gminie spotkanie o dofinansowanie odnawialnych źródeł energii, ale nie poszłam, bo wcześniej tam zadzwoniłam i powiedzieli mi, że do naszego zasobnika się nie podłączą, ostatecznie szeregowo, a nas takie rozwiązanie nie interesuje.
A dziś w końcu długo wyczekiwana premiera trzeciej części Kaliny. To na pewno będzie cudowne kilkadziesiąt minut, oby mi humor poprawiło, bo pogoda siadła i mój humor też.
Osobisty ma wrócić jutro, oby im droga poszła dobrze. Dzieciaki już o niego pytają.
W piątek po przedszkolu muszę jechać na przełożone balet i tańce, potem fitness, a w sobotę urodziny koleżanki z przedszkola. Jeszcze prezentu nie mamy.
Mijamy się ostatnio z Osobistym i źle mi z tym. Jego nie ma, albo jak jest to ja pędzę na fitness, bo mi karnet zaczyna przepadać. Na marzec chyba nie wykupię, albo na 4 wejścia, bo się nie wyrabiam. Napiszę Wam niedługo recenzję Pozorności, bo połknęłam, ale muszę mieć chwilę spokoju, a wczoraj zasnęłam prawie z dziećmi. Dobrze, że mi się Córa kazała wykąpać i przebrać w piżamę, bo bym padła w opakowaniu.
sobota, 21 stycznia 2017
Po tygodniu i o pisaniu słów kilka
Zawsze mi czas pędzi, a ty razem mi się wydaje, że tak niedawno miałam zabieg. Pewnie dlatego, że nadal czuję nogę, jak się namęczę, to mnie boli i muszę się położyć. No i spałabym prawie cały dzień. Do tego doszły od czwartku chore dzieci, więc mamy trochę jazdę bez trzymanki. Antybiotyk, gorączka, która się nie chce zbić i dwie przylepy, które się chcą przytulać, zasypiają po południu, potem wojują do północy. Ale na szczęście Osobisty ma wolne i jakoś ogarniamy, choć jak ustaliliśmy, opiekunem jest świetnym, ale kurą domową jest kiepską. Powiedział, że pewnie dlatego, że jest kurakiem. W każdym razie to tylko mnie przeszkadza nie zdjęte z suszarki pranie, czy niepościelone łóżko, ewentualnie śmieci na podłodze. I sprzątam, zamiast powiedzieć i się złoszczę i męczę.
A teraz słowo wyjaśnienia. Znalazły się wydawnictwa, które chcą wydać naszą książkę, ale ze współfinansowaniem, na co ja się nie chcę zgodzić. Kilka jest na nie, kilka nie odpowiedziało. Niedawno dałam Markowi wolną rękę, jeśli chce wydać w tym systemie, ale bez mojego nazwiska. Nie odpisał mi, w każdym razie drugiej nie piszemy w tej chwili, nie wiem, jaki ma status. Ja pasuję, nie wiem, czy na zawsze, czy na razie.
A teraz słowo wyjaśnienia. Znalazły się wydawnictwa, które chcą wydać naszą książkę, ale ze współfinansowaniem, na co ja się nie chcę zgodzić. Kilka jest na nie, kilka nie odpowiedziało. Niedawno dałam Markowi wolną rękę, jeśli chce wydać w tym systemie, ale bez mojego nazwiska. Nie odpisał mi, w każdym razie drugiej nie piszemy w tej chwili, nie wiem, jaki ma status. Ja pasuję, nie wiem, czy na zawsze, czy na razie.
czwartek, 5 stycznia 2017
Z przytupem i odszczekuję
Rozpoczynamy ten rok z przytupem i nie o Sylwestrze mówię. W poniedziałek normalnie zawiozłam dzieciaki do przedszkola, choć Syn jeść śniadania nie chciał, ale trudno, zje w przedszkolu, nie będę się fochami przejmować (o ile nie są codziennie, bo ja bez śniadania ich nie chcę wypuszczać). Wieczorem okazało się, że to nie fochy, a początek choroby. Koło 18 zaczął lecieć przez ręce i parzyć, jak mały piecyk. 38.3 i rośnieeee. Od razu poszedł w ruch przecowgorączkowy, ja poszłam na fitness, na dwie godziny, jak wróciłam, dzieci spały. Położyliśmy się o 23 z hakiem, o 1 Syn się obudził z płaczem i kaszlem. Znów gorączka. Podałam lek, zwymiotował. Odczekałam chwilę, jak go przestało szarpać, podałam drugi raz. Ten się przyjął w żołądku, ale temperatura oscylowała w okolicach 37,9. Minęło pół godziny, nic, godzina, nic, a ja nie miałam paracetamolu. Do 4 rano siedziałam przy nim i robiłam okłady. O 5 wstał Osobisty, o 6 kot i tyle było mojego spania. Przedszkole musiało odejść w zapomnienie, na 16 do lekarza.
Ostre wirusowe zapalenie gardła plus zawalone górne drogi oddechowe. Tona leków, bańki, nacierania... I przecigorączkowy na receptę. Córa na szczęście zdrowa i mogła iść do przedszkola, jeżeli wsadzę Syna do ciepłego auta (zawsze grzeję wcześniej, bo mi się skrobać nie chce) i do przedszkola nie wejdzie. Szkoda tylko, że w środę o 5 rano obudziła się, bo ją brzuch bolał i zwymiotowała. I tyle z przedszkola.
Dziś kaszel Syna przeszedł z suchego w mokry, więc zmieniłam syrop wedle zaleceń, a Córa pojechała do przedszkola. Zdziesiątkowanego. Połowy dzieci nie ma, większość z nich nie wróciła po świętach. O 8.10 była ich 3! Na balecie tańczyły dziś 4 dziewczynki, a normalnie chodzi ich ponad 15. Syn mi się w drodze do przedszkola uśpił, czyli przed 12 i śpi do tej pory, a jest 14.21. Męczy go ta choroba, on nie sypia przecież w dzień od dawna.
A teraz będę odszczekiwać.
Miałam momenty, że chciałam, by Osobisty zamienił się ze mną i choć jeden dzień zajmował się całym domem i dziećmi. Ja naprawdę lubię siedzieć w domu, gotować, prać, sprzątać i ogarniać to wszystko. Lubię zajmować się dziećmi, ale czasem mam dość "mamoooo", "mamoooo", robienia picia, jedzenia, marudzenia, kłótni, bicia się i godzenia... No najnormalniej w świecie chciałam odpocząć od dzieci. I złościłam się, że on nie wie, jak to jest. A potem mnie złapało to zapalenie nieszczęsne, które nadal czuję, a teraz zima się zrobiła taka, że masakra jakaś i mnie pobolewa nadal. I zamienił się ze mną na prawie dwa tygodnie i to zdecydowanie gorzej miał, niż ja na co dzień. Co prawda ja sprzątałam i gotowałam, ale on wstawał o 5 rano, pracował, póki dzieci nie wstały, jedliśmy śniadanie, pomagał mi ich ubrać i zawoził do przedszkola. Wracał zazwyczaj na 8 i znów siadał do komputera, by pracować. Przed 12 jadłam z nim obiad, jechał po dzieciaki, 12.15 wstawiał ich do domu i przy wtórze: "To mi się nie podoba" Synowego jechał do pracy stacjonarnie. Wracał do domu na 19, bardzo rzadko wcześniej, bo przecież musiał jeszcze zakupy ogarnąć, kąpał dzieci, bo ja się nie mogłam schylić i czytał im na dobranoc. Na początku, jak brałam wyższe dawki, to jeszcze ogarniał posprzątanie łazienki, załadowanie zmywarki i posprzątanie tego, co dzieciaki zostawiły, a ja nie miałam siły zagonić ich do sprzątania, bo ja padałam na nos i spałam tuż po 20. Później czasem udało nam się jakiś film obejrzeć i od nowa. Sobota też go nie oszczędzała, bo przecież musiał zawieźć Córę na tańce.
Tylko dzięki niemu mieliśmy święta, bo on zrobił wszystkie zakupy, pomógł mi posprzątać i wszystko ogarnąć. Nie usłyszałam od niego słowa skargi. Jak ja marudziłam, że może pojedzie normalnie, że dzieciaki mogą nie iść, niech on odpocznie, to mówił, że odpocznie później, a dzieciaki niech nic nie tracą, skoro da się to zrobić tak niskim kosztem.
Mam najlepszego męża na świecie. Nie doceniałam go do tej pory, a on pokazał mi, w świetnym stylu, że daje radę. I niedługo powtórzy to, bo po zabiegu to on znów przejmie większość obowiązków domowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)