A raczej ministranci, ale oni nieletni, to nie wypada mi pisać i padło na księdza. A było to tak:
Dziś spodziewaliśmy się księdza. Więc szybko się zebraliśmy z łóżka, bo według naszych obliczeń i tradycji miał być koło 12. Po 10 uznałam, że odkurzę, umyję podłogę, niech będzie gotowe. I tuż przed 11 poszłam pod prysznic, bo zakurzyłam się nieco. Cała jestem namydlona, dzwonek do drzwi. Osobisty otwiera, przychodzi do mnie do łazienki, a ja na to, że ksiądz. On, że nie, ale chłopaki, a ksiądz jest dwa domy dalej. No to biegiem się płuczę i wycieram, ale z włosów kapie! Osobisty mi zapina sukienkę, ja nurkuję po suszarkę. Wołam Córę, suszy mi włosy, ja zakładam rajtki. Normalnie już się na nowo spociłam, ale to jeszcze nic, Syn mi suszył, jak myłam zęby. Pytam Osobistego, czy zdążę zrobić makijaż, a on na to, że nie bardzo bo...
Ksiądz pod drzwiami.
W ogóle to myślałam, że chłopaki wejdą, a oni tylko anemicznie zaśpiewali w wiatrołapie, aż się ich miałam pytać, czy śniadania nie chcą. W tym czasie ksiądz już dał dzieciakom obrazki, pomodliliśmy się, zamienił trzy zdania i już go nie było. Bez sensu taka kolęda, ale cóż. Równie dobrze mogłam spod tego prysznica nie wychodzić, nie zauważyłby...