Nie, nie będzie to post o poddaniu mężowi, posłuszeństwie i takich tam. Kto mnie zna, wie, że akurat do poddaństwa mi daleko, preferuję wolność w związku i był już taki jeden, który mówił, że nie da się kochać i być wolnym. No to został wolny, bo kochać go nie umiałam. Dziś, z Osobistym, doskonale udaje nam się połączyć te dwie niby sprzeczności. Nie ma między nami zazdrości, każde może się przyjaźnić, z kim chce, nie ograniczamy się w żaden sposób. Inaczej przecież nie mogłabym się przyjaźnić z facetem, prawda? Inna sprawa, że Osobisty to na świętego męczennika może startować, ale nie o tym w ogóle miałam pisać. Miało być o tym, że mąż każe, żona musi.
Wczoraj kupiłam fuksję. Pojechałam po żylistka, ale nie mieli, a fuksja taka piękna. Obiecałam sobie, że nie będę wieszać przed drzwiami surfinii, bo mi nie rosną, ale fuksja to co innego, nie? Szczególnie, że już jedną mam z tamtego roku. I wczoraj powiesiłam obie, tą starą i tą nowo nabytą. Przyjechał Osobisty, oczywiście nie zauważył, więc go zaciągnęłam z powrotem, zapytałam, co się zmieniło, potem pokazałam palcem (ach, ci mężczyźni), a on mi na to, czemu kupiłam jedną, bo mu doniczki nie pasują, bo są innego koloru. Wiecie, to jak ten hejt na Lewandowską, że jej Klara ma same szare zabawki i biedne dziecko. No to mój mąż by się z Anią dogadał, bo też ma mieć jednakowo. Co mnie zaćmiło, żeby się zakochać w inżynierze? Dobra, do rzeczy. W związku z tym pojechałam dziś i dokupiłam drugą i już jest w tym samym kolorze. Ciekawe, czy zauważy :P
Dla równowagi dokupiłam też trzy książki. Dla Córy. Jeszcze muszę jej upolować tom 3 i 6, ale może kiedyś znajdę.
Z okazji Światowego Dnia Książki w przedszkolu mają tydzień książek i mogą przynieść swoje ulubione. No to wczoraj Córa wyniosła 6 tomów Magicznych baletek o Delfinie i jeden o Róży, bo pozostałych nie ma (jeszcze, 2, 4 i 5 wczoraj zamówiłam), a Syn Brzydkie Kaczątko. Dziś Syn zabrał 13 tomów Tupcia Chrupcia, Złomka, a Córa Palace Pets. Jak dobrze, że już środa, jutro im zabronię coś brać, bo panie już są przerażone. No ale to nie ich wina, że oni kochają wszystkie książki, prawda?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 kwietnia 2018
poniedziałek, 30 października 2017
Targi Książki Kraków 2017
Jak wyglądają Targi Książki? Zdania są podzielone. Tak wyglądały z mojej perspektywy:
Chciałam jechać na parking M1, ale tuż przed nim zobaczyłam, że ludzie z niego wyjeżdżają i parkują na trawie. Odpuściłam i skręciłam w Centralną. No dobra, najpierw się odstałam. Korki straszne, policja kierowała ruchem i... nie wpuściła mnie już na Galicyjską. Pojechałam więc dalej i zaparkowałam na miejscu, gdzie kiedyś ćwiczyłam w L-ce parkowanie przodem. Potem na butach, trochę kolejki po bilety i już same Targi. Jak już udało mi się przepchnąć przez kolejkę do Neli, było super.
Były tłumy, był ścisk, miejscami koszmarny, do kawiarni również kolejki, ale jedno wynika z drugiego. Targi ściągają tłumy, tłumy generują kolejki, proste. Jak ktoś tego nie rozumie i marudzi, że był ścisk, że nie było dostępu do jedzenia i picia (tak, widziałam taki komentarz), że parking zastawiony, to niech idzie do księgarni na rogu, albo do lasu, będzie miał i przestrzeń i powietrze.
Mnie faktycznie przeszkadzała jedna rzecz: piesi. Nie, nie jestem kierowcą, co by pieszych wystrzelał. Ale w sobotę miałam ochotę, bo wchodzili z każdej strony pod koła, ignorując przejścia dla pieszych i ruszające, starające się przejechać, auta. Bo oni muszą iść dalej i dalej i trzy sekundy ich zbawią. Wchodzili na drogę, zbiegali z chodnika. koszmar.
A same Targi? Cudowne. Wiem, ja nie byłam zwykłym czytelnikiem, byłam tam z Asią, więc dla autorek miałam nie parę minut po staniu w kolejce, ale miałam je od zaplecza. Poznałam wiele cudownych kobiet, pięknych, nie tylko zewnętrznie. Ciepłe, serdeczne kobiety, z którymi spotkanie do tej pory unosi mnie nad ziemią. Na długo zostanie w mojej pamięci.
A teraz anegdotka.
Stoimy z Asią na środku przejścia (a może to o nas te komentarze, że przejść się nie da?), podchodzi czytelniczka i mówi, że Asia z córką i że takie podobne. Fajnie mieć sławną mamę :) Ojciec NN. Może ktoś ma ochotę?
Chciałam jechać na parking M1, ale tuż przed nim zobaczyłam, że ludzie z niego wyjeżdżają i parkują na trawie. Odpuściłam i skręciłam w Centralną. No dobra, najpierw się odstałam. Korki straszne, policja kierowała ruchem i... nie wpuściła mnie już na Galicyjską. Pojechałam więc dalej i zaparkowałam na miejscu, gdzie kiedyś ćwiczyłam w L-ce parkowanie przodem. Potem na butach, trochę kolejki po bilety i już same Targi. Jak już udało mi się przepchnąć przez kolejkę do Neli, było super.
Były tłumy, był ścisk, miejscami koszmarny, do kawiarni również kolejki, ale jedno wynika z drugiego. Targi ściągają tłumy, tłumy generują kolejki, proste. Jak ktoś tego nie rozumie i marudzi, że był ścisk, że nie było dostępu do jedzenia i picia (tak, widziałam taki komentarz), że parking zastawiony, to niech idzie do księgarni na rogu, albo do lasu, będzie miał i przestrzeń i powietrze.
Mnie faktycznie przeszkadzała jedna rzecz: piesi. Nie, nie jestem kierowcą, co by pieszych wystrzelał. Ale w sobotę miałam ochotę, bo wchodzili z każdej strony pod koła, ignorując przejścia dla pieszych i ruszające, starające się przejechać, auta. Bo oni muszą iść dalej i dalej i trzy sekundy ich zbawią. Wchodzili na drogę, zbiegali z chodnika. koszmar.
A same Targi? Cudowne. Wiem, ja nie byłam zwykłym czytelnikiem, byłam tam z Asią, więc dla autorek miałam nie parę minut po staniu w kolejce, ale miałam je od zaplecza. Poznałam wiele cudownych kobiet, pięknych, nie tylko zewnętrznie. Ciepłe, serdeczne kobiety, z którymi spotkanie do tej pory unosi mnie nad ziemią. Na długo zostanie w mojej pamięci.
A teraz anegdotka.
Stoimy z Asią na środku przejścia (a może to o nas te komentarze, że przejść się nie da?), podchodzi czytelniczka i mówi, że Asia z córką i że takie podobne. Fajnie mieć sławną mamę :) Ojciec NN. Może ktoś ma ochotę?
piątek, 27 października 2017
Relaks
Ten relaks to głównie dla mnie i to jeszcze na wariackich papierach. Wczoraj sama na burlesce, w sensie nie z Przyjaciółką, to pojechałam później i musiałam szybko iść. A z powrotem to już chciałam szybko iść, bo nie chciało mi się czterdzieści minut na busa kolejnego czekać. Dodatkowy trening gratis.
A jutro jadę na Targi Książki. Podobno. To znaczy rano zawożę dzieciaki na tańce, Syna ostatni raz, bo sam mówi, że nie nadąża i za rok chce dopiero, a potem do Krakowa, oddać dzieci tacie i oni do domu, a ja na Targi. Planowaliśmy jechać wszyscy, ale Córa chodzi codziennie na różaniec i nie chcę jej tego zabierać. Raz tylko nie była, jak miała gardło mocno zawalone, ale wtedy naklejkę dzielnie zdobył Syn. Więc jadę sama. I teraz siedzę i kminię, czy jechać autem pod samo EXPO, czy może na M1, a potem busem, czy w ogóle komunikacją. Ech...
A jutro jadę na Targi Książki. Podobno. To znaczy rano zawożę dzieciaki na tańce, Syna ostatni raz, bo sam mówi, że nie nadąża i za rok chce dopiero, a potem do Krakowa, oddać dzieci tacie i oni do domu, a ja na Targi. Planowaliśmy jechać wszyscy, ale Córa chodzi codziennie na różaniec i nie chcę jej tego zabierać. Raz tylko nie była, jak miała gardło mocno zawalone, ale wtedy naklejkę dzielnie zdobył Syn. Więc jadę sama. I teraz siedzę i kminię, czy jechać autem pod samo EXPO, czy może na M1, a potem busem, czy w ogóle komunikacją. Ech...
poniedziałek, 31 lipca 2017
Życie jak malowane Karolina Wilczyńska
Karolina Wilczyńska
Wydawnictwo Czwarta Strona
cykl Stacja Jagodno
rok 2017
198 stron
Żal mi było, gdy przeczytałam czwartą, teoretycznie ostatnią, część Jagodna. Wszystko się domknęło, szło w dobrą stronę, a w moim sercu pozostał żal, że to już, że biały domek ma zamknięte drzwi i już przez nie nic nie zobaczę. Jednak biały domek ma drzwi zawsze otwarte i oto w moje ręce trafiło Życie jak malowane. Karolina Wilczyńska spisuje tylko to, co życie niesie. Nie ma tu cukierkowych historii i rzucania tęczą. Jest świat zły, mroczny, cudowny, namalowany, nierzeczywisty, udawany i taki do bólu realny. A wszystko płynie spokojnie, jak fale jeziora do brzegu, prawie niezauważalnie zanurzając stopy, a potem człowiek już cały jest tam, oddycha tym powietrzem i żyje życiem tych ludzi, jak przyjaciół, którzy przy kawie opowiadają, jak minął dzień.
A teraz minusy. Hrabianka Zuzanna jakoś bardziej mnie w tej części denerwowała swoim podejściem do życia i ludzi. Aż miałam ochotę zabrać jej laskę i trzepnąć po głowie. Ale rozumiem, coraz starsza jest, więc w zrzędzeniu ma ogromne doświadczenie i z dnia na dzień doskonali ten talent.
Jednak największym minusem jest długość książki. A może raczej powinnam napisać "krótkość". Zanim zaczęłam, już skończyłam. Dopisuję Karolinę Wilczyńską do listy autorek piszących za krótkie książki. Jak dobrze, że będzie kolejna część. A jak się skończy, zawsze można zacząć od początku, bo Jagodno nie może się przejeść.
Wydawnictwo Czwarta Strona
cykl Stacja Jagodno
rok 2017
198 stron
Żal mi było, gdy przeczytałam czwartą, teoretycznie ostatnią, część Jagodna. Wszystko się domknęło, szło w dobrą stronę, a w moim sercu pozostał żal, że to już, że biały domek ma zamknięte drzwi i już przez nie nic nie zobaczę. Jednak biały domek ma drzwi zawsze otwarte i oto w moje ręce trafiło Życie jak malowane. Karolina Wilczyńska spisuje tylko to, co życie niesie. Nie ma tu cukierkowych historii i rzucania tęczą. Jest świat zły, mroczny, cudowny, namalowany, nierzeczywisty, udawany i taki do bólu realny. A wszystko płynie spokojnie, jak fale jeziora do brzegu, prawie niezauważalnie zanurzając stopy, a potem człowiek już cały jest tam, oddycha tym powietrzem i żyje życiem tych ludzi, jak przyjaciół, którzy przy kawie opowiadają, jak minął dzień.
A teraz minusy. Hrabianka Zuzanna jakoś bardziej mnie w tej części denerwowała swoim podejściem do życia i ludzi. Aż miałam ochotę zabrać jej laskę i trzepnąć po głowie. Ale rozumiem, coraz starsza jest, więc w zrzędzeniu ma ogromne doświadczenie i z dnia na dzień doskonali ten talent.
Jednak największym minusem jest długość książki. A może raczej powinnam napisać "krótkość". Zanim zaczęłam, już skończyłam. Dopisuję Karolinę Wilczyńską do listy autorek piszących za krótkie książki. Jak dobrze, że będzie kolejna część. A jak się skończy, zawsze można zacząć od początku, bo Jagodno nie może się przejeść.
sobota, 29 lipca 2017
Chłop mi dorósł
Leżę w łóżku, przeglądam FB, chłopaki już po śniadaniu i coś tam robili, ale przyszli do mnie, jak się obudziłam. I nagle z moich ust dobywa się jęk, bynajmniej nie rozkoszy. Osobisty pyta, co jest. No to grzecznie zeznaję, że 11 października ma wyjść czwarty Zafon, a ja mam tylko dwa, bo jak był trzeci, to mnie nie było stać na książki, a potem stosik "do kupienia" tylko rósł i było mnie coraz mniej na niego stać i tak zeszło. I wiecie co? Osobisty mi mówi, że może w takim razie on mi będzie kupował na urodziny i inne takie okazje książki. Olśniło go. Po 10 latach dorósł do tej trudnej decyzji. Dobra, kpię sobie z faceta, a tak naprawdę to się cieszę. Mam mu listę zrobić. Się zdziwi, bo prócz dwóch książek Szwai, i dwóch Zafona, jednej Hobb z wymyślonych na szybko, to ja mam całą listę życzeń. Pominę litościwie Eddingsa, bo wszystkie logicznie kosztujące posiadam, a resztą ludzie się chwalą, że mają lub mają je w stanie strasznym. Ale też dopiszę, może będzie miał fart, albo kupi mi na jakimś zagranicznym portalu po angielsku. Ma mi zrobić listę zwrotną i to bez pozycji w stylu: uśmiechnij się i przytul.
A dziś zebrałam paprykę i cukinię i będzie leczo. Pomidory jeszcze mi nie zdążyły dojrzeć. Lubię ten mój ogródek. W poniedziałek planuję fasolkę szparagową. Mniamuśne.
A dziś zebrałam paprykę i cukinię i będzie leczo. Pomidory jeszcze mi nie zdążyły dojrzeć. Lubię ten mój ogródek. W poniedziałek planuję fasolkę szparagową. Mniamuśne.
piątek, 14 lipca 2017
Kiera Cass Rywalki
Weszłam do biblioteki, zerknęłam na półkę i przepadłam. Okładka z dziewczyną w pięknej sukni, za nią druga w tym samym stylu. Ani nazwisko Kiery Cass mi nic nie mówiło, ani seria Rywalki, bądź Selekcja, bo można znaleźć pod oboma tytułami. Wypożyczyłam.
Opowieść z serii bajki z odrobiną S-F. Świat, a dokładnie dawne USA, po IV wojnie światowej jest podzielone na klasy. Jedynka to Król i jego rodzina i kler, reszta rozdzielona między pozostałe siedem klas, gdzie ósemki to żebracy, uzależnieni i skazańcy za na przykład seks przedmałżeński. Z klas wyjść trudno, jedynie kobieta przez małżeństwo z kimś wyżej postawionym, zawód jest przypisany i nie można się zająć niczym innym. I w tym wszystkim żyje America, zakochana, szczęśliwa. Przez rodziców i chłopaka zostaje namówiona na udział w Eliminacjach organizowanych przez księcia, który w ten sposób, spośród 35 wylosowanych kandydatek chce sobie wybrać żonę. America jedzie do pałacu, wybrana spośród wielu zgłoszeń, ze złamanym sercem i obietnicą, że książę jej nie zdobędzie. Co z tego wyniknie? Warto poczytać.
Książka nie jest wielką literaturą. Stanowi raczej bardzo miły przerywnik między poważniejszymi tytułami. Mimo to czaruje, wciąga i nie chce wypuścić z pałacu pełnego intryg, komplikacji i walki o każdy dzień, również z rebeliantami, którzy w serii odgrywają dość istotną rolę. Postacie żyją, są, nie są nijakie, a pełne emocji i dość spójne w swoich działaniach. Krnąbrna Ami jest cudownym odświeżeniem pałacu, choć jej zachowanie często pakuje ją w kłopoty. Nawet przyjaciółka podsumowuje ją, że ma same głupie pomysły. Nie da się jej nie lubić, nie da się nie kibicować Piątce, która marzy o muzyce, a nie o księciu. Kiera Cass pokazała przekrój przez różne charaktery dziewczyn, które przyjechały do pałacu, różne metody walki o księcia i koronę. Robi to sprawnie, ładnym językiem, dzięki czemu nie czyta się, a płynie się przez tekst. młodzieżówka, którą może przeczytać każda kobieta, do późnej starości. Bajka o Kopciuszku z zupełnie innej perspektywy.
Trzy główne tomy uzupełniają dwie niepozorne książeczki z opowiadaniami, w których można poznać lepiej Eliminacje z drugiej strony i historię kilku innych kandydatek. Pomysł bardzo trafiony, bo czasem brakowało w głównych książkach odpowiedzi, a tu są podane.
Kiera Cass napisała jeszcze dwie kolejne książki dziejące się w tym świecie, jednak one mnie aż tak nie zachwyciły. Wydają mi się mniej dopracowane, pisane trochę na siłę. Mimo to polecam pisarkę. Komu? Każdemu, kto marzy o baśni, która może się spełnić, o miłości niekoniecznie od pierwszego wejrzenia, z przeszkodami, ale nie wydumanymi i o oderwaniu się od rzeczywistości.
Opowieść z serii bajki z odrobiną S-F. Świat, a dokładnie dawne USA, po IV wojnie światowej jest podzielone na klasy. Jedynka to Król i jego rodzina i kler, reszta rozdzielona między pozostałe siedem klas, gdzie ósemki to żebracy, uzależnieni i skazańcy za na przykład seks przedmałżeński. Z klas wyjść trudno, jedynie kobieta przez małżeństwo z kimś wyżej postawionym, zawód jest przypisany i nie można się zająć niczym innym. I w tym wszystkim żyje America, zakochana, szczęśliwa. Przez rodziców i chłopaka zostaje namówiona na udział w Eliminacjach organizowanych przez księcia, który w ten sposób, spośród 35 wylosowanych kandydatek chce sobie wybrać żonę. America jedzie do pałacu, wybrana spośród wielu zgłoszeń, ze złamanym sercem i obietnicą, że książę jej nie zdobędzie. Co z tego wyniknie? Warto poczytać.
Książka nie jest wielką literaturą. Stanowi raczej bardzo miły przerywnik między poważniejszymi tytułami. Mimo to czaruje, wciąga i nie chce wypuścić z pałacu pełnego intryg, komplikacji i walki o każdy dzień, również z rebeliantami, którzy w serii odgrywają dość istotną rolę. Postacie żyją, są, nie są nijakie, a pełne emocji i dość spójne w swoich działaniach. Krnąbrna Ami jest cudownym odświeżeniem pałacu, choć jej zachowanie często pakuje ją w kłopoty. Nawet przyjaciółka podsumowuje ją, że ma same głupie pomysły. Nie da się jej nie lubić, nie da się nie kibicować Piątce, która marzy o muzyce, a nie o księciu. Kiera Cass pokazała przekrój przez różne charaktery dziewczyn, które przyjechały do pałacu, różne metody walki o księcia i koronę. Robi to sprawnie, ładnym językiem, dzięki czemu nie czyta się, a płynie się przez tekst. młodzieżówka, którą może przeczytać każda kobieta, do późnej starości. Bajka o Kopciuszku z zupełnie innej perspektywy.
Trzy główne tomy uzupełniają dwie niepozorne książeczki z opowiadaniami, w których można poznać lepiej Eliminacje z drugiej strony i historię kilku innych kandydatek. Pomysł bardzo trafiony, bo czasem brakowało w głównych książkach odpowiedzi, a tu są podane.
Kiera Cass napisała jeszcze dwie kolejne książki dziejące się w tym świecie, jednak one mnie aż tak nie zachwyciły. Wydają mi się mniej dopracowane, pisane trochę na siłę. Mimo to polecam pisarkę. Komu? Każdemu, kto marzy o baśni, która może się spełnić, o miłości niekoniecznie od pierwszego wejrzenia, z przeszkodami, ale nie wydumanymi i o oderwaniu się od rzeczywistości.
sobota, 1 lipca 2017
Zagadka
Zagramy w prawda, czy fałsz? Tylko nie podglądajcie ;)
Byłam w bibliotece
Nic nie pożyczyłam.
Pożyczyłam 3 książki.
No i jakie typy?
Wczoraj w ramach pomocy mamie i zakupów poszłam do biblioteki oddać książki. Oddałam i wyszłam prawie biegiem, by nie pożyczyć nic, bo przecież w domu cały stos czeka. Dumna z siebie byłam ogromnie, żem taka twarda i silną wolę mam. A potem poszłam do drugiej, oddałam książki wypożyczone tydzień temu powodując zdziwienie pani. Ale ona mnie jeszcze nie zna ;) I wyszłam z trzema książkami.
Kurtyna.
Byłam w bibliotece
Nic nie pożyczyłam.
Pożyczyłam 3 książki.
No i jakie typy?
Wczoraj w ramach pomocy mamie i zakupów poszłam do biblioteki oddać książki. Oddałam i wyszłam prawie biegiem, by nie pożyczyć nic, bo przecież w domu cały stos czeka. Dumna z siebie byłam ogromnie, żem taka twarda i silną wolę mam. A potem poszłam do drugiej, oddałam książki wypożyczone tydzień temu powodując zdziwienie pani. Ale ona mnie jeszcze nie zna ;) I wyszłam z trzema książkami.
Kurtyna.
czwartek, 29 czerwca 2017
Po, o pracy i książkowo
Dziękuję za kciuki, modlitwy, dobre słowo i wszystko, co kierowaliście pod adresem mojej mamy. Zabieg się udał, jest już w domu, wczoraj ją odebrałam. Czuje się bardzo dobrze, tylko trochę ją boli, ale odpoczywa i jest ok. Do tego dobrali jej, w końcu!!, dobre leki na nadciśnienie i pierwszy raz od kilku miesięcy ma je normalne.
Spotkałam dziś w sklepie koleżankę z pracy i zdążyłam się nabawić wyrzutów sumienia. Siedzi we mnie przekonanie, że trzeba pracować, bo inaczej się jest pasożytem i nic się ze swoim życiem nie robi. Na co dzień wiem, że nie chcę wracać na etat, nie chcę być uwiązana, moim marzeniem jest pisać i zobaczyć, czy komuś to pisanie się spodoba. Nie bez znaczenia jest fakt, że mogę sobie pozwolić na brak pracy. Wiem, że będzie mi bardzo ciężko z myślą, że dzieciaki od rana do późnego popołudnia siedziałyby w świetlicy, która u nas jest wątpliwej jakości, a nawet w przedszkolu bym ich nie chciała trzymać od 6.30 do 15.30. Tak naprawdę to nie podlega dyskusji, instytucja nie jest dla mnie miejscem życia dziecka, tak uważam i nikt mnie nie przekona, że może być inaczej. Możecie oczywiście mi napisać, co myślicie, wiem, że są sytuacje, gdy nie ma wyboru, jednak ja właśnie ten wybór mam. Tylko gdzieś z tyłu głowy jest presja społeczna. Wiem jedno, jeżeli coś się stanie, że będę musiała wracać do pracy, to raczej nie w zawodzie, bo nie utrzymam rodziny, bardziej mi się opłaca iść do sieciówki, z jej świadczeniami i kwotą na umowie. Ot, życie.
Muszę się wziąć ostro do roboty, skończyć to, co mam, sprawdzić, wysłać i pisać kolejną, bo też już mam pomysł i na kilka następnych też. Mam co robić, tylko czasu brakuje, bo jednak przy dzieciach średnio się da, rozpraszają mnie za bardzo. I tu też powstaje temat pracy zawodowej, jak wrócę na etat, będę musiała porzucić pisanie, bo nie będę mieć na nie czasu.
Przeczytałam w tym roku już 30 książek. Wiem, że są ludzie na różnych książkowych stronach, co chwalą się wynikiem pod setkę dochodzącym, ale nie wiem, jak to robią i jak wygląda ich życie. Dla mnie to duża liczba. W liceum czytałam więcej, głównie w wakacje, ale teraz zwyczajnie muszę też robić coś innego. Pamiętam, jak z przyjaciółką czytałyśmy razem, jedną książkę, na zmianę pisząc opowiadanie. Jak ja pisałam, ona czytała (opowieść pisana oczami dwóch bohaterów, jedna pisała jako jeden, druga jako drugi), potem się zamieniałyśmy. Opędzlowałyśmy tak Harrego Pottera. To były fajne czasy.
Spotkałam dziś w sklepie koleżankę z pracy i zdążyłam się nabawić wyrzutów sumienia. Siedzi we mnie przekonanie, że trzeba pracować, bo inaczej się jest pasożytem i nic się ze swoim życiem nie robi. Na co dzień wiem, że nie chcę wracać na etat, nie chcę być uwiązana, moim marzeniem jest pisać i zobaczyć, czy komuś to pisanie się spodoba. Nie bez znaczenia jest fakt, że mogę sobie pozwolić na brak pracy. Wiem, że będzie mi bardzo ciężko z myślą, że dzieciaki od rana do późnego popołudnia siedziałyby w świetlicy, która u nas jest wątpliwej jakości, a nawet w przedszkolu bym ich nie chciała trzymać od 6.30 do 15.30. Tak naprawdę to nie podlega dyskusji, instytucja nie jest dla mnie miejscem życia dziecka, tak uważam i nikt mnie nie przekona, że może być inaczej. Możecie oczywiście mi napisać, co myślicie, wiem, że są sytuacje, gdy nie ma wyboru, jednak ja właśnie ten wybór mam. Tylko gdzieś z tyłu głowy jest presja społeczna. Wiem jedno, jeżeli coś się stanie, że będę musiała wracać do pracy, to raczej nie w zawodzie, bo nie utrzymam rodziny, bardziej mi się opłaca iść do sieciówki, z jej świadczeniami i kwotą na umowie. Ot, życie.
Muszę się wziąć ostro do roboty, skończyć to, co mam, sprawdzić, wysłać i pisać kolejną, bo też już mam pomysł i na kilka następnych też. Mam co robić, tylko czasu brakuje, bo jednak przy dzieciach średnio się da, rozpraszają mnie za bardzo. I tu też powstaje temat pracy zawodowej, jak wrócę na etat, będę musiała porzucić pisanie, bo nie będę mieć na nie czasu.
Przeczytałam w tym roku już 30 książek. Wiem, że są ludzie na różnych książkowych stronach, co chwalą się wynikiem pod setkę dochodzącym, ale nie wiem, jak to robią i jak wygląda ich życie. Dla mnie to duża liczba. W liceum czytałam więcej, głównie w wakacje, ale teraz zwyczajnie muszę też robić coś innego. Pamiętam, jak z przyjaciółką czytałyśmy razem, jedną książkę, na zmianę pisząc opowiadanie. Jak ja pisałam, ona czytała (opowieść pisana oczami dwóch bohaterów, jedna pisała jako jeden, druga jako drugi), potem się zamieniałyśmy. Opędzlowałyśmy tak Harrego Pottera. To były fajne czasy.
niedziela, 7 maja 2017
Rozklejona, o książkach i o nowym laptopie
W czwartek zrobiłam badania zlecone przez ginekologa, wróciłam do domu i dostałam telefon, że mam bardzo wysoki poziom d-dimerów, czy się nie duszę, czy nie mam ciężkich nóg, żylaków itd... A mnie nic się nie dzieje. Pojechaliśmy popołudniu do ginekologa, bo pilnie się miałam skonsultować, wyczekałam się, przyjęła mnie i uznała, że się jej nie zgadza, bo inne parametry nie wskazują na zakrzepy. Chora nie jestem i ona głupieje. Wysłała mnie na powtórne badania, na cito (godzina 19 z hakiem). Zwiedziłam szpital Bonifratrów, odwiedziłam tamtejszego internistę i wygrzebaliśmy, że może ubytek w zębie, który miałam leczyć w poniedziałek. Przy czym dziąsło mnie bolało, więc pojechałam w piątek, okazało się, że mi się kieszeń za ósemką zrobiła i tam ropa. To pewnie przez to te wyniki, ale mimo wszystko na wszelki wypadek musiałam odstawić pigułki. W środku cyklu. Wczoraj się zaczęło. Płacz o byle co, złość w sekundę, rozwaliło mi cykl dokumentnie, a mnie przy okazji. Dziś poszłam na górę, do mojego jedynego tu pudła z książkami, by poszukać czegoś lekkiego, bo Trzy godziny ciszy zdecydowanie nie służy mi w tym stanie. I co? Bez Ciebie. Intruz. Cztery strony miłości. Dziewczyna o kruchym sercu. Milczący zamek. No nic, tylko się pociachać. Belgariadę czytałam niedawno. To samo Belgarath. Pieśń Reginy odpada jak poprzednie tytuły. W końcu wyjęłam Eddingsa i jego Elenium. Choć tu bardziej przydałaby się wczesna Szwaja, bo późniejsza też daje w łeb, głównie Matka wszystkich lalek. A Szwaję mam u teściów.
Osobisty kupił mi nowego laptopa. Od dawna się odgrażał, ja się broniłam, bo przecież mój stary nadal działa. Miałam netbooka, od lat wielu, kochałam go naprawdę i on naprawdę dobrze działał, jak na moje potrzeby. Ale kupił i już. Usiłuję się z nim oswoić, ale jakoś mi nie idzie, notkę piszę już wieki, bo ma inny rozstaw klawiszy i w ogóle jest kanciaty. Tak, wiem, ogromny powód do nielubienia. Nie jestem gadżeciarą, mogę mieć stary sprzęt, jeśli działa. Ten dostałam, żeby było bezpieczniej, bo mi się np chrome już nie aktualizował. Ech... Oczywiście, że podziękowałam i piszę z nowego. Ach, no i Osobisty nie byłby moim Osobistym, gdyby mi nie oznajmił, że już nie mam wymówki, żeby nie pisać ;)
Osobisty kupił mi nowego laptopa. Od dawna się odgrażał, ja się broniłam, bo przecież mój stary nadal działa. Miałam netbooka, od lat wielu, kochałam go naprawdę i on naprawdę dobrze działał, jak na moje potrzeby. Ale kupił i już. Usiłuję się z nim oswoić, ale jakoś mi nie idzie, notkę piszę już wieki, bo ma inny rozstaw klawiszy i w ogóle jest kanciaty. Tak, wiem, ogromny powód do nielubienia. Nie jestem gadżeciarą, mogę mieć stary sprzęt, jeśli działa. Ten dostałam, żeby było bezpieczniej, bo mi się np chrome już nie aktualizował. Ech... Oczywiście, że podziękowałam i piszę z nowego. Ach, no i Osobisty nie byłby moim Osobistym, gdyby mi nie oznajmił, że już nie mam wymówki, żeby nie pisać ;)
piątek, 17 marca 2017
Tyle rzeczy do zrobienia, a dzień taki krótki i 365 dni. Zobaczymy się znów Alicji Górskiej
Wstałam rano z paniką w oczach i sercu. Bo tyle rzeczy muszę, drugie tyle chcę... Książkę miałam do skończenia, 30 stron, wczoraj zmusiłam się, żeby iść spać i dziś funkcjonować. Pranie trzeba było zrobić, bo wczoraj wietrzone spotkało się z kocurem i musiałam zdjąć poszwy. Do tego dzieci chciały dla taty muffinki. A w głowie siedzi tylko pisać, pisać, pisać. Jak już zaczęłam, to czuję ogromną potrzebę stukania w klawisze.
Zawiozłam ich do przedszkola, pościel wstawiłam, nim pojechaliśmy. Po powrocie zmieniłam pościel we wszystkich łóżkach, upiekłam muffinki, powiesiłam pranie, wstawiłam prześcieradła i zasiadłam do książki.
365 dni. Zobaczymy się znów dostałam od Cyrysi. Na osłodę. Kurczę. Dobrze, że wczoraj nie czytałam. Książka z serii anioły i inne pozaziemskie istoty, ale ja akurat takie lubię. Zresztą, ja bardzo dużo książek lubię, chyba nie ma czegoś, czego nie czytam. Siedziałam z chusteczkami pod ręką i smarkałam, ocierałam łzy, bo nie widziałam liter. Dawno tak długo nie czytałam 30 stron. Rozwaliła mnie ta książka na drobne kawałki. Nie zrobiłam w związku z tym już nic, usiadłam tylko na sofie i tak się gapiłam w przestrzeń, co jakiś czas ocierając nadal kapiące łzy. Poruszająca, powalająca na kolana. Tym bardziej, że napisała ją 17 latka. Przepiękna, bajkowa i mimo wszystko pełna nadziei. Naprawdę polecam.
A zaraz jadę po dzieci i jedziemy po Osobistego. Muszę jeszcze trzecie pranie powiesić, ale to w domu, bo poszwy i prześcieradła przed chwilą zdejmowałam, żeby zaraz nie musieć się zgłaszać po nie na stacji benzynowej za drogą. Czy u Was też tak wieje? Piknik chyba znów odwołany z powodu wiatru...
Zawiozłam ich do przedszkola, pościel wstawiłam, nim pojechaliśmy. Po powrocie zmieniłam pościel we wszystkich łóżkach, upiekłam muffinki, powiesiłam pranie, wstawiłam prześcieradła i zasiadłam do książki.
365 dni. Zobaczymy się znów dostałam od Cyrysi. Na osłodę. Kurczę. Dobrze, że wczoraj nie czytałam. Książka z serii anioły i inne pozaziemskie istoty, ale ja akurat takie lubię. Zresztą, ja bardzo dużo książek lubię, chyba nie ma czegoś, czego nie czytam. Siedziałam z chusteczkami pod ręką i smarkałam, ocierałam łzy, bo nie widziałam liter. Dawno tak długo nie czytałam 30 stron. Rozwaliła mnie ta książka na drobne kawałki. Nie zrobiłam w związku z tym już nic, usiadłam tylko na sofie i tak się gapiłam w przestrzeń, co jakiś czas ocierając nadal kapiące łzy. Poruszająca, powalająca na kolana. Tym bardziej, że napisała ją 17 latka. Przepiękna, bajkowa i mimo wszystko pełna nadziei. Naprawdę polecam.
A zaraz jadę po dzieci i jedziemy po Osobistego. Muszę jeszcze trzecie pranie powiesić, ale to w domu, bo poszwy i prześcieradła przed chwilą zdejmowałam, żeby zaraz nie musieć się zgłaszać po nie na stacji benzynowej za drogą. Czy u Was też tak wieje? Piknik chyba znów odwołany z powodu wiatru...
poniedziałek, 6 marca 2017
Pozorność Natalia Nowak - Lewandowska, czyli mocny Book Tour
Natalia Nowak-Lewandowska
Wydawnictwo Replika
2017 rok
256 stron
Niepozorny tytuł, niepozorna okładka, znak przeciw przemocy zobaczyłam dopiero za trzecim, czy czwartym razem. Nawet wielkość niepozorna. Za to treść...
To jest jedna z tych książek, których bardzo nie chce się czytać, a których nie można odłożyć na bok. Pochłonęłam ją w jeden dzień, klnąc na siebie w duchu, że tak wolno czytam i zaklinając dzieci wieczorem, by szybciej zasnęły, bo zostało mi 60 stron do końca.
Anka złapała pana Boga za nogi. Cudowny mężczyzna, ucieleśnienie marzeń, dla którego warto postawić życie na głowie i zerwać z dotychczasowym chłopakiem. Ślub, plany na własne cztery kąty, na razie kątem u rodziców ubóstwiających zięcia, ciąża... Brzmi, jak z bajki, prawda? Tylko bajka się kończy, jak dochodzi do poronienia, a może zaczęło się wcześniej? Anka sama nie wie. Piotr oskarża ją o umyślne pozbycie się płodu, zaczyna bić, poniżać. Potem kolejna ciąża i kolejne ciosy, bo tej też nie udaje się donosić. Kiedy Anka zmuszona zostaje do urodzenia martwego dziecka, bo mąż znów stracił cierpliwość i kopnął ją w brzuch, coś w niej pęka. Koszmary w jej głowie przybierają na sile, rozdrapują nie tylko rany, ale i ją.
I w tym całym koszmarze światełko w tunelu, a nawet dwa. Porzucony chłopak, który walczy, mimo odrzucenia i lekarz, jedyna dobra dusza na przerażająco pokazanym oddziale położniczym. Anka podejmuję terapię psychiatryczną, ale zostaje ze swym katem, a w końcu zachodzi z nim w ciążę... Co będzie dalej? Pozorne szczęście, czy to prawdziwe, choć trudne do wyobrażenia?
Doskonale pokazana spirala strachu, przemocy i przywiązania do oprawcy. Coś, co nie mieści się w głowie, a jest jednak codziennością wielu kobiet, które z różnych powodów nie odchodzą o tych, którzy krzywdzą, pokazane wprost, bez owijania w bawełnę. Mocne, przerażające obrazy, które dają do myślenia i może kogoś zmotywują do zrewidowania podejścia co do ofiar przemocy. Bo one nie odchodzą, bo nie chcą. One tego pragną, ale nie widzą siebie w świecie poza tym zaklętym kręgiem, obok sprawcy, bez niego. To trudny, bolesny proces dochodzenia do tego, że jest się coś wartym człowiekiem. Natalia Nowak - Lewandowska pokazuje chwile zwątpienia Anki, kiedy ona zaczyna wierzyć, że to wszystko to jej wina i nieliczne przebłyski nadziei i rozsądku, że przecież to nie tak powinno być. Polecam wszystkim. Kobietom, które chcą uciec, a nie umieją znaleźć w sobie dość siły, tym, które mają fajnych facetów, by nie osądzały, mężczyznom, którzy się wstydzą przyznać, że są ofiarami przemocy, bo bohaterów książki można spokojnie odwrócić i w końcu kobietom i mężczyznom, którzy czasem nie wiedzą, jak bardzo słowa potrafią ranić.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Cyrysi, która zorganizowała Book Tour.
Book Tour Pozorność Natalia Nowak - Lewandowska

Wydawnictwo Replika
2017 rok
256 stron
Niepozorny tytuł, niepozorna okładka, znak przeciw przemocy zobaczyłam dopiero za trzecim, czy czwartym razem. Nawet wielkość niepozorna. Za to treść...
To jest jedna z tych książek, których bardzo nie chce się czytać, a których nie można odłożyć na bok. Pochłonęłam ją w jeden dzień, klnąc na siebie w duchu, że tak wolno czytam i zaklinając dzieci wieczorem, by szybciej zasnęły, bo zostało mi 60 stron do końca.
Anka złapała pana Boga za nogi. Cudowny mężczyzna, ucieleśnienie marzeń, dla którego warto postawić życie na głowie i zerwać z dotychczasowym chłopakiem. Ślub, plany na własne cztery kąty, na razie kątem u rodziców ubóstwiających zięcia, ciąża... Brzmi, jak z bajki, prawda? Tylko bajka się kończy, jak dochodzi do poronienia, a może zaczęło się wcześniej? Anka sama nie wie. Piotr oskarża ją o umyślne pozbycie się płodu, zaczyna bić, poniżać. Potem kolejna ciąża i kolejne ciosy, bo tej też nie udaje się donosić. Kiedy Anka zmuszona zostaje do urodzenia martwego dziecka, bo mąż znów stracił cierpliwość i kopnął ją w brzuch, coś w niej pęka. Koszmary w jej głowie przybierają na sile, rozdrapują nie tylko rany, ale i ją.
I w tym całym koszmarze światełko w tunelu, a nawet dwa. Porzucony chłopak, który walczy, mimo odrzucenia i lekarz, jedyna dobra dusza na przerażająco pokazanym oddziale położniczym. Anka podejmuję terapię psychiatryczną, ale zostaje ze swym katem, a w końcu zachodzi z nim w ciążę... Co będzie dalej? Pozorne szczęście, czy to prawdziwe, choć trudne do wyobrażenia?
Doskonale pokazana spirala strachu, przemocy i przywiązania do oprawcy. Coś, co nie mieści się w głowie, a jest jednak codziennością wielu kobiet, które z różnych powodów nie odchodzą o tych, którzy krzywdzą, pokazane wprost, bez owijania w bawełnę. Mocne, przerażające obrazy, które dają do myślenia i może kogoś zmotywują do zrewidowania podejścia co do ofiar przemocy. Bo one nie odchodzą, bo nie chcą. One tego pragną, ale nie widzą siebie w świecie poza tym zaklętym kręgiem, obok sprawcy, bez niego. To trudny, bolesny proces dochodzenia do tego, że jest się coś wartym człowiekiem. Natalia Nowak - Lewandowska pokazuje chwile zwątpienia Anki, kiedy ona zaczyna wierzyć, że to wszystko to jej wina i nieliczne przebłyski nadziei i rozsądku, że przecież to nie tak powinno być. Polecam wszystkim. Kobietom, które chcą uciec, a nie umieją znaleźć w sobie dość siły, tym, które mają fajnych facetów, by nie osądzały, mężczyznom, którzy się wstydzą przyznać, że są ofiarami przemocy, bo bohaterów książki można spokojnie odwrócić i w końcu kobietom i mężczyznom, którzy czasem nie wiedzą, jak bardzo słowa potrafią ranić.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Cyrysi, która zorganizowała Book Tour.
Book Tour Pozorność Natalia Nowak - Lewandowska

sobota, 25 lutego 2017
BOOK TOUR Miód na serce Edyta Świętek
Dzięki Cyrysi mogłam przeczytać książkę Edyty Świętek w akcji Book Tour z książką Miód na serce. Wczoraj posłałam powieść w świat, a dziś przychodzę do Was z recenzją.
Edyta Świętek
Wydawnictwo Replika
2016 rok
360 str

Agnieszka jest szczęśliwa. Ma narzeczonego, a niedługo potem męża, z którym są w ciąży. Jest najcudowniej, jak tylko być może, choć może pan mąż trochę jest Ciaputkiem, ale czego nie robi się dla miłości. I dla miłości Agnieszka pierze, gotuje, spędza czas z córeczką, której Ciaputek nawet na ręce nie weźmie, bo przecież to takie maleństwo, o innych czynnościach nie wspominając. Chodzi permanentnie zmęczona, drażliwa, wrażliwa, aż pewnego dnia... Pakuje się i odchodzi, jak się okazuje na zawsze, a Ciaputek zostaje sam z półrocznym dzieckiem, które zrobiło paskudną niespodziankę do pampersa i z matką, która wcale mu nie współczuje! Powoli ogarnia córkę, pracę, siebie i to, co zrobił źle. Mija sześć lat...
Elwira właśnie patrzy, jak mężczyzna, do którego zapałała cieplejszymi uczuciami żeni się z jej przyjaciółką. Na dodatek, baz najmniejszego udziału przypadku, łapie ślubną wiązankę. Jej babcia, Hania, byłaby zachwycona, jakby jej wnuczka wyszła za mąż, jednak Elwirze nie spieszno przed ołtarz. Dobrze czuje się w pracy, jako zawodowa pocieszycielka strapionych i w domu w towarzystwie trzech, a w końcu czterech kotów. Co prawda co jakiś czas miewa halucynacje i widzi blond dziewczynkę w niebieskim ubranku, ale nie zawraca sobie tym za długo głowy.
To w pracy właśnie poznajemy dwóch z trzech potencjalnych kandydatów na męża pani psycholog. Jednym jest jej pacjent, zakochany w niej bez pamięci korposzurek, który chodzi na sesje tylko dla swej ukochanej. Roman Tyczny jednak nie budzi w pani doktor uczuć cieplejszych, prócz rozbawienia, głównie z powodu jego nazwiska. Drugim jest kolega częściowo po fachu, Krystian Grey, tfu, Greń, którego Elwira dość regularnie obdarza kubkiem kawy.. wprost na koszulę. Gburowaty, raczej niedostępny, o którym po klinice krąży wiele plotek i którego babcia Hania bierze pod uwagę jako przyszłego męża swej ukochanej wnuczki, jednak główna zainteresowana raczej zainteresowana nie jest.
Trzeci adorator, zastępca komisarza Niepołomickiej policji, zdobywa w końcu uwagę Elwiry i zachwyt jej babci. Niestety ciążący dziewczynie sekret (wszak szewc bez butów chodzi) i zupełny brak empatii mężczyzny sprawia, że związek się rozpada z wielkim hukiem i nawet zaradna babcia Elwiry nic nie może na to poradzić.
Kobieta wyjeżdża na wakacje, gdzie halucynacje przybierają na sile. W końcu majak wpada na nią na korytarzu i przekonuje, że wcale nie jest wytworem jej wyobraźni. Kobieta zakochuje się w Fionce, małym aniołku, który nie ma mamusi, a na wakacjach jest z opiekunką. Spędza z nią tydzień, lecząc swe serce nie tylko z zawodu miłosnego. W końcu przyjeżdża tatuś dziewczynki i historia nabiera rumieńców. Fionka bowiem upatrzyła sobie Elwirę jako mamusię. Co na to Ciaputek? Przyznam, że jego tożsamość mnie zaskoczyła.
Cudowna, ciepła opowieść o macierzyństwie. Jednym z najgorszych koszmarów, gdy ojciec nie staje na wysokości zadania, tylko okazuje się być niedojrzałym chłopcem. Drugim niespełnionym, ukrytym głęboko, tkwiącym jak zadra i wyciskającym łzy nawet przy spotkaniu przyjaciółki w ciąży. I w końcu o rodzącej się miłości ojca do córki, która najpierw jest udręką, a na końcu plecie się pięknie, jak francuski warkocz podpatrzony na YouTubie.
Powrót do Niepołomic jest dla mnie jak powrót do domu. Takiego cudownego, który czeka z otwartymi ramionami i pokazuje się od każdej strony, szczerze, bez fałszu, choć czasem boleśnie. Do ludzi, którzy nie są sztuczni, papierowi, oni ożywają z parasolką tłukącą chuliganów, ze sznurkiem od sanek w dłoni i z psem lecącym po ratunek staruszce, która ma zawał. Czasem śmieszna, czasem bardzo smutna, ale swojska, od serca, lejąca miód na serce i dająca wytchnienie.
Replika 2016
str 320
Edyta Świętek
Wydawnictwo Replika
2016 rok
360 str

Agnieszka jest szczęśliwa. Ma narzeczonego, a niedługo potem męża, z którym są w ciąży. Jest najcudowniej, jak tylko być może, choć może pan mąż trochę jest Ciaputkiem, ale czego nie robi się dla miłości. I dla miłości Agnieszka pierze, gotuje, spędza czas z córeczką, której Ciaputek nawet na ręce nie weźmie, bo przecież to takie maleństwo, o innych czynnościach nie wspominając. Chodzi permanentnie zmęczona, drażliwa, wrażliwa, aż pewnego dnia... Pakuje się i odchodzi, jak się okazuje na zawsze, a Ciaputek zostaje sam z półrocznym dzieckiem, które zrobiło paskudną niespodziankę do pampersa i z matką, która wcale mu nie współczuje! Powoli ogarnia córkę, pracę, siebie i to, co zrobił źle. Mija sześć lat...
Elwira właśnie patrzy, jak mężczyzna, do którego zapałała cieplejszymi uczuciami żeni się z jej przyjaciółką. Na dodatek, baz najmniejszego udziału przypadku, łapie ślubną wiązankę. Jej babcia, Hania, byłaby zachwycona, jakby jej wnuczka wyszła za mąż, jednak Elwirze nie spieszno przed ołtarz. Dobrze czuje się w pracy, jako zawodowa pocieszycielka strapionych i w domu w towarzystwie trzech, a w końcu czterech kotów. Co prawda co jakiś czas miewa halucynacje i widzi blond dziewczynkę w niebieskim ubranku, ale nie zawraca sobie tym za długo głowy.
To w pracy właśnie poznajemy dwóch z trzech potencjalnych kandydatów na męża pani psycholog. Jednym jest jej pacjent, zakochany w niej bez pamięci korposzurek, który chodzi na sesje tylko dla swej ukochanej. Roman Tyczny jednak nie budzi w pani doktor uczuć cieplejszych, prócz rozbawienia, głównie z powodu jego nazwiska. Drugim jest kolega częściowo po fachu, Krystian Grey, tfu, Greń, którego Elwira dość regularnie obdarza kubkiem kawy.. wprost na koszulę. Gburowaty, raczej niedostępny, o którym po klinice krąży wiele plotek i którego babcia Hania bierze pod uwagę jako przyszłego męża swej ukochanej wnuczki, jednak główna zainteresowana raczej zainteresowana nie jest.
Trzeci adorator, zastępca komisarza Niepołomickiej policji, zdobywa w końcu uwagę Elwiry i zachwyt jej babci. Niestety ciążący dziewczynie sekret (wszak szewc bez butów chodzi) i zupełny brak empatii mężczyzny sprawia, że związek się rozpada z wielkim hukiem i nawet zaradna babcia Elwiry nic nie może na to poradzić.
Kobieta wyjeżdża na wakacje, gdzie halucynacje przybierają na sile. W końcu majak wpada na nią na korytarzu i przekonuje, że wcale nie jest wytworem jej wyobraźni. Kobieta zakochuje się w Fionce, małym aniołku, który nie ma mamusi, a na wakacjach jest z opiekunką. Spędza z nią tydzień, lecząc swe serce nie tylko z zawodu miłosnego. W końcu przyjeżdża tatuś dziewczynki i historia nabiera rumieńców. Fionka bowiem upatrzyła sobie Elwirę jako mamusię. Co na to Ciaputek? Przyznam, że jego tożsamość mnie zaskoczyła.
Cudowna, ciepła opowieść o macierzyństwie. Jednym z najgorszych koszmarów, gdy ojciec nie staje na wysokości zadania, tylko okazuje się być niedojrzałym chłopcem. Drugim niespełnionym, ukrytym głęboko, tkwiącym jak zadra i wyciskającym łzy nawet przy spotkaniu przyjaciółki w ciąży. I w końcu o rodzącej się miłości ojca do córki, która najpierw jest udręką, a na końcu plecie się pięknie, jak francuski warkocz podpatrzony na YouTubie.
Powrót do Niepołomic jest dla mnie jak powrót do domu. Takiego cudownego, który czeka z otwartymi ramionami i pokazuje się od każdej strony, szczerze, bez fałszu, choć czasem boleśnie. Do ludzi, którzy nie są sztuczni, papierowi, oni ożywają z parasolką tłukącą chuliganów, ze sznurkiem od sanek w dłoni i z psem lecącym po ratunek staruszce, która ma zawał. Czasem śmieszna, czasem bardzo smutna, ale swojska, od serca, lejąca miód na serce i dająca wytchnienie.
Replika 2016
str 320
poniedziałek, 19 grudnia 2016
Bez... nie, jednak z wieściami
Przepadłam. Jak chcecie, możecie mnie szukać w Jagodnie.
p.s. Jak ktoś nie wie, o co chodzi, niech zerknie, co ostatnio czytam ;)
p.s. Jak ktoś nie wie, o co chodzi, niech zerknie, co ostatnio czytam ;)
czwartek, 24 listopada 2016
Premiera kocha, lubi, szpieguje
Obiecałam Joasi, że upiekę muffinki. I upiekłam z pomocą małych rączek w liczbie czterech. Z czekoladą były, pięknie wyrosły, tylko że nie wyszły, z formy nie wyszły. Premiera o 16, jest po 14, 50 minut drogi, katastrofa prawie po Kalinowemu. 14.15 poszłam do sklepu po jajka, bo wszystkie mi wyszły i upiekłam drugie.
- Mamo, one są mocno ciepłe - oświeciło mnie dziecko, kiedy parząc palce wyjmowałam owcę i muffiny z formy.
O 15 zapakowałam dzieciarnię w foteliki, muffiny i bukiet do bagażnika i ruszyłam do Kalwarii.
Spotkanie prowadziła Magda Majcher i był to strzał w dziesiątkę. Cudownie ciepła, zabawna, życzliwa osoba z milionem pytań, których nie miała zapisanych. Szacunek, u zawodowców się już nie zdarza. Dzięki temu spotkanie nie było przesłuchaniem, a spotkaniem przyjaciół, przy herbatce, kawce i ciachu. Łzy co prawda kręciły się w oczach, głównie, jak Magda czytała fragment o psie porzuconym, który czeka, czeka... I czeka... Bo musicie wiedzieć, że taki czekający pies zamieszkał na kartach książki i dzięki niemu Asia wraz z wydawcą zrobiła cudowną rzecz. Część dochodów ze sprzedaży książek zostanie przekazana na rzecz Krakowskiego Towarzystwa nad Zwierzętami. Przeczytajcie o psim spojrzeniu, w którym potem, gdy już ma własnego człowieka widać bezgraniczną miłość i dajcie szansę na lepsze życie kilku takim zwierzakom. To przecież tak niewiele, a ja obiecuję, że po tych kilku zdaniach rozdzierających serce będziecie płakać ze śmiechu. Wczoraj też było śmiesznie. Ale jak może być inaczej, jak rozmowa idzie od nawigacji, która zawsze źle prowadzi, przez bohaterów, którzy grają na nosie samej autorce, a kończąc na tańcu na rurze. JA chcę jeszcze raz! I wiem, że kolejny raz będzie.
Wracając do łez. Kolejny raz oczy mi zwilgotniały, jak przyjaciele Joasi wnieśli przepiękny tort. Druk na masie cukrowej i książka, jak żywa. Syn tylko dotknął i oburzony oznajmił:
- To się nie otwiera.
A poza tym to jestem gapa. Nawet się nie przedstawiłam Magdzie. Co prawda mamy wspólne zdjęcie (to znaczy panie z biblioteki mają), więc będę utrzymywać, że się znamy, ale uścisku dłoni nie było :P
A na koniec historia bukietu. Bukiet z mojego bagażnika miał w sobie nie tylko kwiaty, ale też kartki od dziewczyn rozsianych po Polsce, które przybyć nie mogły. Jedna karta nie doszła i był to wydruk z maila, który miał przywieźć Osobisty. A ten utknął w pracy na spotkaniu, dojechał pod sam koniec. Ja tylko wypadłam z biblioteki, dopadłam auta, zwinęłam kartkę w rulonik, włożyłam do wstążki i poszliśmy. Asia oczy miała, jak pięć złotych i ośmielę się stwierdzić, że ją zaskoczyłam i że się podobało. Tylko co my wymyślimy na trzecią część? Hm...
Siadam do swojej książki. Tą na szczęście da się otworzyć ;)
- Mamo, one są mocno ciepłe - oświeciło mnie dziecko, kiedy parząc palce wyjmowałam owcę i muffiny z formy.
O 15 zapakowałam dzieciarnię w foteliki, muffiny i bukiet do bagażnika i ruszyłam do Kalwarii.
Spotkanie prowadziła Magda Majcher i był to strzał w dziesiątkę. Cudownie ciepła, zabawna, życzliwa osoba z milionem pytań, których nie miała zapisanych. Szacunek, u zawodowców się już nie zdarza. Dzięki temu spotkanie nie było przesłuchaniem, a spotkaniem przyjaciół, przy herbatce, kawce i ciachu. Łzy co prawda kręciły się w oczach, głównie, jak Magda czytała fragment o psie porzuconym, który czeka, czeka... I czeka... Bo musicie wiedzieć, że taki czekający pies zamieszkał na kartach książki i dzięki niemu Asia wraz z wydawcą zrobiła cudowną rzecz. Część dochodów ze sprzedaży książek zostanie przekazana na rzecz Krakowskiego Towarzystwa nad Zwierzętami. Przeczytajcie o psim spojrzeniu, w którym potem, gdy już ma własnego człowieka widać bezgraniczną miłość i dajcie szansę na lepsze życie kilku takim zwierzakom. To przecież tak niewiele, a ja obiecuję, że po tych kilku zdaniach rozdzierających serce będziecie płakać ze śmiechu. Wczoraj też było śmiesznie. Ale jak może być inaczej, jak rozmowa idzie od nawigacji, która zawsze źle prowadzi, przez bohaterów, którzy grają na nosie samej autorce, a kończąc na tańcu na rurze. JA chcę jeszcze raz! I wiem, że kolejny raz będzie.
Wracając do łez. Kolejny raz oczy mi zwilgotniały, jak przyjaciele Joasi wnieśli przepiękny tort. Druk na masie cukrowej i książka, jak żywa. Syn tylko dotknął i oburzony oznajmił:
- To się nie otwiera.
A poza tym to jestem gapa. Nawet się nie przedstawiłam Magdzie. Co prawda mamy wspólne zdjęcie (to znaczy panie z biblioteki mają), więc będę utrzymywać, że się znamy, ale uścisku dłoni nie było :P
A na koniec historia bukietu. Bukiet z mojego bagażnika miał w sobie nie tylko kwiaty, ale też kartki od dziewczyn rozsianych po Polsce, które przybyć nie mogły. Jedna karta nie doszła i był to wydruk z maila, który miał przywieźć Osobisty. A ten utknął w pracy na spotkaniu, dojechał pod sam koniec. Ja tylko wypadłam z biblioteki, dopadłam auta, zwinęłam kartkę w rulonik, włożyłam do wstążki i poszliśmy. Asia oczy miała, jak pięć złotych i ośmielę się stwierdzić, że ją zaskoczyłam i że się podobało. Tylko co my wymyślimy na trzecią część? Hm...
Siadam do swojej książki. Tą na szczęście da się otworzyć ;)
sobota, 25 czerwca 2016
O spotkaniu autorskim
W poniedziałek pojechałam z dzieciakami na spotkanie autorskie organizowane przez Bibliotekę Publiczną w Kalwarii Zebrzydowskiej dla Joanny Szarańskiej. Miał być poczęstunek, kącik dla dzieci i jakaś niespodzianka. Powiem Wam, że na miejscu zaniemówiłam, bo:
1. Nie było kącika dla dzieci. Była najprawdziwsza bawialnia! Basen z piłkami, autka, lalki, warzywa, zabawki ćwiczące koordynację ręka-oko. I do tego cudowny pan Marcin, który robił dzieciakom korony z serwetek papierowych, motylki, kwiatki i się nimi zajmował. Bajka. Najpiękniejsza biblioteka, jaką w życiu widziałam! Wrócę z dziką radością i przyjemnością. Personel cudowny, miły, ach, normalnie zakochałam się.
2. Poczęstunek to paczka ciastek i woda. A tam moje ukochane ciacho z rabarbarem, babka, soczki dla dzieci, dla dorosłych, kawa, no znowu wysoki poziom i mój zachwyt.
3. Niespodzianka... Robienie kartek ślubnych. I znowu niby nic, a jednak coś, bo kartki poszły na bazarek dla chorej Julki. Jak będzie robiona akcja, bo najpierw wystawa w bibliotece, to dam znać. Więcej pewnie powie Joanna, bo ja zaskoczona byłam, jak na niespodziankę przystało. I to nie, że zróbcie cokolwiek, ale pod okiem profesjonalisty amatora ;) jakkolwiek to brzmi. Znowu byłam zachwycona.
Spotkanie zaczęło się o 16.30, a skończyło grubo po tym, jak biblioteka powinna zamknąć podwoje. Moje dzieci wyjść nie chciały. W sumie to się im nie dziwię ;)
Dziękuję, było świetnie i pomogło mi oderwać myśli od kota. A to naprawdę dużo i dobrze świadczy o całym przedsięwzięciu. Naprawdę świetnie się bawiłam.
1. Nie było kącika dla dzieci. Była najprawdziwsza bawialnia! Basen z piłkami, autka, lalki, warzywa, zabawki ćwiczące koordynację ręka-oko. I do tego cudowny pan Marcin, który robił dzieciakom korony z serwetek papierowych, motylki, kwiatki i się nimi zajmował. Bajka. Najpiękniejsza biblioteka, jaką w życiu widziałam! Wrócę z dziką radością i przyjemnością. Personel cudowny, miły, ach, normalnie zakochałam się.
2. Poczęstunek to paczka ciastek i woda. A tam moje ukochane ciacho z rabarbarem, babka, soczki dla dzieci, dla dorosłych, kawa, no znowu wysoki poziom i mój zachwyt.
3. Niespodzianka... Robienie kartek ślubnych. I znowu niby nic, a jednak coś, bo kartki poszły na bazarek dla chorej Julki. Jak będzie robiona akcja, bo najpierw wystawa w bibliotece, to dam znać. Więcej pewnie powie Joanna, bo ja zaskoczona byłam, jak na niespodziankę przystało. I to nie, że zróbcie cokolwiek, ale pod okiem profesjonalisty amatora ;) jakkolwiek to brzmi. Znowu byłam zachwycona.
Spotkanie zaczęło się o 16.30, a skończyło grubo po tym, jak biblioteka powinna zamknąć podwoje. Moje dzieci wyjść nie chciały. W sumie to się im nie dziwię ;)
Dziękuję, było świetnie i pomogło mi oderwać myśli od kota. A to naprawdę dużo i dobrze świadczy o całym przedsięwzięciu. Naprawdę świetnie się bawiłam.
poniedziałek, 9 maja 2016
Ja, kochanka
Karolina Wilczyńska
Wydawnictwo Czwarta Strona
2016 rok
267 str
Chwytliwy tytuł? Tylko, że nie mój, a książki Karoliny Wilczyńskiej. Skończyłam wczoraj, choć lepiej powiedzieć - zmęczyłam. Albo ja nie rozumiem fenomenu, albo nie wiem o co chodzi, ale mi się nie podobało. Bohaterka nie ma imienia, nie ma nic, opowiada tylko o emocjach związanych z Ukochanym, nazywanym też U. Pisze, co czuje, gdy na niego czeka, gdy jest obok. Pisze o wątpliwościach, nadziejach, radości i pożądaniu. Nie brakuje też scen erotycznych, raczej delikatnych, subtelnych, bez nadmiaru anatomii. Całość jest bardzo delikatna, ale jak dla mnie za mdła, za powolna, za mało akcji, za dużo uczuć.
Wydawnictwo Czwarta Strona
2016 rok
267 str
Chwytliwy tytuł? Tylko, że nie mój, a książki Karoliny Wilczyńskiej. Skończyłam wczoraj, choć lepiej powiedzieć - zmęczyłam. Albo ja nie rozumiem fenomenu, albo nie wiem o co chodzi, ale mi się nie podobało. Bohaterka nie ma imienia, nie ma nic, opowiada tylko o emocjach związanych z Ukochanym, nazywanym też U. Pisze, co czuje, gdy na niego czeka, gdy jest obok. Pisze o wątpliwościach, nadziejach, radości i pożądaniu. Nie brakuje też scen erotycznych, raczej delikatnych, subtelnych, bez nadmiaru anatomii. Całość jest bardzo delikatna, ale jak dla mnie za mdła, za powolna, za mało akcji, za dużo uczuć.
Podejrzewam, że mi się nie podobało, bo ja nie mogłabym tak spokojnie czekać na mężczyznę, nie móc dzwonić, nie móc wysłać smsa. Jestem za czynem, a ona czeka i pachnie. Brrr. Straszne. A może ja zwyczajnie nie byłam kochanką i nie wiem, jak to jest.
W książce nie jest powiedziane, czemu żyją na godziny i kradzione chwile. Bohaterka w pewnym momencie mówi, że może on ma chorą zazdrosną matkę, albo niepełnosprawnego brata, a my oceniamy. Tak naprawdę o nim nie wiadomo nic. Nie zna się powodów, nie zna się jego pracy, jedynie skrawki. Ale nawet nie oceniając, czy tam jest żona, czy inny powód, do mnie historia nie trafia. Za długo. Ale ja to ja, nie ocenię zdrady, nie ocenię bycia trzecią i nigdy nie potępię, ale nie pochwalę braku działania ;)
Czy polecam? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Może dla kogoś taki delikatnie płynący przekaz emocjonalny będzie piękny.
sobota, 7 maja 2016
Numer telefonu Anna Kucharska
Książkę wybrałam, bo na okładce jest kot. Jego zielone oczy mnie zahipnotyzowały.
Anna Kucharska
Wydawnictwo Videograf
2015 rok
240 stron
Główna bohaterka, Zuzia, dwa lata wcześniej straciła mamę i co dzień dzwoni na jej numer telefonu, choć już nawet nie słyszy jej głosu, bo skrzynka jest pełna. Pewnego dnia ktoś po drugiej stronie się odzywa, dając początek przyjaźni, więzi i zmianom w życiu. Bohaterka opowiada nieznajomej kobiecie o sobie, o kocie z okładki, który należy do sąsiadki i ciągle syczy, doprowadzając Zuzę do szału. Potem się spotykają. Więcej nie napiszę, bo to już będzie spoiler.
Dawno nie czytałam książki, w której główny bohater tak by mnie denerwował. Zuza denerwuje mnie dosłownie wszystkim. Począwszy od narzekania na kota, po jej nastawienie do związków międzyludzkich, nie tylko z mężczyznami, za które sama siebie karze, bo mama... Dziewczyna jest dziecinna, chwiejna, niezdecydowana, absolutnie wkurzająca. Syczałam na nią, jak ten kot zza jej ściany. To czemu czytałam dalej? Bo nie mogłam się oderwać! Książka jest delikatna, jak wiosenny wietrzyk i tak samo budzi nowe. Nowe spojrzenie, nowe emocje. Pokazuje dwie różne postawy po stracie kogoś bliskiego, tak odmienne, tak bliskie każdemu, kto kogoś stracił. I choć bliżej mi było do Jakuba i Teresy, to i Zuzka nie była tak odległa. Czytała, zatapiałam się wręcz w feerii uczuć, którą autorka przekazuje delikatnie, bardzo mądrze i z pewną dozą tkliwości, z jaką matka tłumaczy dziecku skomplikowany świat emocji.
Pod względem technicznym nic nie mogę zarzucić wydawnictwu. Videograf nie przepuścił literówek, mogłam spokojnie skupić się na treści nie denerwując się niedoskonałościami. Jedynie mały zgrzyt miałam z tym numerem telefonu. Bo w jeden dzień jest matki, a w drugi ktoś odpowiada. To chyba tak nie działa, numer wygasa wcześniej. A może on wygasł, dlatego nie mogła się dodzwonić, a ona tłumaczyła to sobie inaczej, bo nie dopuszczała innej myśli? Może... Jednak ten szczegół wcale mnie nie zniechęcił.
Komu polecam? Każdemu, kto pod postacią delikatnej, powolnej wręcz opowieści chce znaleźć morze uczuć i w nie wpaść po uszy. Tym, którzy kogoś stracili i nie mogą się otrząsnąć. I tym, którzy chcą żyć pełnią życia. Tu nie ma wieku, płci, ta książka jest dla wszystkich. I nawet, jak dziecinność Zuzki będzie Was denerwować, nie przestaniecie czytać. Zapewniam na własnym przykładzie.
Anna Kucharska
Wydawnictwo Videograf
2015 rok
240 stron
Główna bohaterka, Zuzia, dwa lata wcześniej straciła mamę i co dzień dzwoni na jej numer telefonu, choć już nawet nie słyszy jej głosu, bo skrzynka jest pełna. Pewnego dnia ktoś po drugiej stronie się odzywa, dając początek przyjaźni, więzi i zmianom w życiu. Bohaterka opowiada nieznajomej kobiecie o sobie, o kocie z okładki, który należy do sąsiadki i ciągle syczy, doprowadzając Zuzę do szału. Potem się spotykają. Więcej nie napiszę, bo to już będzie spoiler.
Dawno nie czytałam książki, w której główny bohater tak by mnie denerwował. Zuza denerwuje mnie dosłownie wszystkim. Począwszy od narzekania na kota, po jej nastawienie do związków międzyludzkich, nie tylko z mężczyznami, za które sama siebie karze, bo mama... Dziewczyna jest dziecinna, chwiejna, niezdecydowana, absolutnie wkurzająca. Syczałam na nią, jak ten kot zza jej ściany. To czemu czytałam dalej? Bo nie mogłam się oderwać! Książka jest delikatna, jak wiosenny wietrzyk i tak samo budzi nowe. Nowe spojrzenie, nowe emocje. Pokazuje dwie różne postawy po stracie kogoś bliskiego, tak odmienne, tak bliskie każdemu, kto kogoś stracił. I choć bliżej mi było do Jakuba i Teresy, to i Zuzka nie była tak odległa. Czytała, zatapiałam się wręcz w feerii uczuć, którą autorka przekazuje delikatnie, bardzo mądrze i z pewną dozą tkliwości, z jaką matka tłumaczy dziecku skomplikowany świat emocji.
Pod względem technicznym nic nie mogę zarzucić wydawnictwu. Videograf nie przepuścił literówek, mogłam spokojnie skupić się na treści nie denerwując się niedoskonałościami. Jedynie mały zgrzyt miałam z tym numerem telefonu. Bo w jeden dzień jest matki, a w drugi ktoś odpowiada. To chyba tak nie działa, numer wygasa wcześniej. A może on wygasł, dlatego nie mogła się dodzwonić, a ona tłumaczyła to sobie inaczej, bo nie dopuszczała innej myśli? Może... Jednak ten szczegół wcale mnie nie zniechęcił.
Komu polecam? Każdemu, kto pod postacią delikatnej, powolnej wręcz opowieści chce znaleźć morze uczuć i w nie wpaść po uszy. Tym, którzy kogoś stracili i nie mogą się otrząsnąć. I tym, którzy chcą żyć pełnią życia. Tu nie ma wieku, płci, ta książka jest dla wszystkich. I nawet, jak dziecinność Zuzki będzie Was denerwować, nie przestaniecie czytać. Zapewniam na własnym przykładzie.
poniedziałek, 8 lutego 2016
Od wirtualnej znajomości do realu
Nie spotykam się w realu z ludźmi poznanymi w internecie. Nie jeżdżę na spotkania blogowe. Nie mam takiej potrzeby, nie widzę w tym sensu. Ale, że nigdy nie mówię nigdy i nie zawsze mówię zawsze, to złamałam zasadę, jak poznałam Przyjaciela. A potem do niej wróciłam. Nie rozumiałam idei spotykania się, jak niby blog anonimowy.
Aż tu nagle... Joanna wydaje książkę, a Stokrotka robi plan. I mnie uwzględnia w tym planie. AAAA!!! Najpierw pisały do mnie na maila, ale ja blogowego to raz na rok przeglądam, bo konto google mam na innym. No to znalazły mnie na FB.
Spotkanie odbyło się w sobotę. Mieliśmy najbliżej chyba, na 15, o 14 wyjechaliśmy, spokojnie zdążymy. Jakieś 7 kilometrów od domu przypomniałam sobie, że nie wzięłam kawy, a obiecałam. Osobisty mówi, że trudno i jedzie dalej. 2 km dalej.
- Ale szampana też zapomniałam!!! - no to kilometr dalej udało mu się zawrócić. Tyle z zapasu czasowego :P
Weszliśmy 3 minuty przed zainteresowaną, która została przyprowadzona przez męża. Mina - bezcenna.
A potem to już było domowe przedszkole - 7 dzieci? - i domówka w jednym. Prawdziwy sękacz, przepyszny tort, pyszne winko i cudowni ludzie. Stokrotka, Mama w Kratkę, Klarka, Red_Sonia i oczywiście Asia. Miało być więcej, ale życie nie zawsze się układa, jak chcemy. Dzieciaki powymieniały się rodzicami, nie przeszkadzało im, kto daje jeść, a kto podaje rękę. Dzięki temu mogliśmy spokojnie rozmawiać, jak tylko ktoś pilnował światła na korytarzu.
A :) bo wiecie. Asia napisała I że Ci nie odpuszczę, seria Kalina w malinach. A spotkaliśmy się w pensjonacie Kalina. Wielkie ukłony dla Stokrotki za zorganizowanie tego w ten sposób. Uwielbiam Was :)
Aż tu nagle... Joanna wydaje książkę, a Stokrotka robi plan. I mnie uwzględnia w tym planie. AAAA!!! Najpierw pisały do mnie na maila, ale ja blogowego to raz na rok przeglądam, bo konto google mam na innym. No to znalazły mnie na FB.
Spotkanie odbyło się w sobotę. Mieliśmy najbliżej chyba, na 15, o 14 wyjechaliśmy, spokojnie zdążymy. Jakieś 7 kilometrów od domu przypomniałam sobie, że nie wzięłam kawy, a obiecałam. Osobisty mówi, że trudno i jedzie dalej. 2 km dalej.
- Ale szampana też zapomniałam!!! - no to kilometr dalej udało mu się zawrócić. Tyle z zapasu czasowego :P
Weszliśmy 3 minuty przed zainteresowaną, która została przyprowadzona przez męża. Mina - bezcenna.
A potem to już było domowe przedszkole - 7 dzieci? - i domówka w jednym. Prawdziwy sękacz, przepyszny tort, pyszne winko i cudowni ludzie. Stokrotka, Mama w Kratkę, Klarka, Red_Sonia i oczywiście Asia. Miało być więcej, ale życie nie zawsze się układa, jak chcemy. Dzieciaki powymieniały się rodzicami, nie przeszkadzało im, kto daje jeść, a kto podaje rękę. Dzięki temu mogliśmy spokojnie rozmawiać, jak tylko ktoś pilnował światła na korytarzu.
A :) bo wiecie. Asia napisała I że Ci nie odpuszczę, seria Kalina w malinach. A spotkaliśmy się w pensjonacie Kalina. Wielkie ukłony dla Stokrotki za zorganizowanie tego w ten sposób. Uwielbiam Was :)
wtorek, 12 stycznia 2016
Czytelniczo
Pojawiła się nowa strona na blogu. Dotyczy moich czytelniczych osiągnięć, a powstała dlatego, że Panti pokazała mi wyzwanie przeczytania 26 książek w tym roku. Oczywiście na FB w ramach odpowiedzi na wyzwanie 56 książek. Bo ma się małe dziecko, to mniej, ja mam dwójkę, ale nie dzielmy już na pół. Podzieliłam kategorię na moje i dzieciowe czytadła, bo jednak to też czytanie i zobaczymy, ile wyjdzie. Przynajmniej będę mieć motywację. Mniej kompa i komórki, więcej czytania. Przy okazji zobaczycie, jakie książki czytuję :)
czwartek, 10 grudnia 2015
50 twarzy Greya - recenzja subiektywna
E.L. James
Wydawnictwo Sonia Draga
Seria Pięćdziesiąt odcieni
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
2012 rok
608 stron
Zabierałam się, jak pies do jeża i... nie skończyłam. Zostało mi 70 stron, które skończę w najbliższym czasie. Nie, nie na siłę. Ale po kolei.
Zaczęłam i miałam ochotę rzucić. Ale słowo się rzekło, kobyłka i tak dalej, obiecałam recenzję, jak wyrazicie chęć, wyraziliście, to czytałam. Dopingował mnie Przyjaciel, który słuchał na audiobooku i lał ze śmiechu. To wzięłam się i ja jakoś rozsądniej. Na początku szło mi, jak po grudzie, język kiepski, fabuła jak z filmu porno. Ale potem... Zaczęło mi się podobać.
Christian jest słodki. Owszem, jest postacią popierniczoną, i to zdrowo, dewiant seksualny z niego pierwsza klasa, dla Freuda i innych tego typu przypadek idealny, ale jest poza tym słodki. Jego zakochiwanie się i wypieranie tego uczucia, próby racjonalizacji i umysłowe ucieczki czynią z niego osobę przeuroczą i dającą się lubić. Tak, lubię Greya, nie za wygląd, czy za kasę, ale za to, jaki jest cudownie słodki i niewinny. Dokładnie wiem, jakiego słowa użyłam. On może pieprzyć kobiety, może znać seks z każdej strony, ale uczuciowo jest niewinny. Nawet bardziej mi się podoba, niż Anastasia, która jest nowicjuszką na każdym z tych gruntów. Jej wewnętrzna bogini i podświadomość, które na początku mnie irytowały, są majstersztykiem opisywanie emocji i ich obrazowania. Do mnie przemawia i to bardzo robiąca gwiazdy bogini, czy prychająca podświadomość. To takie kobiece... I tego film nie ma prawa oddać i bardzo na tym traci. Tu widać, jak na dłoni psychikę kobiecą.
Jak już przy kobietach jesteśmy, to wiem, co one widzą w Greyu, prócz kasy. On jest zwyczajnie dżentelmenem, wymarłym gatunkiem i rycerzem na białym koniu. Tak poza seksualną sferą. Jest tak cudownie męski, nie, że brutalny, ale pozwala się czuć zaopiekowaną. A kobietom takim mężczyzn brakuje. Młodzi tak nie umieją, albo się wstydzą, a starsi, cóż, same ich tego oduczyłyśmy... A tęskni się za takim ramieniem do wsparcia się i wypłakania. Tylko ten cholerny mit silnej i niezależnej... A Christian nie pyta, on robi. Bierze, co chce i daje bardzo dużo. To chyba po części wyjaśnia fenomen zachwytu nad nim.
Erotycznie niestety książka mnie nie powala i przyznaję się bez bicia, że te fragmenty zazwyczaj omijam. Skusiłam się na scenę seksu oralnego, gdzie Christiana ze zdziwienia zatyka i się nie odzywa. Facet mnie drażni niemiłosiernie kazaniami w trakcie seksu. Może i to pasuje do kreacji postaci, ale... mnie burzy wszystko i jakby mi tak facet gadał, to bym wywaliła. Te fragmenty są więc dla mnie mało realne i mocno fikcją zalatują. Poza tym są słabe językowo, ale z drugiej strony, trudno o elokwencję przy seksie. A z trzeciej... Czytałam Tolkiena w przekładzie Łozińskiego, a potem drugi tom Skibniewskiej (nie, nie wsadzam kija w mrowisko). Jak pierwszy mnie powalił na kolana, tak drugi odstraszył. Bronię więc języka, póki nie zobaczę oryginału, bo wiem, że tłumacz może zepsuć wszystko.
Fabuła nie jest tylko erotyczna. Książka kipi seksem, jasne, wszak to literatura erotyczna, ale nie jest to sam seks. Autorka ma pomysł i go bardzo dobrze realizuje, odkrywając po kawałku. Ujawnione korzenie całej sytuacji wbiły mnie w ziemię, a potem jest podobno jeszcze ciekawiej. Czytam więc z zaciekawieniem i podoba mi się. Nie zachwyca, podoba, w ramach lektury lekkiej (hm.. zobaczymy, co będzie dalej z historią Christiana) i przyjemnej. Może i jestem jak blondynka oglądająca porno z nadzieją na happy end, ale... Nie każdy happy end to ślub, tu może to być... cii ;)
A na dowód tego, że mi się podoba:

W oryginale, żeby móc ocenić język. Używki, żeby na niedwyrężyć budżetu. W każdym razie chciałam przeczytać, żeby wiedzieć, co krytykuję. Trafiłam na coś, co z głównego przesłania mi nie zostawiło nic do zachwytu, za to z historii ukrytej dużo do przemyśleń. Dać pedagogowi książkę o seksie... Ech... Za relację od strony Christiana wezmę się z jeszcze większą przyjemnością. Ciekawe, co jemu w głowie siedzi...
Wydawnictwo Sonia Draga
Seria Pięćdziesiąt odcieni
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
2012 rok
608 stron
Zabierałam się, jak pies do jeża i... nie skończyłam. Zostało mi 70 stron, które skończę w najbliższym czasie. Nie, nie na siłę. Ale po kolei.
Zaczęłam i miałam ochotę rzucić. Ale słowo się rzekło, kobyłka i tak dalej, obiecałam recenzję, jak wyrazicie chęć, wyraziliście, to czytałam. Dopingował mnie Przyjaciel, który słuchał na audiobooku i lał ze śmiechu. To wzięłam się i ja jakoś rozsądniej. Na początku szło mi, jak po grudzie, język kiepski, fabuła jak z filmu porno. Ale potem... Zaczęło mi się podobać.
Christian jest słodki. Owszem, jest postacią popierniczoną, i to zdrowo, dewiant seksualny z niego pierwsza klasa, dla Freuda i innych tego typu przypadek idealny, ale jest poza tym słodki. Jego zakochiwanie się i wypieranie tego uczucia, próby racjonalizacji i umysłowe ucieczki czynią z niego osobę przeuroczą i dającą się lubić. Tak, lubię Greya, nie za wygląd, czy za kasę, ale za to, jaki jest cudownie słodki i niewinny. Dokładnie wiem, jakiego słowa użyłam. On może pieprzyć kobiety, może znać seks z każdej strony, ale uczuciowo jest niewinny. Nawet bardziej mi się podoba, niż Anastasia, która jest nowicjuszką na każdym z tych gruntów. Jej wewnętrzna bogini i podświadomość, które na początku mnie irytowały, są majstersztykiem opisywanie emocji i ich obrazowania. Do mnie przemawia i to bardzo robiąca gwiazdy bogini, czy prychająca podświadomość. To takie kobiece... I tego film nie ma prawa oddać i bardzo na tym traci. Tu widać, jak na dłoni psychikę kobiecą.
Jak już przy kobietach jesteśmy, to wiem, co one widzą w Greyu, prócz kasy. On jest zwyczajnie dżentelmenem, wymarłym gatunkiem i rycerzem na białym koniu. Tak poza seksualną sferą. Jest tak cudownie męski, nie, że brutalny, ale pozwala się czuć zaopiekowaną. A kobietom takim mężczyzn brakuje. Młodzi tak nie umieją, albo się wstydzą, a starsi, cóż, same ich tego oduczyłyśmy... A tęskni się za takim ramieniem do wsparcia się i wypłakania. Tylko ten cholerny mit silnej i niezależnej... A Christian nie pyta, on robi. Bierze, co chce i daje bardzo dużo. To chyba po części wyjaśnia fenomen zachwytu nad nim.
Erotycznie niestety książka mnie nie powala i przyznaję się bez bicia, że te fragmenty zazwyczaj omijam. Skusiłam się na scenę seksu oralnego, gdzie Christiana ze zdziwienia zatyka i się nie odzywa. Facet mnie drażni niemiłosiernie kazaniami w trakcie seksu. Może i to pasuje do kreacji postaci, ale... mnie burzy wszystko i jakby mi tak facet gadał, to bym wywaliła. Te fragmenty są więc dla mnie mało realne i mocno fikcją zalatują. Poza tym są słabe językowo, ale z drugiej strony, trudno o elokwencję przy seksie. A z trzeciej... Czytałam Tolkiena w przekładzie Łozińskiego, a potem drugi tom Skibniewskiej (nie, nie wsadzam kija w mrowisko). Jak pierwszy mnie powalił na kolana, tak drugi odstraszył. Bronię więc języka, póki nie zobaczę oryginału, bo wiem, że tłumacz może zepsuć wszystko.
Fabuła nie jest tylko erotyczna. Książka kipi seksem, jasne, wszak to literatura erotyczna, ale nie jest to sam seks. Autorka ma pomysł i go bardzo dobrze realizuje, odkrywając po kawałku. Ujawnione korzenie całej sytuacji wbiły mnie w ziemię, a potem jest podobno jeszcze ciekawiej. Czytam więc z zaciekawieniem i podoba mi się. Nie zachwyca, podoba, w ramach lektury lekkiej (hm.. zobaczymy, co będzie dalej z historią Christiana) i przyjemnej. Może i jestem jak blondynka oglądająca porno z nadzieją na happy end, ale... Nie każdy happy end to ślub, tu może to być... cii ;)
A na dowód tego, że mi się podoba:

W oryginale, żeby móc ocenić język. Używki, żeby na niedwyrężyć budżetu. W każdym razie chciałam przeczytać, żeby wiedzieć, co krytykuję. Trafiłam na coś, co z głównego przesłania mi nie zostawiło nic do zachwytu, za to z historii ukrytej dużo do przemyśleń. Dać pedagogowi książkę o seksie... Ech... Za relację od strony Christiana wezmę się z jeszcze większą przyjemnością. Ciekawe, co jemu w głowie siedzi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

