A raczej brak ciągu dalszego. A było to tak:
W piątek pojechałam po dzieci i miałam przykaz, żeby wjechać pod garaż tyłem, bo Osobisty chciał podczepić przyczepkę, żeby pojechać po rury wentylacyjne. Zapomniałam i wjechałam przodem. I zamiast wyjechać na drogę i wycofać, jak biały człowiek, to ja postanowiłam manewrować po podwórku. Skręciłam w prawo, wrzuciłam wsteczny i poczułam, jak autko się zapada. W tył nie pojedzie. No to jedynka i... w przód też nie pojedzie. Taaaa.... Zakopałam go po felgi. Ani w przód, ani w tył, tylko w dół chciał iść. Osobisty wykopał go po dwudziestu minutach kombinowania. I tyle był oz wcześniejszego pojechania po rury, by ominąć szczyt.
Byłam przekonana, że nie dotknie mnie zakaz handlu w niedzielę. Owszem, czasem się nam zdarzało, ale nie co tydzień, nie biegałam w niedzielę po "świeże mięso na obiad". Bratowa pracuje w sklepie i faktycznie ludzie tak przychodzą, przekonani, że to świeże. Jednak przekonałam się, jak bardzo się myliłam. I nawet nie chodzi o to, że w sobotę o 11 kolejki, jak za komuny i mięsa już prawie nie było. Ale konkretnie o wczoraj. Mieszkamy koło stacji benzynowej i sklepiku typu szwarc mydło i powidło. I ten sklepik, z racji tego, że właściciel stanął za ladą był czynny. Jako jedyny w okolicy. Ruch koło domu miałam większy, niż w tygodniu, normalnie armagedon. Co chwilę ktoś przyjeżdżał, odjeżdżał... Czy naprawdę nie można sobie zrobić zakupów w sobotę, a niedzielę spędzić z rodziną?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą auto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą auto. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 marca 2018
wtorek, 6 marca 2018
Baba za kierownicą
Jadąc do domu zauważyłam mały czerwony błysk na desce rozdzielczej. Jakaś kontrolka Usiłując sobie wmówić, że to ręczny, choć wiem, że nie świeci tam (czasem nie dobija do dołu, ale jest tak słaby, że da się jechać bez szwanku) dojechałam do domu (już dostałam zjebkę od przyjaciela) i odpaliłam jeszcze raz. No nijak nie chciało być inaczej, kontrolka oleju. A mówił Osobisty, żebym to sprawdziła. Jakieś trzy miesiące temu. Podniosłam maskę i zerknęłam na karteczkę. Prawie padłam u stóp swej gwiazdy, bo tam, że olej wymieniany w listopadzie. 2016 roku. Taaaa....
No to dzwonię do Osobistego, że on chyba musi jechać po dzieci, bo jestem durna i mam chyba sucho. Kazał sprawdzić, ale szczegółowe oględziny potwierdziły tylko wstępną diagnozę. Nie mam oleju. Oczywiście nie omieszkał mi wypomnieć, że mówił mi o tym, ale kto by tam męża słuchał. A mechanik może dopiero w czwartek o 11. I nic nie pomogło moje jęczenie, że ja to powinnam dzwonić trzy miesiące temu. Jak dobrze, że stacja benzynowa blisko, kupię, doleję i jakoś dotoczę się do czwartku.
Na usprawiedliwienie mam tylko to, że Lew pokazywał mi na desce rozdzielczej poziom oleju i wiedziałam, że jak są trzy kwadraciki, to muszę się jechać umawiać na zmianę. Podobno jedyne takie auto, ale co tam.
Na pocieszenie do prasowania puściłam sobie Mamma Mia! Kocham, choć Brosnan mógłby się nie rozbierać. Ja go uwielbiam, jest cudny, ale ta owłosiona klata... Błeeeee.....
No to dzwonię do Osobistego, że on chyba musi jechać po dzieci, bo jestem durna i mam chyba sucho. Kazał sprawdzić, ale szczegółowe oględziny potwierdziły tylko wstępną diagnozę. Nie mam oleju. Oczywiście nie omieszkał mi wypomnieć, że mówił mi o tym, ale kto by tam męża słuchał. A mechanik może dopiero w czwartek o 11. I nic nie pomogło moje jęczenie, że ja to powinnam dzwonić trzy miesiące temu. Jak dobrze, że stacja benzynowa blisko, kupię, doleję i jakoś dotoczę się do czwartku.
Na usprawiedliwienie mam tylko to, że Lew pokazywał mi na desce rozdzielczej poziom oleju i wiedziałam, że jak są trzy kwadraciki, to muszę się jechać umawiać na zmianę. Podobno jedyne takie auto, ale co tam.
Na pocieszenie do prasowania puściłam sobie Mamma Mia! Kocham, choć Brosnan mógłby się nie rozbierać. Ja go uwielbiam, jest cudny, ale ta owłosiona klata... Błeeeee.....
środa, 28 lutego 2018
Biegiem
Ale dziś maraton urządziłam.
Rano odwiozłam dzieciaki do przedszkola i pędem żółwim, bo ślisko łamane przez poślizgi pojechałam do pediatry po skierowanie do sanatorium. Jeszcze tylko chleb mamie podrzuciłam, bo tam nadal grypa, a i bez sensu żeby chodziła na takie zimno i taką ślizgawicę. Z domu rodziców na Kraków, do NFZ złożyć wniosek, żeby na pewno spięli razem, bo zdarza im się rozdzielać rodzeństwo. I jeszcze wisienka na torcie - cytologia nosa. Nie pytajcie, baaardzo wzruszające badanie ;) Pani od razu przy stanowisku ma chusteczki. Na szczęście badania i NFZ na tej samej ulicy.
I to wszystko do 12, bo dzieciaki odmówiły zupy grochowej i makaronu z owocami.
Nareszcie herbatka :)
poniedziałek, 5 lutego 2018
Mogę jeździć
To znaczy, że mogę, to wiem od 2009 roku, dokładniej od grudnia, kiedy to odebrałam prawo jazdy. Ale dziś załatwiłam OC, aż w szoku byłam, bo tańsze, niż rok temu, a podwyżkami straszyli, Osobisty mi kupił letnie oponki, musi jeszcze na przegląd jechać w tym tygodniu i autko gotowe.
Poza tym nic się ciekawego nie dzieje, dzień mi za dniem ucieka na nieplanowanych wyjazdach również. Szybka kawa, bardzo pozytywna, potem szybkie zakupy i tak leci.
W sobotę przeszłam się po moim rodzinnym mieście, starymi, utartymi przez lata szlakami, w słońcu. Niewątpliwie kocham te miejsca, budzą dobre emocje. Dziś znów tam byłam, miałam ochotę jechać na gorącą czekoladę, ale pogoda mnie zraziła, no i targ, bo ścisk wszędzie, odpuściłam. Kiedyś pójdę.
Poza tym nic się ciekawego nie dzieje, dzień mi za dniem ucieka na nieplanowanych wyjazdach również. Szybka kawa, bardzo pozytywna, potem szybkie zakupy i tak leci.
W sobotę przeszłam się po moim rodzinnym mieście, starymi, utartymi przez lata szlakami, w słońcu. Niewątpliwie kocham te miejsca, budzą dobre emocje. Dziś znów tam byłam, miałam ochotę jechać na gorącą czekoladę, ale pogoda mnie zraziła, no i targ, bo ścisk wszędzie, odpuściłam. Kiedyś pójdę.
poniedziałek, 20 listopada 2017
Śnieg
Wczoraj zobaczyłam śnieg za oknem i prawie nie pojechaliśmy do Krakowa, ale się rozeszło. Nocny też się rozszedł do rana, ale już rano, pakując się do auta, zaczęło lecieć z nieba. I leci do teraz. A moje opony czekają, aż w wulkanizacji założą je na felgi ,a dopiero potem na moje koła. Ech. Oby do popołudnia nie naciepało tego śniegu, bo nie wiem, jak pojadę po dzieci.
A w czwartek czeka nas rozprawa. Denerwuję się, bo kurczę, to było tak dawno, że nie wiem, czy wszystko pamiętam.
A w czwartek czeka nas rozprawa. Denerwuję się, bo kurczę, to było tak dawno, że nie wiem, czy wszystko pamiętam.
środa, 26 lipca 2017
Sąd
Sprawa z lusterkiem zakończyła się w sądzie, a może powinnam napisać zakończy się w sądzie. Dostaliśmy pismo, że Osobisty może zostać prokuratorem posiłkowym. Ciekawe, kiedy odbędzie się sprawa. Mam nadzieję, że nie w trakcie naszego urlopu.
Trochę się denerwuję. Ale w sumie się cieszę, bo już zaczęłam wątpić, że cokolwiek pójdzie do przodu.
Trochę się denerwuję. Ale w sumie się cieszę, bo już zaczęłam wątpić, że cokolwiek pójdzie do przodu.
sobota, 8 lipca 2017
Odczarowana rocznica
Wczoraj rozważałam przyspawanie się do telefonu, bo co chwilkę ktoś dzwonił. A to Osobisty, a to starszy młodszy brat, a to Przyjaciel, mój ojciec, ja do mamy... Ucho puchło.
Jednak wczoraj był też inny dzień, a mianowicie mijał rok, odkąd rozbiłam Lewka. Przyjaciel nawet sugerował, cobym nie jechała nigdzie, odpuściła samochód i takie tam, ale cóż, dzieci do przedszkola chciały, a potem mama dzwoniła, że wychodzi ze szpitala.
Odebrałam dzieci, obiad zjedliśmy znów w Młynie, żeby nie zamienić się w kota z funkcją wte i we wte. Potem Lidl, bo zapomniałam chusteczek i kulek do mleka ostatnio kupić. Swoją drogą, strasznie drogie te rzeczy, pani przy kasie zawołała 125 złotych ;). Odebraliśmy mamę, zawiozłam ją do domu, a potem wróciłam się do miasta po zakupy i jej receptę. Już siedziałam u niej, jak zadzwonił mój brat i korzystając z tego, że jeszcze jestem poprosił o podwózkę do domu. Więc znowu miasto, chwila w domu i go odwieźliśmy. Przy okazji potwierdziłam obecność na ślubie i weselu u bratanka. Wiecie, smsy drogie, lepiej pojechać :P Zobaczyłam ich budowę, dowiedziałam się, że nie musiałam potwierdzać, bo przecież wiedzieli, że będziemy i w końcu kierunek dom. W ramach odczarowywania fatalnej rocznicy trzasnęłam ze 125 km. Połowę w deszczu. A niby tu blisko, a tam jeszcze bliżej. Zbiera się. Przez felerne skrzyżowanie jechałam z drżącymi rękami, ale akurat nic nie jechało. Niestety na tzw rogatce był jakiś koszmarny wypadek, droga w stronę Krakowa zamknięta, policja, pogotowie, straż... Ech, trochę deszczu i już się dzieje.
Jednak wczoraj był też inny dzień, a mianowicie mijał rok, odkąd rozbiłam Lewka. Przyjaciel nawet sugerował, cobym nie jechała nigdzie, odpuściła samochód i takie tam, ale cóż, dzieci do przedszkola chciały, a potem mama dzwoniła, że wychodzi ze szpitala.
Odebrałam dzieci, obiad zjedliśmy znów w Młynie, żeby nie zamienić się w kota z funkcją wte i we wte. Potem Lidl, bo zapomniałam chusteczek i kulek do mleka ostatnio kupić. Swoją drogą, strasznie drogie te rzeczy, pani przy kasie zawołała 125 złotych ;). Odebraliśmy mamę, zawiozłam ją do domu, a potem wróciłam się do miasta po zakupy i jej receptę. Już siedziałam u niej, jak zadzwonił mój brat i korzystając z tego, że jeszcze jestem poprosił o podwózkę do domu. Więc znowu miasto, chwila w domu i go odwieźliśmy. Przy okazji potwierdziłam obecność na ślubie i weselu u bratanka. Wiecie, smsy drogie, lepiej pojechać :P Zobaczyłam ich budowę, dowiedziałam się, że nie musiałam potwierdzać, bo przecież wiedzieli, że będziemy i w końcu kierunek dom. W ramach odczarowywania fatalnej rocznicy trzasnęłam ze 125 km. Połowę w deszczu. A niby tu blisko, a tam jeszcze bliżej. Zbiera się. Przez felerne skrzyżowanie jechałam z drżącymi rękami, ale akurat nic nie jechało. Niestety na tzw rogatce był jakiś koszmarny wypadek, droga w stronę Krakowa zamknięta, policja, pogotowie, straż... Ech, trochę deszczu i już się dzieje.
wtorek, 31 stycznia 2017
Samosąd
W sobotę moja mama trafiła do szpitala, ale nie do Krakowa, w związku z czym w niedzielę postanowiliśmy do niej pojechać. Ja padam ostatnio na pyszczek, więc prowadził Osobisty, wyznaczył trasę i pojechaliśmy. W takiej jednej miejscowości, tuż obok posterunku policji, nawiasem mówiąc, był zakaz wjazdu. Droga zamknięta na zimę, ale Osobisty mówi, że widzi ślady aut, posypane, więc pojedzie. Serpentyny, generalnie masakra. A na dolnym zakręcie dzieci na sankach. Kurczę, już wiemy, że zrobiliśmy źle, byle tylko dzieciaki nie podlazły. Dzieciaki nie podlazły, ale jakaś mamuśka zaczęła przed nosem nam wymachiwać jabłuszkiem, a na dole facet podłazić pod koła. Co go chcieliśmy minąć, on znów. Osobisty zjechał, zatrzymał się i zaczął otwierać szybę, a ten gość podszedł i... uwiesił się nam na lusterku wrzeszcząc, że go przejechaliśmy i żeby reszta dzwoniła po policję. Oczywiście lusterko urwał. Osobisty do niego wysiadł, to zaczęli na niego wrzeszczeć, że dzieci im przejeżdżamy i mamy wypierdalać do Krakowa i inne inwektywy poleciały w naszą stronę. Bo tu jest zakaz, a my wjechaliśmy. Próbowałam z nimi dyskutować, że owszem, nasza wina, ale oni też stoją na parkingu, na który wjechali pod zakaz. Ale to co innego. A nasze lusterko to dlatego, że on się potknął, bo nas nie powinno być. Zadzwonili po policję, żeby nas ukarać, samochody z parkingu zniknęły - mamy zdjęcia.
Policja przyjechała, Osobisty mandat przyjął, nie kłócił się, nasza wina, nie powinniśmy jechać, widzieliśmy zakaz. Facet przyznał, że wpadł na nas, ale my jechaliśmy, na co policjant mu powiedział, że nieistotne, bo uszkodził nam samochód i nie ważne, czy my staliśmy, czy nie, on jest winny kolizji w ruchu drogowym i mandat. Się zdziwił facet, bo on chciał iść, bo ma spodnie mokre! Mandatu nie przyjął, sprawa skierowana na drogę prawną. I jak policji nie było, tak każdy na nas się darł, że go chcieliśmy przejechać, tak jak przyjechali, to zero świadków. Policja spisała tylko tego gościa, Osobistego i mnie. Przyjdzie wezwanie do nas jako poszkodowanych w sprawie. Jeszcze policjant nam pomógł przyczepić lusterko, żeby nie musieć zabierać dowodu.
Oberwaliśmy za nietamtejszą rejestrację i kilka samochodów, które zakaz łamią, bo się zatrzymaliśmy, żeby gnoja nie rozjechać (jak tam staliśmy przejechały jeszcze dwa, jedno przy policji, więc kolejny mandat). W efekcie mamy urwane lusterko razem z mocowaniem do samochodu i porysowane i wgniecione drzwi. Facet pewnie będzie się stawiał, bo był bardzo zdziwiony, że policja tak postawiła sprawę, a ja się cieszę, że oni wezwali patrol. Bo mandat się nam należał, ok, ale z powództwa cywilnego bym gościa nie ścigała, bo bałabym się co naopowiada. A tak, sprawa idzie z urzędu, za zniszczenie mienia, albo kolizję w ruchu drogowym, policja jeszcze nie wiedziała, facet nie ma świadków, bo każdego możemy podważyć, bo nie ma nikogo spisanego, więc może sprawiedliwości stanie się za dość.
Policja przyjechała, Osobisty mandat przyjął, nie kłócił się, nasza wina, nie powinniśmy jechać, widzieliśmy zakaz. Facet przyznał, że wpadł na nas, ale my jechaliśmy, na co policjant mu powiedział, że nieistotne, bo uszkodził nam samochód i nie ważne, czy my staliśmy, czy nie, on jest winny kolizji w ruchu drogowym i mandat. Się zdziwił facet, bo on chciał iść, bo ma spodnie mokre! Mandatu nie przyjął, sprawa skierowana na drogę prawną. I jak policji nie było, tak każdy na nas się darł, że go chcieliśmy przejechać, tak jak przyjechali, to zero świadków. Policja spisała tylko tego gościa, Osobistego i mnie. Przyjdzie wezwanie do nas jako poszkodowanych w sprawie. Jeszcze policjant nam pomógł przyczepić lusterko, żeby nie musieć zabierać dowodu.
Oberwaliśmy za nietamtejszą rejestrację i kilka samochodów, które zakaz łamią, bo się zatrzymaliśmy, żeby gnoja nie rozjechać (jak tam staliśmy przejechały jeszcze dwa, jedno przy policji, więc kolejny mandat). W efekcie mamy urwane lusterko razem z mocowaniem do samochodu i porysowane i wgniecione drzwi. Facet pewnie będzie się stawiał, bo był bardzo zdziwiony, że policja tak postawiła sprawę, a ja się cieszę, że oni wezwali patrol. Bo mandat się nam należał, ok, ale z powództwa cywilnego bym gościa nie ścigała, bo bałabym się co naopowiada. A tak, sprawa idzie z urzędu, za zniszczenie mienia, albo kolizję w ruchu drogowym, policja jeszcze nie wiedziała, facet nie ma świadków, bo każdego możemy podważyć, bo nie ma nikogo spisanego, więc może sprawiedliwości stanie się za dość.
czwartek, 31 marca 2016
:(
Nie mam auta. Utknęło u mechanika.
Nie mam siły. Mam za to 60 metrów wsadzonego żywopłotu.
Nie mam chęci pisać. Bloga, bo z książką idziemy, jak burza. A muszę z siebie coś wyrzucić.
Jutro mamy rocznicę zaręczyn. I idę na fitness. Mam karnet na... No właśnie nie wiem, czy kupić na 8, czy 12 wejść.
Nie mam siły. Mam za to 60 metrów wsadzonego żywopłotu.
Nie mam chęci pisać. Bloga, bo z książką idziemy, jak burza. A muszę z siebie coś wyrzucić.
Jutro mamy rocznicę zaręczyn. I idę na fitness. Mam karnet na... No właśnie nie wiem, czy kupić na 8, czy 12 wejść.
środa, 20 stycznia 2016
Dzień z policją w tle
W piątek wysterylizowaliśmy kocicę, więc łazi w ubranku ochronnym, żeby ją kocur tam nie lizał, bo ona to nie bardzo się kwapi do rozwalenia rany. W niedzielę nam się schowała, a jak znaleźliśmy to była rozebrana i z zapamiętaniem lizała brzuch. A tam jakieś zgrubienie, czerwone. Weterynarz odpowiedział dopiero koło 21, więc postanowiłam jechać dnia następnego. Z dwoma, bo coś zaczęły się skrobać po uszach i trzepać nimi.
Rano zapakowałam oba do transportera, mam taki wiklinowy kosz, gdzie się spokojnie oba mieszczą, dzieci do fotelików i jazda. Z kocicą ok, za to w uszach świerzbowiec. Nie chciało mi się jechać tych stu metrów do domu, żeby je odwieźć, postanowiłam zabrać do przedszkola. 9.03 wyjeżdżałam spod gabinetu z przeświadczeniem, że pierwszy raz od dawna zdążymy na 9.30, a nie 9.35 :P Tia....
W miejscowości Y stali panowie niebiescy i mnie zatrzymali. Otwieram mu szybkę:
- Dzień dobry, dzielnicowy WKVJE z miejscowości X (moja rodzinna, bo my w naszej mamy dyżury z X, nie mamy stałego posterunku), rutynowa kontrola. Trzeźwa?
- Tak. Zakatarzona, chora, ale trzeźwa - uśmiecham się.
- A koty?
- Za nie nie odpowiadam, ale zamknęłam.
Oboje się zaśmialiśmy. Kazał mi dmuchać. Mocniej.... Tia... Nadmuchałam i mówię mu:
- Ja taka zakatarzona, a pan mi każe dmuchać, udusi mnie pan - :)
- Daje pani radę, dokumenty jeszcze proszę i proszę sobie zamknąć okno, żeby dziecko nie zmarzło - zagląda do tyłu - ojej, pani ma dwójkę. O, pani z X, co panią tu przywiało?
- Mąż, miłość, bo mieszkam w Z.
- Dobra, niech pani zamyka to okno - uśmiechnął się do mnie i wypuścił 10 minut potem. I teraz pytanie, czy koty liczą się za pasażerów? Czy jako dwa, czy jako jeden, bo jeden transporter?
Potem Kraków, oczywiście, jak ja wyjadę wcześniej to nie ma korków i przejechałam moment. Z dwójką dzieci u lekarza wcale nie jest tak źle. Córa ma wolne od immunologa do sierpnia, kiedy znowu wdrożymy Entitis, na razie od niego ma skończyć psikanie do nosa w lutym i koniec leków od niego. Zaraz zostanie nam tylko tran. Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Potem dzieciaki pod opiekę taty, ja do ginekologa. Zmieniłam lekarze, bo mój tylko prywatnie i nie chciało mi się za każdym razem składać wniosku o refundację (do tego niepełną). Trafiłam na bardzo sympatyczną kobietę, delikatną, rzeczową, dała mi skierowanie na cytologię i usg piersi, bo nie wymierzyłam w dniu cyklu. Ciacho odwołane dla dobra osoby drugiej, bo ja nie wiem, czy to zaraża, czy nie, a to dłuższy kontakt, niż 10 minut w rękawiczkach.
Rano zapakowałam oba do transportera, mam taki wiklinowy kosz, gdzie się spokojnie oba mieszczą, dzieci do fotelików i jazda. Z kocicą ok, za to w uszach świerzbowiec. Nie chciało mi się jechać tych stu metrów do domu, żeby je odwieźć, postanowiłam zabrać do przedszkola. 9.03 wyjeżdżałam spod gabinetu z przeświadczeniem, że pierwszy raz od dawna zdążymy na 9.30, a nie 9.35 :P Tia....
W miejscowości Y stali panowie niebiescy i mnie zatrzymali. Otwieram mu szybkę:
- Dzień dobry, dzielnicowy WKVJE z miejscowości X (moja rodzinna, bo my w naszej mamy dyżury z X, nie mamy stałego posterunku), rutynowa kontrola. Trzeźwa?
- Tak. Zakatarzona, chora, ale trzeźwa - uśmiecham się.
- A koty?
- Za nie nie odpowiadam, ale zamknęłam.
Oboje się zaśmialiśmy. Kazał mi dmuchać. Mocniej.... Tia... Nadmuchałam i mówię mu:
- Ja taka zakatarzona, a pan mi każe dmuchać, udusi mnie pan - :)
- Daje pani radę, dokumenty jeszcze proszę i proszę sobie zamknąć okno, żeby dziecko nie zmarzło - zagląda do tyłu - ojej, pani ma dwójkę. O, pani z X, co panią tu przywiało?
- Mąż, miłość, bo mieszkam w Z.
- Dobra, niech pani zamyka to okno - uśmiechnął się do mnie i wypuścił 10 minut potem. I teraz pytanie, czy koty liczą się za pasażerów? Czy jako dwa, czy jako jeden, bo jeden transporter?
Potem Kraków, oczywiście, jak ja wyjadę wcześniej to nie ma korków i przejechałam moment. Z dwójką dzieci u lekarza wcale nie jest tak źle. Córa ma wolne od immunologa do sierpnia, kiedy znowu wdrożymy Entitis, na razie od niego ma skończyć psikanie do nosa w lutym i koniec leków od niego. Zaraz zostanie nam tylko tran. Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Potem dzieciaki pod opiekę taty, ja do ginekologa. Zmieniłam lekarze, bo mój tylko prywatnie i nie chciało mi się za każdym razem składać wniosku o refundację (do tego niepełną). Trafiłam na bardzo sympatyczną kobietę, delikatną, rzeczową, dała mi skierowanie na cytologię i usg piersi, bo nie wymierzyłam w dniu cyklu. Ciacho odwołane dla dobra osoby drugiej, bo ja nie wiem, czy to zaraża, czy nie, a to dłuższy kontakt, niż 10 minut w rękawiczkach.
piątek, 11 grudnia 2015
Kiedy lew spotyka drogowca i o zumbie też
Plan to coś, co wygląda zupełnie inaczej, czyli w nocy Syn dostał gorączki. 38 ze sporym hakiem, w piątek, to nie przelewki, wzięłam do lekarza. Po drodze desant Córy do przedszkola. Miasteczko, gdzie lekarz przyjmuje, a gdzie jeszcze rok temu mieszkałam zakorkowane, po brzegi, miejsca parkingowego w bliższej i mocno dalszej okolicy biblioteki brak, Syn śpi, więc zostawić go nijak... Pojechałam pod ośrodek, z korkiem, bo panowie drogowcy zebrali asfalt z jednego pasa. Dobrze niby, bo koleiny były tam takie, że jeździć się na moim rozstawie opon nie dało rozsądnie, ale... Wjazdu do ośrodka, jakby nie ma. To znaczy jest, ale zaczyna się dziurą pionowo w dół na 15 cm i kończy także samo. Tia... Syn leci przez ręce, nie pójdzie, daleko z nim nie dojdę, swoje jednak waży. Wjeżdżam. Bam, nie wjedzie, jedynka nie wskakuje. Jakoś się w końcu wyczołgałam, jedynkę na siłę wrzuciłam, poszłam do lekarza, bo Syn się obudził, dostałam diagnozę (na szczęście to tylko gardło, bez antybiotyku, chyba, że się z gorączką pogorszy, to mam receptę). Wyjeżdżam, a raczej próbuję, bo jedynka znowu nie chce wskoczyć. Jakoś mi się udało i się czołgam do domu. Dzwonię do Osobistego, że taki i taki problem mam i że zepsułam auto... Wiecie, ja jeżdżę Lwem, Francuzem. Toto się kocha, albo się tym nie jeździ. Ja kocham, ale do mechanika boję się jechać, bo albo sprzęgło, albo skrzynia biegów. Oba pewnie skubną kieszeń.
Pod przedszkolem zaparkowałam tak, żeby móc się stoczyć i wrzucić od razu trójkę, bo to wchodziło. Na szczęście odkryłam, że jak nie jest zapalony, to wrzuca biegi. I dobrze, bo po drodze skrzyżowanie, gdzie ja podporządkowana, a tam się nie da przeciąć na "jakoś przejadę". Zgasiłam, wrzuciłam jedynkę i pojechałam. Rondo, skręt w prawo i pod dom robiłam na trójce, bo dwójka i jedynka już nie wchodziły. Powoooooliiii. Osobisty wrócił, wsiadł, wysiadł i oświadczył, że już nic nie wchodzi... Booooskoooo... Raz w życiu chciałam pojechać wolno, żeby się ze mnie nie nabijał, że ja nawet na parkingu piracę i jeżdżę za szybko, to zepsułam auto. Podobno jest szansa, że akurat tam się zepsuło, co zepsuć się miało, ale no... Nie lubię drogowców. A wczoraj żartowałam, że Lewka na żyletki oddam :( Niech on jeszcze trochę pojeździ...
Poszłam dziś na darmowe zajęcia zumby u nas w klubie i... wyszłam po pół godziny. Naprawdę. Tak mi się nie podobało. Ja rozumiem, że instruktor nie pokazuje, co robi, tylko robi, ale niech choć mówi, że zmienia ruch, a nie na migi. Patrzenie ciągle na instruktora odbiera całą radość. Dziewczyna jest świetna technicznie, jest dobra w tym, co robi, ale... no nie wywołała u mnie fali sympatii. Na moich ukochanych latino i pilatesie ze wzmacnianiem ciśniemy czasem tak, że mam ochotę wyjść z siebie, jak przy -ntym powtórzeniu mi mięśnie odmeldowują "ej, nie przesadzasz trochę?", ale nigdy nie chciałam wyjść. Dziś wyszłam, bo szkoda czasu mojego i czasu instruktora. Niech się bawi tym, co robi, bo o to chodzi, a niech nie patrzy na moją niezadowoloną minę. Ja zostaję przy moich dwóch godzinkach z instruktorem, który jest chodzącą energią i sympatycznością (jest takie słowo? bo mi nie podkreśla, a zgrzyta w uszach). I wiecie co? Nie jest mi źle z tym, że wyszłam. Do tego się chyba dorasta. Żeby bez żalu do kogokolwiek po prostu zrezygnować, jak coś nie leży. Natomiast do zumby nie dorosnę już chyba nigdy, nie mój klimat, nie moja bajka.
Pod przedszkolem zaparkowałam tak, żeby móc się stoczyć i wrzucić od razu trójkę, bo to wchodziło. Na szczęście odkryłam, że jak nie jest zapalony, to wrzuca biegi. I dobrze, bo po drodze skrzyżowanie, gdzie ja podporządkowana, a tam się nie da przeciąć na "jakoś przejadę". Zgasiłam, wrzuciłam jedynkę i pojechałam. Rondo, skręt w prawo i pod dom robiłam na trójce, bo dwójka i jedynka już nie wchodziły. Powoooooliiii. Osobisty wrócił, wsiadł, wysiadł i oświadczył, że już nic nie wchodzi... Booooskoooo... Raz w życiu chciałam pojechać wolno, żeby się ze mnie nie nabijał, że ja nawet na parkingu piracę i jeżdżę za szybko, to zepsułam auto. Podobno jest szansa, że akurat tam się zepsuło, co zepsuć się miało, ale no... Nie lubię drogowców. A wczoraj żartowałam, że Lewka na żyletki oddam :( Niech on jeszcze trochę pojeździ...
Poszłam dziś na darmowe zajęcia zumby u nas w klubie i... wyszłam po pół godziny. Naprawdę. Tak mi się nie podobało. Ja rozumiem, że instruktor nie pokazuje, co robi, tylko robi, ale niech choć mówi, że zmienia ruch, a nie na migi. Patrzenie ciągle na instruktora odbiera całą radość. Dziewczyna jest świetna technicznie, jest dobra w tym, co robi, ale... no nie wywołała u mnie fali sympatii. Na moich ukochanych latino i pilatesie ze wzmacnianiem ciśniemy czasem tak, że mam ochotę wyjść z siebie, jak przy -ntym powtórzeniu mi mięśnie odmeldowują "ej, nie przesadzasz trochę?", ale nigdy nie chciałam wyjść. Dziś wyszłam, bo szkoda czasu mojego i czasu instruktora. Niech się bawi tym, co robi, bo o to chodzi, a niech nie patrzy na moją niezadowoloną minę. Ja zostaję przy moich dwóch godzinkach z instruktorem, który jest chodzącą energią i sympatycznością (jest takie słowo? bo mi nie podkreśla, a zgrzyta w uszach). I wiecie co? Nie jest mi źle z tym, że wyszłam. Do tego się chyba dorasta. Żeby bez żalu do kogokolwiek po prostu zrezygnować, jak coś nie leży. Natomiast do zumby nie dorosnę już chyba nigdy, nie mój klimat, nie moja bajka.
poniedziałek, 13 października 2014
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach
My go rozśmieszyliśmy bardzo.
Wizja przeprowadzki się oddala, dzień "0" na pewno takim nie będzie, nie ma szans. Ogrzewanie poszło wolniej, niż się spodziewaliśmy, dziś Osobisty nie pojedzie, bo jutro wyjeżdża na 3 dni, czyli de facto tydzień stracony. Przynajmniej jednak sobie ciut odpocznie, bo nie szalona delegacja, a wyjazd na targi. Dodatkowo Córa dostała wczoraj gorączki i nie wiem, czy damy radę w tym tygodniu wybyć z domu, ona do przedszkola, ja porobić w domu. Kwestia otwarta, bo dziś nic jej nie jest.
Termin przesuwamy na bliżej nieokreślony, ale bliski, czyli najszybciej, jak się da. Jesteśmy blisko.
Wczoraj pojechaliśmy kupić zaprawę do luksferów, przy okazji zanabyliśmy dzwonek do drzwi. W drodze powrotnej Osobisty siadł za kierownicę. W sumie nie wiem czemu. Tak po prostu. Jedziemy sobie spokojnie, ruch spory, jak to niedziela wieczór, nagle... Bez ostrzeżenia, kierunkowskazu i mrugnięcia okiem wyjeżdża nam pod koła samochód z prawego pasa. Moje "Uważaj!!", jego ostry skręt w lewo...
Drugi raz wykonał taki manewr bez patrzenia, drugi raz się udało, nic nie jechało. Śliznął bokiem, nie zderzyliśmy się, choć przepisy mówią, żeby walić... Wiem, że się w takiej chwili nie myśli, to odruch, że się ucieka. Ja kątem oka zobaczyłam sytuację w tamtym aucie. Blondynka nawet nie drgnęła, facet - pasażer darł się na nią i pokazywał na nas.
Mam nadzieję, że łysol wyciągnął ją z samochodu za te blond kudły na najbliższym przystanku, wsiadł za kierownicę, a jej kazał zapitalać na piechotę. Nie, nie jestem mściwa. Jestem pedagogiem resocjalizacji przeciwnym więzieniom.
Ja bym nas rozbiła. I pal licho rozbity samochód, lawetę i tak dalej... Dzieci byłyby na maksa przerażone...
Przerwa w trasie obowiązkowa, bo kolana miękkie.
W Krakowie będzie Disney on Ice. Marzy mi się trochę, ale fajne bilety już sprzedane, a inne drogie, jak nie wiem co. Może jeszcze kiedyś. Bo dom marzy mi się bardziej. I parapetówa, na którą już robię wstępne plany i wstępne listy gości. Tym, chyba nie rozśmieszę, co?
Wizja przeprowadzki się oddala, dzień "0" na pewno takim nie będzie, nie ma szans. Ogrzewanie poszło wolniej, niż się spodziewaliśmy, dziś Osobisty nie pojedzie, bo jutro wyjeżdża na 3 dni, czyli de facto tydzień stracony. Przynajmniej jednak sobie ciut odpocznie, bo nie szalona delegacja, a wyjazd na targi. Dodatkowo Córa dostała wczoraj gorączki i nie wiem, czy damy radę w tym tygodniu wybyć z domu, ona do przedszkola, ja porobić w domu. Kwestia otwarta, bo dziś nic jej nie jest.
Termin przesuwamy na bliżej nieokreślony, ale bliski, czyli najszybciej, jak się da. Jesteśmy blisko.
Wczoraj pojechaliśmy kupić zaprawę do luksferów, przy okazji zanabyliśmy dzwonek do drzwi. W drodze powrotnej Osobisty siadł za kierownicę. W sumie nie wiem czemu. Tak po prostu. Jedziemy sobie spokojnie, ruch spory, jak to niedziela wieczór, nagle... Bez ostrzeżenia, kierunkowskazu i mrugnięcia okiem wyjeżdża nam pod koła samochód z prawego pasa. Moje "Uważaj!!", jego ostry skręt w lewo...
Drugi raz wykonał taki manewr bez patrzenia, drugi raz się udało, nic nie jechało. Śliznął bokiem, nie zderzyliśmy się, choć przepisy mówią, żeby walić... Wiem, że się w takiej chwili nie myśli, to odruch, że się ucieka. Ja kątem oka zobaczyłam sytuację w tamtym aucie. Blondynka nawet nie drgnęła, facet - pasażer darł się na nią i pokazywał na nas.
Mam nadzieję, że łysol wyciągnął ją z samochodu za te blond kudły na najbliższym przystanku, wsiadł za kierownicę, a jej kazał zapitalać na piechotę. Nie, nie jestem mściwa. Jestem pedagogiem resocjalizacji przeciwnym więzieniom.
Ja bym nas rozbiła. I pal licho rozbity samochód, lawetę i tak dalej... Dzieci byłyby na maksa przerażone...
Przerwa w trasie obowiązkowa, bo kolana miękkie.
W Krakowie będzie Disney on Ice. Marzy mi się trochę, ale fajne bilety już sprzedane, a inne drogie, jak nie wiem co. Może jeszcze kiedyś. Bo dom marzy mi się bardziej. I parapetówa, na którą już robię wstępne plany i wstępne listy gości. Tym, chyba nie rozśmieszę, co?
Subskrybuj:
Posty (Atom)