Jesień nastała, nostalgicznie się zrobiło, chętniej by się w domu siedziało, a nas nosi.
W piątek w końcu udało się spotkać z najmłodszym członkiem naszej rodziny. Kurczę, jak szybko się zapomina, prawie nie wiedziałam, jak trzymać takiego maluszka, a on przecież ma już dwa miesiące, nie jest takim zupełnie maleństwem. Dzieciaki chętnie brały go na kolana, oczywiście z asysta, ale w domu takiego nie chcą mieć. Bardzo dobre spotkanie.
Sobota to inauguracja roku tanecznego. Z tygodniowym opóźnieniem, bo pierwsze zajęcia były już tydzień temu, ale oboje byli chorzy. Bo na taniec towarzyski chodzą oboje. Syn na próbę, bo nie wiedziałam, jak sobie poradzi. Po zajęciach ledwo chodził, był naprawdę zmęczony. Po rozmowie z nauczycielką nie wiedziałam, co zrobić, bo rusza się fajnie, ale do kroków jeszcze daleko i czasem wyraźnie odstaje. Nie wiadomo, czy nadgoni, a jak nie, to będzie problem z przedstawieniem. W końcu zdecydowałam, że w październiku jeszcze pochodzi, bo ma karnet zapłacony, a zacznie tańcem w przedszkolu. Trochę się obędzie z tematem, wśród swoich rówieśników, bo u pani Ani jest najmłodszy, i za rok spróbujemy na nowo.
Wczoraj do kościoła poszliśmy na nogach, potem na cmentarz i lasem do domu. Plan powstał po drodze, ja miałam buty na obcasie, ale daliśmy radę. Popołudnie mieliśmy zaplanowane na wizytę u chrzestnego Syna. Mieliśmy nie siedzieć długo, więc wróciliśmy po 22 :P Tia...
A dziś jedziemy na Emotki, tym razem z chrzestną Syna.
Zwariowałam. Przyjaciółka zapytała, czy mam ochotę z nią chodzić na burleskę. No i nie lubię paskudy, bo mnie namówiła i kupiłam karnet na trzy miesiące. Na fitness 2 kilometry mi się nie chce, a teraz co czwartek do Krakowa będę jeździć. Zwariowałam i dobrze mi z tym :P
A poza tym mamy większość schodów wyczyszczonych i pomalowanych. Miałam dziś malować klatkę schodową, ale zapomnieliśmy zabrać czwartej części schodów i nie mam jak zakryć przed malowaniem.
Mam nadzieję, że w przyszły weekend będzie pięknie, bo chcielibyśmy w góry. W każdym razie przygotujemy się i jak tylko będzie pogoda, ruszamy na szlak.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fitness. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fitness. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 października 2017
środa, 8 marca 2017
Czuję wiosnę
Każdym kawałkiem ciała czuję wiosnę. Ale nie, że śpiew ptaków, kwiatuszki i drące się koty obsikujące mi dom. Wczoraj po prostu poszłam kilka trawek wyrwać, a przekopałam obie rabatki kwiatowe i obskubałam prawie całą trawę przy kostce. Wyszły mi z tego pełne taczki ogrodowe. Cebulki mam na innej rabatce, więc nie boję się, że sobie gdzieś lilię dziabnę, czy tulipana, który jeszcze nie wychylił główki. Mój ogródek bardziej nadaje się w związku z tym do pokazania komukolwiek. Co prawda sporo pracy jeszcze przede mną, a na razie goła ziemia, ale przebiśniegi i krokusy robią, co mogą, ale mogą niewiele, bo zimno okrutnie.
A w poniedziałek słabo mi się zrobiło na fitnessie. Pierwsze godzina luzik, ale w połowie drugiej zaczęło mi się kręcić w głowie, mroczki przed oczami i ogólnie źle. Wyszłam, posiedziałam chwilę na dole, otrzeźwiło mnie powietrze i pojechałam do domu (ochrzan już za to zebrałam podwójny, więc możecie sobie darować.) Jak mnie Osobisty zobaczył, to myślałam, że sam padnie trupem. Przesadziłam, przyznaję.
A wczoraj znowu moja mama trafiła do szpitala. Jak ja ją mam przekonać do ablacji, to nie wiem, ale muszę.
A w poniedziałek słabo mi się zrobiło na fitnessie. Pierwsze godzina luzik, ale w połowie drugiej zaczęło mi się kręcić w głowie, mroczki przed oczami i ogólnie źle. Wyszłam, posiedziałam chwilę na dole, otrzeźwiło mnie powietrze i pojechałam do domu (ochrzan już za to zebrałam podwójny, więc możecie sobie darować.) Jak mnie Osobisty zobaczył, to myślałam, że sam padnie trupem. Przesadziłam, przyznaję.
A wczoraj znowu moja mama trafiła do szpitala. Jak ja ją mam przekonać do ablacji, to nie wiem, ale muszę.
poniedziałek, 1 lutego 2016
Intensywny luty
Podobają mi się Wasze pomysły, jednakowoż, oprócz Asi, która wie i dzięki której się dzieje, za co znów jej dziękuję, nie macie racji. Myślcie dalej, bo jeszcze musicie uzbroić się w cierpliwość (pisze to ta, która nie ma jej za grosz).
Luty zapowiada się intensywnie i tak się zaczął. O 5.39 obudziło mnie "mamo" z ust syna, o 5.40 zabrzmiał budzik Osobistego. Udało się dziecko w łóżku utrzymać na tyle, by Osobisty wyszedł do pracy, następnie usłyszałam, że chce siku i że już nie będzie spał. Poszliśmy do salonu, gdzie czekał już Kot, spragniony pieszczot, bo dopiero z pola wrócił. I wiecie co mała ruda paskuda (mała, ta, 4 kg, 8 miesięcznego kota) zrobiła? Otóż, ja tu kucam, by go pogłaskać, a ten hop na plecy. I niby nic, często tak robi, by się wtulić w szyję i włosy, ale tym razem ja nie miałam bluzki, tylko koszulkę. I mam dzięki temu piękne szramy na plecach i ramieniu. Dobrze, że Osobisty najpierw myśli, a potem robi ;) Potem pod prysznic poszłam, zapominając, że paliliśmy w sobotę i wody ciepłej na prysznic to raczej rano nie będzie. Brrrr... Teraz herbatka i krótka zapowiedź super miesiąca, nie tylko dlatego, że moje urodziny się zbliżają.
W sobotę impreza się szykuje, rzeczy kupione, strój plus minus wymyślony. Będzie super, na pewno :)
Kolejny weekend mamy wolny, przynajmniej na razie, za to 20 mnie ciągnie do Cieszyna. Po co? Najcudowniejsza instruktorka fitnessu (tak, Anita, to o Tobie), jaką znam, a mam porównanie, żeby nie było, będzie prowadzić warsztaty bollywodzkiego tańca. Jest naprawdę świetna, a właśnie wraca z Indii, więc sami rozumiecie. Będzie seksownie, kobieco, energetycznie i ja chcę tam być! 3 godziny tańca, ruchu i Anity :) aaaach.
A ostatni weekend to już czyste szaleństwo. W piątek i sobotę koncerty szantowe dla dzieci. W piątek sama, już trochę drżę z niepokoju, jak to będzie, a w sobotę z Osobistym. Za to niedziela... Niedziela to 30 lecie Mechaników i koncert w Rotundzie, na który, jak się okazało, nie idę sama, a z Przyjacielem, bo sobie zażyczył. Osobisty nie te klimaty, więc zostaje z dziećmi, zresztą, od początku był taki plan.
Luty krótki, ale intensywny, już mi się podoba.
Luty zapowiada się intensywnie i tak się zaczął. O 5.39 obudziło mnie "mamo" z ust syna, o 5.40 zabrzmiał budzik Osobistego. Udało się dziecko w łóżku utrzymać na tyle, by Osobisty wyszedł do pracy, następnie usłyszałam, że chce siku i że już nie będzie spał. Poszliśmy do salonu, gdzie czekał już Kot, spragniony pieszczot, bo dopiero z pola wrócił. I wiecie co mała ruda paskuda (mała, ta, 4 kg, 8 miesięcznego kota) zrobiła? Otóż, ja tu kucam, by go pogłaskać, a ten hop na plecy. I niby nic, często tak robi, by się wtulić w szyję i włosy, ale tym razem ja nie miałam bluzki, tylko koszulkę. I mam dzięki temu piękne szramy na plecach i ramieniu. Dobrze, że Osobisty najpierw myśli, a potem robi ;) Potem pod prysznic poszłam, zapominając, że paliliśmy w sobotę i wody ciepłej na prysznic to raczej rano nie będzie. Brrrr... Teraz herbatka i krótka zapowiedź super miesiąca, nie tylko dlatego, że moje urodziny się zbliżają.
W sobotę impreza się szykuje, rzeczy kupione, strój plus minus wymyślony. Będzie super, na pewno :)
Kolejny weekend mamy wolny, przynajmniej na razie, za to 20 mnie ciągnie do Cieszyna. Po co? Najcudowniejsza instruktorka fitnessu (tak, Anita, to o Tobie), jaką znam, a mam porównanie, żeby nie było, będzie prowadzić warsztaty bollywodzkiego tańca. Jest naprawdę świetna, a właśnie wraca z Indii, więc sami rozumiecie. Będzie seksownie, kobieco, energetycznie i ja chcę tam być! 3 godziny tańca, ruchu i Anity :) aaaach.
A ostatni weekend to już czyste szaleństwo. W piątek i sobotę koncerty szantowe dla dzieci. W piątek sama, już trochę drżę z niepokoju, jak to będzie, a w sobotę z Osobistym. Za to niedziela... Niedziela to 30 lecie Mechaników i koncert w Rotundzie, na który, jak się okazało, nie idę sama, a z Przyjacielem, bo sobie zażyczył. Osobisty nie te klimaty, więc zostaje z dziećmi, zresztą, od początku był taki plan.
Luty krótki, ale intensywny, już mi się podoba.
piątek, 11 grudnia 2015
Kiedy lew spotyka drogowca i o zumbie też
Plan to coś, co wygląda zupełnie inaczej, czyli w nocy Syn dostał gorączki. 38 ze sporym hakiem, w piątek, to nie przelewki, wzięłam do lekarza. Po drodze desant Córy do przedszkola. Miasteczko, gdzie lekarz przyjmuje, a gdzie jeszcze rok temu mieszkałam zakorkowane, po brzegi, miejsca parkingowego w bliższej i mocno dalszej okolicy biblioteki brak, Syn śpi, więc zostawić go nijak... Pojechałam pod ośrodek, z korkiem, bo panowie drogowcy zebrali asfalt z jednego pasa. Dobrze niby, bo koleiny były tam takie, że jeździć się na moim rozstawie opon nie dało rozsądnie, ale... Wjazdu do ośrodka, jakby nie ma. To znaczy jest, ale zaczyna się dziurą pionowo w dół na 15 cm i kończy także samo. Tia... Syn leci przez ręce, nie pójdzie, daleko z nim nie dojdę, swoje jednak waży. Wjeżdżam. Bam, nie wjedzie, jedynka nie wskakuje. Jakoś się w końcu wyczołgałam, jedynkę na siłę wrzuciłam, poszłam do lekarza, bo Syn się obudził, dostałam diagnozę (na szczęście to tylko gardło, bez antybiotyku, chyba, że się z gorączką pogorszy, to mam receptę). Wyjeżdżam, a raczej próbuję, bo jedynka znowu nie chce wskoczyć. Jakoś mi się udało i się czołgam do domu. Dzwonię do Osobistego, że taki i taki problem mam i że zepsułam auto... Wiecie, ja jeżdżę Lwem, Francuzem. Toto się kocha, albo się tym nie jeździ. Ja kocham, ale do mechanika boję się jechać, bo albo sprzęgło, albo skrzynia biegów. Oba pewnie skubną kieszeń.
Pod przedszkolem zaparkowałam tak, żeby móc się stoczyć i wrzucić od razu trójkę, bo to wchodziło. Na szczęście odkryłam, że jak nie jest zapalony, to wrzuca biegi. I dobrze, bo po drodze skrzyżowanie, gdzie ja podporządkowana, a tam się nie da przeciąć na "jakoś przejadę". Zgasiłam, wrzuciłam jedynkę i pojechałam. Rondo, skręt w prawo i pod dom robiłam na trójce, bo dwójka i jedynka już nie wchodziły. Powoooooliiii. Osobisty wrócił, wsiadł, wysiadł i oświadczył, że już nic nie wchodzi... Booooskoooo... Raz w życiu chciałam pojechać wolno, żeby się ze mnie nie nabijał, że ja nawet na parkingu piracę i jeżdżę za szybko, to zepsułam auto. Podobno jest szansa, że akurat tam się zepsuło, co zepsuć się miało, ale no... Nie lubię drogowców. A wczoraj żartowałam, że Lewka na żyletki oddam :( Niech on jeszcze trochę pojeździ...
Poszłam dziś na darmowe zajęcia zumby u nas w klubie i... wyszłam po pół godziny. Naprawdę. Tak mi się nie podobało. Ja rozumiem, że instruktor nie pokazuje, co robi, tylko robi, ale niech choć mówi, że zmienia ruch, a nie na migi. Patrzenie ciągle na instruktora odbiera całą radość. Dziewczyna jest świetna technicznie, jest dobra w tym, co robi, ale... no nie wywołała u mnie fali sympatii. Na moich ukochanych latino i pilatesie ze wzmacnianiem ciśniemy czasem tak, że mam ochotę wyjść z siebie, jak przy -ntym powtórzeniu mi mięśnie odmeldowują "ej, nie przesadzasz trochę?", ale nigdy nie chciałam wyjść. Dziś wyszłam, bo szkoda czasu mojego i czasu instruktora. Niech się bawi tym, co robi, bo o to chodzi, a niech nie patrzy na moją niezadowoloną minę. Ja zostaję przy moich dwóch godzinkach z instruktorem, który jest chodzącą energią i sympatycznością (jest takie słowo? bo mi nie podkreśla, a zgrzyta w uszach). I wiecie co? Nie jest mi źle z tym, że wyszłam. Do tego się chyba dorasta. Żeby bez żalu do kogokolwiek po prostu zrezygnować, jak coś nie leży. Natomiast do zumby nie dorosnę już chyba nigdy, nie mój klimat, nie moja bajka.
Pod przedszkolem zaparkowałam tak, żeby móc się stoczyć i wrzucić od razu trójkę, bo to wchodziło. Na szczęście odkryłam, że jak nie jest zapalony, to wrzuca biegi. I dobrze, bo po drodze skrzyżowanie, gdzie ja podporządkowana, a tam się nie da przeciąć na "jakoś przejadę". Zgasiłam, wrzuciłam jedynkę i pojechałam. Rondo, skręt w prawo i pod dom robiłam na trójce, bo dwójka i jedynka już nie wchodziły. Powoooooliiii. Osobisty wrócił, wsiadł, wysiadł i oświadczył, że już nic nie wchodzi... Booooskoooo... Raz w życiu chciałam pojechać wolno, żeby się ze mnie nie nabijał, że ja nawet na parkingu piracę i jeżdżę za szybko, to zepsułam auto. Podobno jest szansa, że akurat tam się zepsuło, co zepsuć się miało, ale no... Nie lubię drogowców. A wczoraj żartowałam, że Lewka na żyletki oddam :( Niech on jeszcze trochę pojeździ...
Poszłam dziś na darmowe zajęcia zumby u nas w klubie i... wyszłam po pół godziny. Naprawdę. Tak mi się nie podobało. Ja rozumiem, że instruktor nie pokazuje, co robi, tylko robi, ale niech choć mówi, że zmienia ruch, a nie na migi. Patrzenie ciągle na instruktora odbiera całą radość. Dziewczyna jest świetna technicznie, jest dobra w tym, co robi, ale... no nie wywołała u mnie fali sympatii. Na moich ukochanych latino i pilatesie ze wzmacnianiem ciśniemy czasem tak, że mam ochotę wyjść z siebie, jak przy -ntym powtórzeniu mi mięśnie odmeldowują "ej, nie przesadzasz trochę?", ale nigdy nie chciałam wyjść. Dziś wyszłam, bo szkoda czasu mojego i czasu instruktora. Niech się bawi tym, co robi, bo o to chodzi, a niech nie patrzy na moją niezadowoloną minę. Ja zostaję przy moich dwóch godzinkach z instruktorem, który jest chodzącą energią i sympatycznością (jest takie słowo? bo mi nie podkreśla, a zgrzyta w uszach). I wiecie co? Nie jest mi źle z tym, że wyszłam. Do tego się chyba dorasta. Żeby bez żalu do kogokolwiek po prostu zrezygnować, jak coś nie leży. Natomiast do zumby nie dorosnę już chyba nigdy, nie mój klimat, nie moja bajka.
sobota, 16 maja 2015
Za dużo
Gruba jestem, cholera. Naprawdę, jestem gruba. I co z tego, że naokoło wszyscy mi mówią, że zeszczuplałam i cudnie wyglądam, co z tego, że faceci karki skręcają, i w końcu co z tego, że dwóch facetów bardziej prywatnych mówi mi, że w łeb dostanę za gadanie głupot? Lustro mam i widzę, a ciuchy też mam i też widzę, że kurde, inaczej wyglądały niedawno na tyłku mym. Grubym. Jeden facet to Osobisty, więc się nie liczy, bo A nieobiektywny, B ma interes, bo jak się zamknę w sobie to seksu nie będzie i co? Drugi to ja nie wiem, czemu mnie bić chce, ale chce i mówi, żem głupia. On interesu nie ma, bo ani seksu z nim, ani nic, ale zeznaje, że głupoty gadam. A nieobiektywny jest, to też fakt.
Czas się wziąć wa garść, tyle, że ja garść mam mniejszą, niż rzeczony tyłek i coś z tym zrobić, bo inaczej depresja murowana. Mniej żreć się nie da, bo jem mało, ruszać się więcej... Hm... Przy budowie, ogródku i dzieciach, no dobra, seks mi zostaje w ilościach hurtowych. Zaraz rozpiszę casting na kochanka, bo mi Osobisty padnie od tego ruchu. Ma być wysoki, umięśniony (Osobisty robi fizycznie na budowie, poniżej pewnego pułapu nie schodzę), ma mieć gładką klatę, albo się ogoli :P, i do tego inteligentny, bo jak to z Przyjacielem uznaliśmy, ileż można o pogodzie? No i nie młodszy ode mnie, bo takich nie chcę i to z doświadczenia, w sensie młodszy facet, a nie że kochanek, bo tego drugiego jakby nie wiem. Ciekawe, czy wyjdzie, jak z butami, że chcę przynajmniej dwóch.
Ale skoro jestem gruba, to i tak mnie nie zechce, więc... Nimfomanką w oczach męża zostanę. Albo lustro zmienię, choć wyżej wymienieni faceci radzą raczej oczy.
Ech.
Czas się wziąć wa garść, tyle, że ja garść mam mniejszą, niż rzeczony tyłek i coś z tym zrobić, bo inaczej depresja murowana. Mniej żreć się nie da, bo jem mało, ruszać się więcej... Hm... Przy budowie, ogródku i dzieciach, no dobra, seks mi zostaje w ilościach hurtowych. Zaraz rozpiszę casting na kochanka, bo mi Osobisty padnie od tego ruchu. Ma być wysoki, umięśniony (Osobisty robi fizycznie na budowie, poniżej pewnego pułapu nie schodzę), ma mieć gładką klatę, albo się ogoli :P, i do tego inteligentny, bo jak to z Przyjacielem uznaliśmy, ileż można o pogodzie? No i nie młodszy ode mnie, bo takich nie chcę i to z doświadczenia, w sensie młodszy facet, a nie że kochanek, bo tego drugiego jakby nie wiem. Ciekawe, czy wyjdzie, jak z butami, że chcę przynajmniej dwóch.
Ale skoro jestem gruba, to i tak mnie nie zechce, więc... Nimfomanką w oczach męża zostanę. Albo lustro zmienię, choć wyżej wymienieni faceci radzą raczej oczy.
Ech.
Subskrybuj:
Posty (Atom)