Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez kategorii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bez kategorii. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

Od czego zacząć

Czuję jakbym tu już nie należała, a jednocześnie, jakby to było całkiem nowe miejsce. Od początku. Może faktycznie zacznę od początku, może całkiem inaczej, może coś pozmieniam i wystartuję. Jakoś mi... Nie wiem jak to opisać. Brakuje specyfiki tego bloga. Tamten stał się zupełnie innym miejscem, bardziej osobistym, mniej przemyśleniowym. Nie wiem. A może tylko żal mi, żeby zniknął...

poniedziałek, 7 października 2013

Jakby ktoś coś...

Licznik twardo pokazuje, że wchodzą tu jakieś zabłąkane dusze. Zakładam, że część jest leniwa i na nowego bloga nie zajrzy, więc dla nich skrót:
Córa już nie taka mała, w święta skończy dwa latka. Domek się buduje, a ja... ja nadal kura domowa, gdyż ponieważ znów jestem w dwupaku. Tym razem termin, nie, nie w nowym roku, w okolicach Mikołaja. Kolejny prezent, kolejna niespodzianka.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Onet mi się nie podoba

Nowy wygląd mi się nie podoba, zniszczyli mi moje miejsce.... Lepsze jest wrogiem dobrego.

środa, 31 października 2012

Ku pamięci

Widzę, że nadal pojawiają się tu zbłąkane dusze. Strasznie mi miło.  Przypominam, że każdy, kto nie chce śledzić tylko archiwum znajdzie mnie tu:

A na wyjazdy na groby: noga z gazu i gaz z głowy, jak mówi ksiądz Jerzy Kownacki z Radia Plus.

piątek, 31 sierpnia 2012

Dzień Bloga

Jako że kocham to miejsce nadal... Ach, ta moja wierność i miłość zupełnie czasem nieuzasadniona czego kolejnym przykładem jest... Nie, nie mój Bardzo Osobisty Mężczyzna, a samochód Złomkiem zwany pieszczotliwie. A więc, jako, że kocham to miejsce nadal i zupełnie, ale to zupełnie nie chce mi się przenosić notek w miejsce nowe. Pominę już brak możliwości przenosin cennych dla mnie komentarzy, to piszę tu notkę na Dzień Bloga. Żeby sobie nadal wisiał i przypominał stare dobre czasy. O.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Tęsknię

Tęsknię za tym miejscem. I choć blogspot stał się bardziej osobisty, to jednak tu pozostał sentyment. Chciałabym wrócić z pewnością, że nic się nie wydiabli po drodze. Nadzieja umiera ostatnia.

poniedziałek, 28 maja 2012

Może?

Nadal mam nadzieję, nadal wierzę, że się uda. Dziś weszłam i nie spotkała mnie przykra niespodzianka. Czyżby?
Dominisia skończyła pięć miesięcy w Dzień Matki. Fajnie jest obchodzić to święto z drugiej strony.

poniedziałek, 14 maja 2012

Wierność wiernością, ale...

Wierna staram się być. Wie o tym dobrze moje auto Złomkiem zwane czasami. O ludziach to nie wspomnę wcale. Ale wszystko ma swoje granice. Można mnie tak zdenerwować, że mam dość i zdradzam. Niniejszym oświadczam, że:

Myśli i myślątka Ciemnego Aniołka zmieniły swój adres.

środa, 9 maja 2012

Dylemat

Jestem na skraju wytrzymałości nerwowej. Tracę cierpliwość do "twojemu blogowi na pewno nic nie jest", "blog o podanym adresie nie istnieje", czy "lista postów jest pusta". Myślę nas zmianą portalu, ale... to tu jest moje miejsce w sieci, to tu lubię pisać... Nie wiem, nie chce rezygnować z pisania, ale jak mam coś publikować n razy to mi się odechciewa...

piątek, 4 maja 2012

Zróbmy sobie dziecko. Jasne kochanie, już chodźmy do łóżka

- Kochanie, bo tak fajnie byłoby,jakbyśmy mieli dzidziusia, może się postaramy, co? Kochanie? – mówi ona,przymilając się do swojego wymarzonego, wyśnionego, Pana Idealnego.

- Jasne, pewnie, czemu nie – mówion i wraca do czytania gazety, a ona zasiada cała w skowronkach przedkomputerem, zmienia opis na portalu społecznościowym, wszak każdy musiwiedzieć, że oni się starają, wybiera ubranka, wózek, szuka znaczenia imion.

Starają się. Jedna cudowna noc,druga, kolejna… W końcu test. Jak nie wyjdzie, to on ją pociesza. Jak wyjdzieto cieszy się wraz z nią. Ona ogłasza całemu światu swą radość, ciąga go nausg, na które on tak średnio chce chodzić, ale przecież wstydliwy, to dlatego.

- Kochanie, a jak już się urodzi,to mi będziesz pomagał, prawda? – pyta rozmarzona głaszcząc brzuch.

- Jasne.

- I razem na spacery będziemychodzić…

- Yhm…

- I będziemy mieć więcej czasudla siebie, nie możemy się zaniedbywać… - ciągnie, zdając się nie zauważać, żeon nie odrywa wzroku od gry, gazety, czy telewizora.

Potem dziecko przychodzi naświat. Okazuje się, że Pan Idealny ani myśli rezygnować z gier komputerowych,telewizji, kolegów, wraca późno z pracy i ani myśli pomagać, koszmarniezmęczony. Ona za to poświęca się dziecku, często nie ma czasu ugotować,posprzątać, czy się umyć. Seks to był, jak się starali, bo w ciąży, to wiadomo,można zaszkodzić, albo głowa boli… Pretensje, oskarżenia, wszak nie tak miałobyć. W końcu ona wybucha i oświadcza, że on chciał dziecka, to o co chodzi.

Tylko czy on na pewno chciałdziecka? Czy ona chciała, a on się zgodził? Bo facet na seks zgodzi się zawsze,a że przy staraniu się o dziecko trzeba często, bez zabezpieczeń i kobiety wkońcu nie boli głowa? Tym lepiej. Raj na ziemi. A dziecko? No skoro ona taknalegała, tak się cieszyła, to niech się cieszy dalej, sama. Facet nie czujesię w obowiązku pomagać, jeśli jeszcze żona, czy partnerka nie wykazujezainteresowania niczym poza dzieckiem. I w sumie go rozumiem, zszedł na dalszyplan, porzucony, niechciany, bo zrobił swoje. Murzyn zrobił swoje, Murzyn możeodejść.

Czasem mam ochotę zapytaćnarzekające na mężów kobiety, czy to oni chcieli dziecka, czy tylko ona todziecko wyprosiła. Czy oboje dorośli to roli rodziców, czy też któreś, jeślinie oboje, sami są dziećmi. Jestem tchórzem, nie pytam. Boję się odpowiedzi, zaktórą idą bolesne konsekwencje dla „naszego cudnego bobaska, którego obojebędziemy bardzo kochać”. No skoro ONA tak mówi…

wtorek, 1 maja 2012

Wiosna czy lato?

     Ciepło się zrobiło, więc każdą chwilę spędzamy na powietrzu. Stąd mało mnie tu, w sieci jestem gościem. Długi weekend spędzamy w ... domach. Tak, tak, jutro wylewają płytę i w efekcie nasz dom zacznie przypominać dom faktyczny. Ja siedzę z Małą tu, skąd nadaję, a Bardzo Osobisty Mężczyzna będzie siedział na budowie i lał, żeby nie popękało. Najlepiej, jakby deszcz spadł, więc jestem chyba jedyną osobą, która życzy sobie na ten wolny czas opadów. Tak od jutra wieczorem do piątku rano. Nie musi padać stale. Co 4 godzinki starczy. Tak, czuję się zlinczowana.

czwartek, 26 kwietnia 2012

4 miesiące

            Wiem,przypadek, ale Domi obudziła się dziś dokładnie w godzinę swoich urodzin,witając w ten sposób swoje skończone 4 miesiące. Z reguły budzi się troszkępóźniej, a potem dopiero koło 5. Dziś musiała Tacie opowiedzieć, co jej sięśniło, więc nie od razu poszła spać, ale co tam.

Co nowego u nas? Od paru dni gadajak najęta. Aguga, geje, emem, gugu i grrrrrrrrrrrrr są słyszane wszędzie,gdzie ona jest, a i tam, gdzie jej nie ma, bo głosik ma donośny. Z lubościąwstaje do siadu i parę razy usiadła już prosto, ja jej nogi tylko trzymałam, bonormalnie idą do góry i udaje się podnieść tylko do połowy pleców. Nauczyłam jąteż trzymać kubeczek i dostawiać do ust w wyniku czego kiedyś prawie wylała nasiebie mężowską herbatę. Bo po nią sięgała. Zresztą sięga namiętnie powszystko, a najbardziej lubi zrywać kaczorka ze swojego leżaczka. Ale podobnokaczorek ma po prostu taki urok. Pewnie tajemnica tkwi w jego kolorze, bo jestżółty. Kolejną ulubioną zabawką jest gryzak, tak, tak, chyba weszła w fazęzębów. Co oprócz tego? Śmieje się z lubością i do każdego. Głośno, cudnie. Anajśmieszniej jest tuż przed kąpaniem, jak któreś z nas ją rozbiera. Śmieje siętak, że aż się zwija w kłębek. Kocha chustę. Zawijam ją i śmigamy na spacerki.Na początku dzielnie zwiedza, ale po chwili główka się kiwa i śpi.

Mój Bardzo Osobisty Mężczyznaoczywiście ją rozpieszcza i ostatnio zaraził Lord of the Dance. Siada z niąprzed komputerem, puszcza jeden kawałek i Domi aż piszczy z radości. I tańczy.Nawet w rytm. Ona będzie tańczyć, nim nauczy się chodzić.

Rośnie z niej pirat drogowy.Najfajniej jest na autostradzie, jak mama tnie 130 na godzinę. Wtedy śpi, a jakgdzieś stanę, to płacze.

Z naszego orientacyjnegomierzenia i ważenia wynika, że ma 70 cm i 6,7 kg.

 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Mury

            10 dniakwietnia zaczęliśmy sezon budowlany. Swoją drogą ciekawy zbieg okoliczności.Dwa lata temu zapadła decyzja o ślubie, rok temu zobaczyłam dwie kreski nateście ciążowym, a w tym roku zaczęliśmy budować. Ciekawe, co przyniesie 10kwietnia 2013… A wracając do rzeczy. Powstała już wylewka na fundamentach,teraz chłopaki murują ściany. Świetnie im idzie, prócz małej wpadki z chęciązamurowania nam okna. Ale jak ktoś ma okno zamiast ściany, to można siępomylić. W każdym razie cieszę się strasznie, już widać coś więcej, niżwyciekającą kasę z konta. Ciągnie mnie tam każdego dnia, ale dzielnie siedzę wdomu. Szkoda ciągnąć Domi tyle kilometrów. Szczególnie dziś, gdy pada. Achłopaki budują. Wielki szacunek dla nich, bo nikt ich nie zmusza. Wychodzi nato, że w tym tempie, jak pogoda pozwoli to dach będzie szybciej, niż na drugąrocznicę ślubu.

            Zaczynająnam się klarować plany na być może długi-nie długi majowy weekend. Nie długi,bo szkoda urlopu na jakiś wyjazd, jeśli w tym czasie można posunąć budowę doprzodu, ale któryś z tych dni na pewno wykorzystamy, pewnie nawet dwa. Troszkęobawiam się o nocowanie Dominiki w innym miejscu, ale sądzę, że z ukochanymmisiem i wózkiem damy radę. Dość o niej, może zrobię podsumowanie 4 miesięcy,to będzie więcej.

            W czwartekbyłam w pracy, tak, odwiedzić stare śmieci. I z jednej strony ciągnie mnie tam,wróciłabym, a z drugiej jakoś przeszkadza mi hałas, bałagan i myśl o jeżdżeniutam codziennie. Byle do przeprowadzki, będę mieć może z pół godziny na nogach.Wtedy wrócę z pieśnią na ustach.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Wesołych!

    
Niech te Święta będą rodzinne, pełne radości i spełnienia. Bądźcie dla siebie uprzejmi i dobrzy, a wszystko inne się ułoży.


p.s. Zawias nadal trwa co widać po okrojonych życzeniach i jaju, które już tu gościło.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

wtorek, 27 marca 2012

Nie karmisz, nie jesteś dobrą matką, czyli o destrukcyjnych skutkach społecznego nacisku

            Wiem, tematoklepany, przegadany i stary, jak świat. Karmienie piersią, kontra karmieniebutelką. Nie będę się wdawać w dyskusję, co jest lepsze, zdrowsze ipsychologicznie, zdrowotnie, czy inaczej uzasadnione. Wdam się natomiast wnagonkę kobiet na kobiety. Gdziekolwiek się nie pojawię, pytają mnie, czykarmię piersią. Zaraz po tym pytaniu słyszę, że ta karmiła półtora roku, tadwa, a tamta rok. A ja nie chcę. Zwyczajnie nie chcę. Karmienie piersią jestdla mnie super wygodne, sprawia mi przyjemność i lubię karmić. Ale nie chcędoprowadzić do sytuacji, że dziecko ściąga mi bluzkę, bo ono chce cyca teraz,zaraz. Nie i już. Chcę karmić do pół roku, potem stopniowo ograniczać, by wkońcu przestać całkiem. I wiem, że mam do tego prawo. A jednocześnie z tyłu głowysą głosy kobiet, które karmiły dwa, rok itd… Można w paranoję wpaść i wdepresję. Bo jak mogę nie chcieć karmić do x czasu. Jak mogę przesuwać ten czasponiżej roku. Jakoś się trzymam swojego postanowienia. Nie mam napadów smutku izwątpienia, mam za to napady złości, że ktoś chce ingerować w mój plan i mójmodel bycia matką. Robię to, co mi podpowiada intuicja i tego zamierzam siętrzymać. Przy czym ja mam ogromne wsparcie męża. A co z kobietami, które tegonie mają? No właśnie, wpadają w coraz większy dołek emocjonalny, na którymcierpią wszyscy wokół z dzieckiem na pierwszym miejscu. Karmienie siedzi wgłowie, od niej jest uzależnione i nie wyobrażam sobie karmić na siłę, bootoczenie, bo mama, bo teściowa… Frustracja gotowa, a za nią idzie agresja, wprostej linii. Złość na siebie, na dziecko, na wszystko wokół i mamy gotowyprzepis na nieszczęśliwą mamę i nieszczęśliwe dziecko. Dziecko karmionepiersią, a nieszczęśliwe. Ot, taki paradoks.

            Idę zaswoim instynktem, karmię, bo chcę, bo lubię, ale nie widzę w tym nicmagicznego. Po prostu, fantastyczne chwile z dzieckiem, które z czasem zamienięna przytulanie bez piersi. Bez względu na społecznie naciski. Bo to ja jestemmatką i ja wybieram swoją drogę macierzyństwa.

poniedziałek, 26 marca 2012

3 miesiące

            Dominiczkadziś kończy 3 miesiące. Właśnie krzyczy na mnie, więc się poprawiam, skończyłao 0.55 w nocy. Tydzień temu byłam z nią do szczepienia i dowiedziałam się, żemój Skarb Mały waży 5960 i ma 66 centymetrów. Co chwilę odkładam jakieśubranka na kupkę „za małe, do odłożenia dla rodzeństwa”. Co chwilę też widzę,jak się zmienia, ile nowych rzeczy potrafi. Ostatnio zakochuje nas w swoimśmiechu. Śmieje się głośno, długo i zupełnie nie do uchwycenia, bo śmiech irechotki urywają się, jak tylko próbujemy je nagrać. Podnosi już głowę, jakleży na plecach, a w leżaczku to już barki jest w stanie, ale ja udaję, że niewidzę, bo nie jestem jej w stanie powstrzymać, a nie bardzo już powinna cośtakiego robić. Jednak najlepszą zabawą pozostaje chlapanie wodą w kąpieli.Wanienkę wstawiamy już do dużej wanny, a ona chlapie, chlapie i chlapie,najlepiej zachlapać sobie całą buzię, a jak jeszcze wpadnie coś do ust, to jestw ogóle super.

            Wiosnaprzyszła, zdecydowanie, nawet przylaszczki widziałam, bo w sobotę pojechaliśmyna nasze fundamenty, przez tamten piękny las. A że akurat nie ja prowadziłam topopodziwiałam sobie te niebieskie połacie. Ach… Ze względu na to, że sięzrobiło ciepło, nie trzeba się tak ubierać, jesteśmy prawie cały czas nazewnątrz. Wychodzimy do ogrodu, Domin zasypia w wózku, oddychamy świeżympowietrzem. Kocham ten nasz ogród, który mi oszczędza kilometrów. Wychodzimy ijuż. No i zawsze w razie draki można wrócić. Dziś zamierzam umyć samochód. Bowoła już o pomstę do nieba. A pewnie w środę umyję mężowski, bo w moim pusto wbaku, więc będę jeździć jego, a brudnym nie mam zamiaru. Czeka nas więc kolejnabytność na świeżym powietrzu.

środa, 21 marca 2012

Wiosna, cieplejszy wieje wiatr

            To sięstało na wiosnę, kiedy śniegi ciemniały, kiedy wiatr mokrej ziemi zapach niósł…Jakoś tak mi się ta piosenka z wiosną i radością kojarzy, choć nigdy na wiosnęsię nie zakochałam. Mnie sprzyja raczej zima i jesienne nostalgiczno złotednie. I zima. Zima na amen i nieodwołalnie. A dziś pierwszy dzień wiosny. Wczoraj było co prawda zdecydowanielepiej, ale dziś też nie narzekam, choć na spacer raczej nie pójdę. I jak tuuczcić dzień wagarami? No nie da się. Liczę jednak na promienie słoneczne ideszcz, w kolejności obojętnej, byle ziemia odmarzła i byle można było zacząćbudowę. Niech się mury pną do góry i podaj cegłę będzie myślą przewodnią. Wtedywsiądę z moją Małą do samochodu i będziemy jeździć do mojego Bardzo OsobistegoMężczyzny na budowę, by dziecko nie zapomniało, jak Tata wygląda. Spacer dwa wjednym.

            Przylaszczkiw moim ogrodzie zakwitły. Już się nie mogę doczekać, aż pojadę z wizytą domiejsca mojej pracy, przez las, bo tam ich jest naprawdę dużo. Nie do końcawiem, czy bardziej czekam na wizytę tam, czy na ten las niebiesko zielonkawy.Na pewno chce mi się wyjść z domu, gdzieś dalej. Nosi mnie. Wiosna pozytywniemnie nastraja. I tego optymizmu Wam troszkę wysyłam.

sobota, 17 marca 2012

Muffinki dla Mai

AKCJA 1% PODATKU DLA MARYSI PINDRAL 
PÓŁTORAROCZNEJ DZIEWCZYNKI CHOREJ NA RDZENIOWY ZANIK MIĘŚNI (SMA I) 
DANE KRS:  0000037904 
Cel szczegółowy 1%- 11740 Pindral Maria
strona Mai na facebooku

 

Dla chcącego nic trudnego, choć papilotek brak, przepis się pomylił i dołożyłam za dużo mąki, ale muffinki uratowane. Na szczęście miałam mleko i folię aluminiową. Mleko z jajem do suchego, z folii zrobiłam pseudo papilotki i oto są:

Muffinki dla Mai. Jako, że dla dziecka, to nie mogły być z niczym innym, jak z czekoladą. Mleczną, pyszną.

2 szklanki mąki, przesianej
pół szklanki cukru
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
połtorej łyżeczki sody
rozdrobniona czekolada
troszkę ponad szklanka mleka
dwa jaja
5 łyżek oleju

I jak zawsze, mieszamy "mokre" osobno, "suche" osobno, potem byle jak wszystko razem i do papilotek. Około 20 minut w 200 stopniach i mamy pyszności na stole.

A oto one:
 
  

środa, 14 marca 2012

Bez ładu i składu

Mam ochotę napisać, nie bardzo mam o czym. Może o tym, że ponuro na polu, mży i zimno w środku się robi od tego. A może o tym, że mam wspaniałego męża, zakochanego w cudownym dziecku naszym? Nie, lepiej o tym, że wiosny doczekać się nie mogę i to nie ze względu na ciepło i brak deszczu i ponurego krajobrazu za oknem. Bo na wiosnę ruszymy z budową. Efekt tego będzie taki, że cudownego męża nie będę prawie widzieć, za to cudowne dziecko zdąży mnie poznać od podszewki i mieć mnie dość, bo ileż można z mamą siedzieć. Do tego dołączy się liczenie, kombinowanie i ciągła nadzieja, że jeszcze chwila, jeszcze moment i będzie kolejny etap, kolejny, a w końcu wyprowadzka. Jak już przy tym. Boję się strasznie. Żal mi się robi na samą myśl o przenosinach i opuszczeniu tego miejsca, choć jednocześnie każdym porem skóry pragnę tego i doczekać się nie mogę. Ale taka kolej rzeczy. Chciałabym, by udało się za rok wprowadzić. Mała by mniej przeżyła przenosiny. Tylko tu pojawia się problem, z kim ją zostawić, jak wrócę do pracy. Czyli jeden problem goni inny. Ile człowiek się musi naplanować i namyśleć, żeby było jako tako dobrze...
A tymczasem idę do swojego roześmianego dziecka, żeby nie dało sobie zabawką po głowie. Bo Domi trzyma już grzechotkę i z zapałem nią wywija. Lubi też przykrywać i odkrywać się pieluchą. Gada przy tym jak najęta. Usiłuje też siadać, co doprowadza nas do stanu przerażenia o jej kręgosłup. Wszak w poniedziałek skończyła zaledwie 11 tygodni. Od kilku dni też zaczęła się głośno chichrać, ale chyba jeszcze sama nie wie, jak to robi i doprowadzenie jej do tego stanu trwa i za każdym razem musi być prowadzone inaczej.