Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 marca 2018

Niech się dzieje

Miesiąc po zostaniu bezrobotną, w przeddzień kilku lat i kilku miesięcy od ślubu, w najszczęśliwszy dzień miesiąca, czyli 13 posłałam moje pierwsze książkowe dziecko dalej.
A teraz o tym zapominam, bo pewnie będę czekać długo i jeszcze dłużej i się nie doczekam, więc po co się przejmować.
Zaczęłam kolejną, niby dalsza część, ci sami bohaterowie, zazębia się pewien okres czasu, ale temat już inny i można potraktować jako odrębną część.

czwartek, 9 listopada 2017

Do poczytania

Chcecie poczytać? Fragment jeszcze ciepły, dopiero wyszedł spod moich palców (a po drodze zawiesił mi się komputer i już bałam się, że nie odzyskam tego, co w pocie czoła stukałam, nauczona na błędach posłałam kopię Osobistemu).

Spotkała na mieście babcię i nie bardzo wiedziała, jak się zachować. Nie miała pojęcia, ile kobieta wie, co wie i od kogo. Nie widziały się od tej felernej wigilii, kiedy wyszła z domu z Marcinem, ale nie wiedziała, co babcia wie o jej dalszych losach. Podejrzewała, że uważa, iż wróciła do domu i jest po staremu. Ojciec się raczej nie chwalił takimi „wybrykami i fochami”, jak to nazywał.
- Chodź, siądziemy tu na ławeczce, nogi już nie te – powiedziała starsza pani i pociągnęła ją w stronę ławki na rynku, z widokiem na fontannę. – Jak ci się wiedzie, dziecko?
- Dobrze, babciu, nauki mam sporo, rzadko udaje mi się wyjść i tak po prostu nic nie robić.
- Nauczysz się i zdasz, mądra dziewczyna jesteś. A teraz jest ci łatwiej, jak jego nad tobą nie ma.
Patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc. Babcia, mama ojca tak po prostu o tym mówi?
- Co tak patrzysz? Myślałaś, że nie wiem, jak on was traktuje? Wiem i serce mi pęka, bo nie tak go chciałam wychować. Gdzieś popełniłam błąd, zawaliłam jako matka.
- Babciu – szepnęła i głos uwiązł jej w gardle.
- Zawsze był dokładny – kobieta ciągnęła, jakby nie usłyszała wnuczki. – Musiał mieć wszystko idealnie i tak, jak on chciał. Poukładane pod kreskę, ułożone pod kreskę. Teraz pewnie zdiagnozowaliby autyzm, czy inną chorobę. Wtedy był uważany za porządnego chłopca. Nikt nie wiedział, że potrafi wpaść w taki szał… Ukrywał to, w szkole zawsze idealny, na pokaz, w domu z niego wychodziło. Bałam się go, wiesz? Bałam się i robiłam, co chciał, byle był spokój. Myślałam, że chronię tym siebie, jego siostrę, że chronię spokoju w domu, a ja wychowałam bestię. Teraz tego się nie popiera, bo to grzech, ale trzeba mu było dać parę razy pasem po dupie, to by może był inny. Mniejszy grzech dać klapsa, niż wychować potwora, co krzywdzi innych.
- Babciu – Karina miała łzy w oczach. – Babciu, a może dzięki temu on tylko krzyczy i nie bije? Babciu, chciałaś dobrze.
- Dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane – staruszka wyprostowała się i zaczerpnęła głęboki haust powietrza. Otrząsnęła się z wspomnień, choć poczucia winy nigdy nie zdejmie ze swych barków. Od tego mogła ją uwolnić tylko śmierć. O którą modliła się każdego dnia. O śmierć swoją i swojego syna, by już nikogo nie skrzywdził, by wieczny spokój zapanował nad jego rodziną.
- Nie mogłaś wiedzieć.
- Nie pocieszaj mnie, Karinko, bo to nic nie da. Stara jestem, swoje wiem, błędów się wstydzę, ale przyznać się do nich już nie. Twoją mamę ostrzegałam, nie chciała słuchać, potem prosiłam, by odeszła, też nie chciała. Nie miałam siły wyrwać jej z poczucia winy i bycia ofiarą. Dlatego cieszę się, że tobie się udało. Jakbyś coś potrzebowała, to wiesz, gdzie jestem. Nie odkupię tym swych win, nie naprawię krzywd i błędów, ale mogę próbować tworzyć nową przyszłość, taką lepszą. Przepraszam cię, kochanie, za niego, za to, co wam zrobił – spojrzała jej w oczy. Karina czuła, że łzy kapią jej po policzkach, mocząc wiosenną kurtkę, ale nie przejmowała się tym zupełnie.
- To nie ty powinnaś przeprosić.
- Ktoś powinien, a on tego nie zrobi – westchnęła staruszka.

środa, 8 listopada 2017

Power po targach

Po Targach Książki dostałam takiego powera, że chciałam pisać, pisać, pisać. A pogoda pokazała, że muszę posprzątać ogródek, nim przyjdzie zima, czy zebrać warzywa, kwiatki, co zimują w domu i inne takie. A potem dzieci były chore. I tak jakoś mi zlatywało, choć w głowie zdania się układały wręcz same. Aż w końcu, wszystko zostało zrobione, a ja zasiadłam przedwczoraj do komputera mimo tego, że odebrałam Córę z przedszkola po godzinie od zawiezienia, bo tak bardzo bolała ją głowa. A Osobisty wcześniej wrócił z pracy, bo jak wyżej. Oboje skończyli na przytulankach z muszlą i Córze przeszło, a Osobisty właśnie jedzie do lekarza, bo wczoraj prawie zeszedł na ból głowy, na który nic nie pomaga.
Ale do rzeczy. Przedwczoraj nastukałam 13 tysięcy znaków, dziś siedzę i stukam dalej, już mam na koncie 4 tysiące. Przy takim tempie za maksymalnie dziesięć dni skończę i robię redakcję. Co prawda chodzi mi po głowie, że to bez sensu, że nikt nie będzie chciał, że głupie to moje pisanie, ale walę się sama po własnej głowie wirtualnym młotkiem i mi przechodzi.

A zaraz po zakończeniu tej biorę się za następną, a potem mam jeszcze dwa pomysły, które aż się rwą do tego, by ujrzeć światło dzienne.

piątek, 22 września 2017

Zapalona

W poniedziałek napisałam około 12 tysięcy znaków. A wieczorem zaczęło mnie boleć ucho. Rano tylko łaskotało, poszłam do ogólnego, nic mi nie powiedziała, skierowała do laryngologa. "Nasza" pani akurat miała popołudniu, pojechałam, choć mi się nie chciało, bo to tylko łaskotanie.
Pani doktor załamała ręce, bo zapalone nie tylko ucho lewe, ale i prawe, powinno boleć, jak durne i powinnam mieć gorączkę. Ale że ja nie mam nigdy... Do tego katar, o którym dowiedziałam się od niej i jak zażyłam leki, bo mi wtedy pociekło z nosa i zapalenie gardła.
Od wtorku wieczora biorę antybiotyk, zarówno doustny, jak i do uszu. Odwożę tylko dzieci do przedszkola ("jak pani je może zawieźć, dla pani będzie lepiej"), a potem zalegam i ani ręką, ani nogą. Trochę czytam, dużo śpię. Więc mój plan pisania na chorym nie wypalił, bo nie jestem w stanie wysiedzieć. No cóż, nie ucieknie :)

czwartek, 16 marca 2017

Zajawka

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. A jak już dzieci mówią "nie marudź, bierz się do roboty, bo samo się nie zrobi" i deklarują zostanie na obiad, to trzeba zakasać rękawy. Zakasałam.

Kiedyś wyjdę stąd z podniesioną głową. Zostawię za sobą wszystkie kłótnie, przykre słowa, lęk, który staje się namacalny i powoduje ból w klatce, zabierając oddech. A oddech jest przecież taki ważny. Wdech, wydech, wdech, wydech… Systematycznie, równo, powoli i szloch nie wyrywa się z gardła. Tylko łzy znaczą poduszkę i wsiąkają w miękkie kocie futerko. Bezgłośnie, bo głośno mi nie wolno. Przecież nie będę się znów mazać, nie dam mu tej satysfakcji. Tak bardzo boję się szeptów w nocy, tak bardzo ich nienawidzę. Tak, to dobre słowo, nienawidzę, jak mówi do siebie, bo z niego wtedy wylewa się czysta nienawiść. Po co mu to było? Po co mu była rodzina? Nie wiem. Nie chcę pytać. Podejrzewać, to jedno, a wiedzieć i usłyszeć, drugie.
Kiedyś cię stąd zabiorę, kicia, znajdziemy sobie małe mieszkanko. Pokój w drewnie, kominek, wygodny fotel. Okno na świat, taki nasz, spokojny, bez strachu, czy awantura wybuchnie dziś, czy jutro. Bez pilnowania każdego słowa, by nie urazić pana i władcy, by mama nie cierpiała, by nie musiała mnie bronić. Bez gaszenia światła, bo przeszkadza, bo rachunki. I bez podejrzeń o to, że jestem w ciąży.
Byle skończyć szkołę, pójść na studia, złapać pracę. Przestać być zależną.
Kiedyś wyjdę stąd z podniesioną głową.



Musiała grać na czas, bo jeżeli on jest włamywaczem, to może się chcieć pozbyć świadka. Ogródek Dagonowie mają dość spory, jeden kopczyk więcej, czy mniej, nie zrobi różnicy, a jak dobrze rozplanuje, to nawet kopczyka nie będzie, albo dołoży kamieni i będzie świetny początek ogródka skalnego. Nie chciała skończyć jako nawóz dla rozchodników. Tylko komórka była na stoliku, a on stał tuż obok. Ciężkimi przedmiotami pod ręką też nie dysponowała. Nie miała szans w bezpośredniej konfrontacji, musiała coś wymyślić, by uśpić jego czujność. A może się przy okazji czegoś dowie, co może się potem przydać w przyskrzynieniu drania?
- Mieszkasz, kotku? Ciekawe, że wcześniej cię tu nie widziałam. Kim jesteś?

- Marcin Dagon, coś jeszcze? – żeby być przesłuchiwanym we własnym domu… Dziewczyna chwilę stała jak wryta. Świetlana przyszłość, w której państwo Dagon dziękują jej za uratowanie drogocennych przedmiotów, a on stoi w pomarańczowym kombinezonie i skutymi nogami i rękami odeszła w niebyt. Nie ważne, że takie stroje to raczej w filmach i to nie polskich.


To dwa fragmenty tego samego. Myślę, że po raz pierwszy i ostatni tu. Dziś powstało 18 stron, choć w sumie nie dziś. Tekst leżał na dysku, teraz go ciut przerabiam, dużo dopisuję, redaguję to, co redakcji wymaga. Stąd praca idzie szybko. Temat trudny, bo mocno oscylujący koło przemocy w rodzinie, tej niewidocznej, psychicznej, ale będzie też zabawnie, bo nie samym dramatem człowiek żyje.