Nie lubię wydawać kasy na ciuchy, 50 złotych za spodnie to zdecydowane maksimum, jakie zgadzałam się wydać. Ja nawet ubrań kupować nie lubię, bo z reguły nie mogę nic na siebie dobrać. Z racji tego, że mam dość szerokie biodra i niekoniecznie wielki biust, między górą, a dołem robi mi się rozmiar różnicy.
A wczoraj, z racji tego, że dzieci były na urodzinach, z Osobistym mieliśmy wolne i zaciągnął mnie do Mustanga. Zdjął trzy pary spodni z wieszaka i kazał mierzyć. Potem wybraliśmy dwie i poszedł do kasy.
Kocham ten sklep. Naprawdę. Po pierwsze mają tam spodnie idealne na moją pupę. Są dobre w biodrach, nie odstają w pasie, jak siadam, nie odkrywają mi niczego, bo niestety w innych sklepach standardem było to, że jak były dobre w biodrach, to w pasie mogłabym wsadzić jeszcze pół mnie, a jak dopasowałam pas, to nie naciągnęłam na tyłek. A tu się da. Magia! Kolejnym plusem jest to, że mieszczę się w rozmiar z liceum. Jest to absolutne kłamstwo, przeczące wskazaniom wagi, centymetra i widokowi w lustrze, ale jednak działa na samopoczucie i człowiek od razu czuje się, jak milion dolarów, nawet bez makijażu ;) Inna sprawa, to ich cena, na widok której moje krakowskie serce stanęło w poprzek, ale nie ja płaciłam ;) Post nie jest sponsorowany. No, może przez Osobistego, który wszystko sfinansował, a potem tylko kazał mi nosić torby, bo sam jeszcze nie bardzo może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 marca 2019
środa, 12 grudnia 2018
Jak mąż zrobił mi dobrze w trzydzieści sekund... na długo
Cały dół domu mamy w płytkach, beżowych. A do nich wybrałam sobie jasnobeżową fugę, piękną, o ile jest czysta. Ale że z tarasu i od frontu jeszcze nie ma płytek, a jest sporo terenu to i się nosi. Wszystko. No i kot urządza ścieżki zdrowia. W związku z tym te fugi rzadko spełniają warunek, że są super czyste. To się wiąże z szorowaniem, kombinowaniem, zdartymi paznokciami, a w wiatrołapie i tak odpuszczam, szczególnie w okresie jesiennym i udaję, że one są ciemne. Jednak kura domowa we mnie cierpi. I tak kiedyś cierpiąc podeszłam do Osobistego, który akurat miał home office i pytam, czy ta myjka parowa naprawdę robi robotę. Kazał mi sobie pooglądać filmiki z jednym z modeli, przy okazji znalazłam ofertę z przeceną, bo trafiliśmy na Cyber Monday. Od razu mi się odechciało czystych fug, nawet po przecenie. Osobisty gadał w tym czasie z kolegą, który takie cudo posiada, mnie się coraz bardziej odechciewało i co prawda odpowiadałam na pytanie, jakie dodatki by mi się przydały, ale raczej w kontekście "kiedyś sobie kupimy".
Za chwilę patrzę, a on zamawia. No wziął i kupił, żebym nie pytała, ale sama spróbowała. Dwa dni później, bo wpłata była po dwunastej, kurier dostarczył paczkę.Otworzyliśmy dopiero wieczorem, jak byliśmy oboje i jazda do łazienki. Zrobiliśmy w niej saunę, ale efekt mnie zaskoczył. Wydawało mi się, że mamy względnie czysto, ale ta myjka robi taką robotę, że ja szotując codziennie bym nie dała rady. Następnego dnia poszła w obroty kuchnia, potem fugi. Kocham myjkę, kocham sprzątać, w ogóle kocham ten sprzęt.
Dziś myłam nim okna, specjalnie czekałam na cieplejszy czas, żeby na polu też oblecieć. Magia. Minuta i po robocie, owszem, bez ram, bo mi się nie chciało zmieniać końcówek, ale i tak jest świetnie, bo przeleciałam samą parą i już jest różnica. A co najważniejsze, jestem to w stanie zrobić z tej resztki, co zostaje po grzaniu, czyli nie muszę wyjmować przedłużacza.
Dzieciaki bardzo by chciały tym myć, ale boją się pary, która z tego wylatuje, myślę jednak, że to kwestia czasu.
A teraz coś dla ekologów. Myjką myje się bez użycia jakichkolwiek środków chemicznych, tyko woda. Jeżeli ktoś może sobie na takowy zbytek pozwolić, nie ma się co zastanawiać.
Notka nie jest sponsorowana, zachwyt wynika tylko z tego, jaki widzę efekt.
Każda kobieta w głębi duszy jest księżniczką, mnie wyraźnie trafił się Kopciuszek, ale choć sprzęt do pracy mam profesjonalny ;)
Za chwilę patrzę, a on zamawia. No wziął i kupił, żebym nie pytała, ale sama spróbowała. Dwa dni później, bo wpłata była po dwunastej, kurier dostarczył paczkę.Otworzyliśmy dopiero wieczorem, jak byliśmy oboje i jazda do łazienki. Zrobiliśmy w niej saunę, ale efekt mnie zaskoczył. Wydawało mi się, że mamy względnie czysto, ale ta myjka robi taką robotę, że ja szotując codziennie bym nie dała rady. Następnego dnia poszła w obroty kuchnia, potem fugi. Kocham myjkę, kocham sprzątać, w ogóle kocham ten sprzęt.
Dziś myłam nim okna, specjalnie czekałam na cieplejszy czas, żeby na polu też oblecieć. Magia. Minuta i po robocie, owszem, bez ram, bo mi się nie chciało zmieniać końcówek, ale i tak jest świetnie, bo przeleciałam samą parą i już jest różnica. A co najważniejsze, jestem to w stanie zrobić z tej resztki, co zostaje po grzaniu, czyli nie muszę wyjmować przedłużacza.
Dzieciaki bardzo by chciały tym myć, ale boją się pary, która z tego wylatuje, myślę jednak, że to kwestia czasu.
A teraz coś dla ekologów. Myjką myje się bez użycia jakichkolwiek środków chemicznych, tyko woda. Jeżeli ktoś może sobie na takowy zbytek pozwolić, nie ma się co zastanawiać.
Notka nie jest sponsorowana, zachwyt wynika tylko z tego, jaki widzę efekt.
Każda kobieta w głębi duszy jest księżniczką, mnie wyraźnie trafił się Kopciuszek, ale choć sprzęt do pracy mam profesjonalny ;)
wtorek, 28 sierpnia 2018
Mąż każe, żona musi, odcinek drugi
Zarzekałam się, że czytnika e-book'ów nie potrzebuję. Bo faktycznie tak jest, w domu mogę wziąć książkę, a nigdzie nie wybywam na tyle często i na własnych nogach, a nie samochodem, że wzięcie książki do torebki stanowiłoby problem. Jak jeździłam na burleskę, to brałam słuchawki i słuchałam audiobooka. Ale zbliża się sanatorium, w planach mamy pociąg, a wiadomo, książka waży. Jedna. A na trzy tygodnie jedna może być mało. I tu znowu pytanie, ile nie będzie mało. Oznajmiłam, że wezmę laptopa, bo na jednorazowy wyjazd szkoda kupować czytnik. I tak chodziłam rozdarta między trochę bym chciała, ale nie wiem, czy się opłaca, szukałam używanych, znalazłam kilka nietrafionych prezentów, ale bez dowodu zakupu. I w końcu zadzwoniłam do Przyjaciela (telefon do Przyjaciela znanym programie jest jednym z kół ratunkowych i takoż go potraktowałam) o radę. I tak mówimy, jaki on ma, że brałby nowy, jak tylko parędziesiąt złotych droższy, że jak nie będę używać, to go od nas odkupi... I tak gadamy, gadamy, Osobisty chodzi koło mnie, kręci się po domu i nagle oznajmia, że kupił, tylko trzeba będzie odebrać z Galerii Bronowice.
No cóż. Kupił. Grzecznie podziękowałam i powstrzymałam się od uwag, że za drogo, że może nie trzeba no i najważniejsze, że nie zasłużyłam ;)
Nie, nie kupiłam Kindle, od początku go nie chciałam. Kupiłam sobie InkBook Classic 2. Tak, wiem, że nie ma podświetlenia, ale ja unikam patrzenia na jakikolwiek ekran bez dodatkowego światła, więc to dla mnie nie problem. Przyjaciel też ma porównanie między oboma i woli InkBooka. Ten ma tylko jedną wadę. Etui do niego są skrajnie paskudne.
p.s. Jeżuuuniu.... jaki byk ortograficzny był w tytule!! Wstyd! Jak zobaczycie jakiś błąd, to mi napiszcie, ja się nie obrażę, a chętnie poprawię.
p.s. Jeżuuuniu.... jaki byk ortograficzny był w tytule!! Wstyd! Jak zobaczycie jakiś błąd, to mi napiszcie, ja się nie obrażę, a chętnie poprawię.
czwartek, 14 czerwca 2018
Polskaaa biało-czerwoni!!
Jakiś czas temu zapytałam Osobistego, kiedy zaczyna się Mundial. Tak, jakby on miał wiedzieć, bo w naszym domu piłkę bardziej oglądam ja. No ale wiedział, a ja postanowiłam oglądać, żeby zobaczyć, jak Polska dokopuje Senegalowi. Taka zemsta za to, że w Mistrzostwach w Korei i Japonii to małe państewko wykopało mi z rozgrywek moją ukochaną Francję. Postanowiłam więc oglądać. Zapytałam też dzieci, czy będą oglądać ze mną, a potem zaczęło się sklepowe szaleństwo. Oni muszą mieć wszystko kibica - czapki, koszulki, spodnie... Na szczęście nie słyszeli o wuwuzelach ;) Wczoraj w Pepco uległam szaleństwu i z własnej woli kupiłam im koszulki. Mnie też chcieli namówić, ale oficjalnie nie było rozmiaru. Nieoficjalnie szkoda kasy, skoro i tak nie wyjdziemy z grupy. Ale tego już im nie powiedziałam, co mają się nastawiać.
Mój telefon już jakiś czas temu przestał obsługiwać messengera, aplikacja na telefon też nie działała, jak kilka innych zresztą. A wczoraj padł mi facebook. I skarżę się Osobistemu, że telefon przestaje być użyteczny. A on, że nie planował kupna nowych teraz. I na tym stanęło. A dziś przychodzi do mnie i mówi: "Ence, pence, w której ręce." Kupił nam obojgu nowe telefony.
I teraz kibicujemy podwójnie i koszulki żal. Bo jak Polska wyjdzie z grupy, to nam sporo kasy oddadzą ;) od razu poziom patriotyzmu mi wzrósł.
Mój telefon już jakiś czas temu przestał obsługiwać messengera, aplikacja na telefon też nie działała, jak kilka innych zresztą. A wczoraj padł mi facebook. I skarżę się Osobistemu, że telefon przestaje być użyteczny. A on, że nie planował kupna nowych teraz. I na tym stanęło. A dziś przychodzi do mnie i mówi: "Ence, pence, w której ręce." Kupił nam obojgu nowe telefony.
I teraz kibicujemy podwójnie i koszulki żal. Bo jak Polska wyjdzie z grupy, to nam sporo kasy oddadzą ;) od razu poziom patriotyzmu mi wzrósł.
piątek, 23 marca 2018
Czas dla siebie
Wczoraj był całkiem mój dzień. Co prawda dzieci do przedszkola nie poszły, bo coś na brzuch narzekali oboje, ale i tak to był mój dzień. Rano zagraliśmy w grę, a potem zapakowaliśmy się do babci. Oni gotowali obiad, a ja się oddałam w ręce kosmetyczki i półtorej godzinki się masowałam, maseczkowałam i nawilżałam. Przy okazji oczywiście wymiana poglądów.
Potem spokojne zakupy w pięknym słońcu, po dzieci, chwila u rodziców i do domu, bo przecież burleska czeka. Po drodze, prowadząc konferencję małżeńską przez telefon wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać do Krakowa, bo dzieciakom buty do przedszkola się po miesiącu rozwaliły. W domu przesiedliśmy się tylko do jednego auta, zabraliśmy picie dzieciom i w drogę. Szybkie zakupy butów, potem oni do operatora sieci komórkowej, bo nasz radiowy internet częściej wychodzi, niż jest i zmieniliśmy na LTE, a ja na burleskę. Autobusem, jak za studenckich czasów spod Galerii Bronowice pod AGH, oczywiście sławny pęd przez aleje, a potem już spokojnie do szkoły tańca. Kocham Kraków, kocham jego uliczki i nawet powietrze, które trzeba gryźć kocham.
Osobisty z dzieciakami mieli na mnie czekać, umilając sobie czas lodami. To znaczy lody mieli obiecane, jak będą grzeczni w salonie. Prawie go roznieśli.
- Ej, to czemu oni lody dostali, jak mieli być grzeczni, a ja nie, choć nic nie rozniosłam? - rzucam oburzona.
- Bo prawie roznieśli.
- A ja wcale, a nie dostałam
- Bo cię tam nie było, więc nie mogłaś być niegrzeczna.
I dyskutuj tu z takim ;)
Po burlesce zobaczyłam, że dzwoniła kuzynka, z pytaniem, czy nie wpadnę na herbatę. I w ten oto sposób zrobiliśmy sobie spontaniczne spotkanie, dzieciaki się pobawiły i choć dziś ciut niewyspani, to mega zadowoleni.
A, i kupiłam sobie książkę, ale ciiii, bo to czwarta w miesiącu, w którym miałam nie kupować :P
Dajcie sobie pozwolenie na czas dla siebie, na kubek kawy, choćby podłoga się lepiła, na plotki z przyjaciółką, choćby obiad miał być tylko jednodaniowy. Polubcie siebie i dajcie sobie pozwolenie na relaks, na chwilę odpoczynku i nic nie robienia. Często zapominamy, jak ważny jest taki czas, taki reset, choćby pięciominutowy, to nie musi być maraton. Godzina tylko dla nas, naszej przestrzeni, sprawi, że nawet, jak dzień zaczął się o 5, a skończył przed północą, rano wstanie się z uśmiechem na ustach. Tylko trzeba do tego zdrowego egoizmu, bez wyrzutów sumienia.
Potem spokojne zakupy w pięknym słońcu, po dzieci, chwila u rodziców i do domu, bo przecież burleska czeka. Po drodze, prowadząc konferencję małżeńską przez telefon wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać do Krakowa, bo dzieciakom buty do przedszkola się po miesiącu rozwaliły. W domu przesiedliśmy się tylko do jednego auta, zabraliśmy picie dzieciom i w drogę. Szybkie zakupy butów, potem oni do operatora sieci komórkowej, bo nasz radiowy internet częściej wychodzi, niż jest i zmieniliśmy na LTE, a ja na burleskę. Autobusem, jak za studenckich czasów spod Galerii Bronowice pod AGH, oczywiście sławny pęd przez aleje, a potem już spokojnie do szkoły tańca. Kocham Kraków, kocham jego uliczki i nawet powietrze, które trzeba gryźć kocham.
Osobisty z dzieciakami mieli na mnie czekać, umilając sobie czas lodami. To znaczy lody mieli obiecane, jak będą grzeczni w salonie. Prawie go roznieśli.
- Ej, to czemu oni lody dostali, jak mieli być grzeczni, a ja nie, choć nic nie rozniosłam? - rzucam oburzona.
- Bo prawie roznieśli.
- A ja wcale, a nie dostałam
- Bo cię tam nie było, więc nie mogłaś być niegrzeczna.
I dyskutuj tu z takim ;)
Po burlesce zobaczyłam, że dzwoniła kuzynka, z pytaniem, czy nie wpadnę na herbatę. I w ten oto sposób zrobiliśmy sobie spontaniczne spotkanie, dzieciaki się pobawiły i choć dziś ciut niewyspani, to mega zadowoleni.
A, i kupiłam sobie książkę, ale ciiii, bo to czwarta w miesiącu, w którym miałam nie kupować :P
Dajcie sobie pozwolenie na czas dla siebie, na kubek kawy, choćby podłoga się lepiła, na plotki z przyjaciółką, choćby obiad miał być tylko jednodaniowy. Polubcie siebie i dajcie sobie pozwolenie na relaks, na chwilę odpoczynku i nic nie robienia. Często zapominamy, jak ważny jest taki czas, taki reset, choćby pięciominutowy, to nie musi być maraton. Godzina tylko dla nas, naszej przestrzeni, sprawi, że nawet, jak dzień zaczął się o 5, a skończył przed północą, rano wstanie się z uśmiechem na ustach. Tylko trzeba do tego zdrowego egoizmu, bez wyrzutów sumienia.
poniedziałek, 12 marca 2018
Baba za kierownicą ciąg dalszy... I o zakazie handlu w niedzielę
A raczej brak ciągu dalszego. A było to tak:
W piątek pojechałam po dzieci i miałam przykaz, żeby wjechać pod garaż tyłem, bo Osobisty chciał podczepić przyczepkę, żeby pojechać po rury wentylacyjne. Zapomniałam i wjechałam przodem. I zamiast wyjechać na drogę i wycofać, jak biały człowiek, to ja postanowiłam manewrować po podwórku. Skręciłam w prawo, wrzuciłam wsteczny i poczułam, jak autko się zapada. W tył nie pojedzie. No to jedynka i... w przód też nie pojedzie. Taaaa.... Zakopałam go po felgi. Ani w przód, ani w tył, tylko w dół chciał iść. Osobisty wykopał go po dwudziestu minutach kombinowania. I tyle był oz wcześniejszego pojechania po rury, by ominąć szczyt.
Byłam przekonana, że nie dotknie mnie zakaz handlu w niedzielę. Owszem, czasem się nam zdarzało, ale nie co tydzień, nie biegałam w niedzielę po "świeże mięso na obiad". Bratowa pracuje w sklepie i faktycznie ludzie tak przychodzą, przekonani, że to świeże. Jednak przekonałam się, jak bardzo się myliłam. I nawet nie chodzi o to, że w sobotę o 11 kolejki, jak za komuny i mięsa już prawie nie było. Ale konkretnie o wczoraj. Mieszkamy koło stacji benzynowej i sklepiku typu szwarc mydło i powidło. I ten sklepik, z racji tego, że właściciel stanął za ladą był czynny. Jako jedyny w okolicy. Ruch koło domu miałam większy, niż w tygodniu, normalnie armagedon. Co chwilę ktoś przyjeżdżał, odjeżdżał... Czy naprawdę nie można sobie zrobić zakupów w sobotę, a niedzielę spędzić z rodziną?
W piątek pojechałam po dzieci i miałam przykaz, żeby wjechać pod garaż tyłem, bo Osobisty chciał podczepić przyczepkę, żeby pojechać po rury wentylacyjne. Zapomniałam i wjechałam przodem. I zamiast wyjechać na drogę i wycofać, jak biały człowiek, to ja postanowiłam manewrować po podwórku. Skręciłam w prawo, wrzuciłam wsteczny i poczułam, jak autko się zapada. W tył nie pojedzie. No to jedynka i... w przód też nie pojedzie. Taaaa.... Zakopałam go po felgi. Ani w przód, ani w tył, tylko w dół chciał iść. Osobisty wykopał go po dwudziestu minutach kombinowania. I tyle był oz wcześniejszego pojechania po rury, by ominąć szczyt.
Byłam przekonana, że nie dotknie mnie zakaz handlu w niedzielę. Owszem, czasem się nam zdarzało, ale nie co tydzień, nie biegałam w niedzielę po "świeże mięso na obiad". Bratowa pracuje w sklepie i faktycznie ludzie tak przychodzą, przekonani, że to świeże. Jednak przekonałam się, jak bardzo się myliłam. I nawet nie chodzi o to, że w sobotę o 11 kolejki, jak za komuny i mięsa już prawie nie było. Ale konkretnie o wczoraj. Mieszkamy koło stacji benzynowej i sklepiku typu szwarc mydło i powidło. I ten sklepik, z racji tego, że właściciel stanął za ladą był czynny. Jako jedyny w okolicy. Ruch koło domu miałam większy, niż w tygodniu, normalnie armagedon. Co chwilę ktoś przyjeżdżał, odjeżdżał... Czy naprawdę nie można sobie zrobić zakupów w sobotę, a niedzielę spędzić z rodziną?
środa, 13 grudnia 2017
Ostatnie pieniądze
Na co kobieta wydaje ostatnie pieniądze?
Na buty.
Do tańca.
Tańcząc godzinę tygodniowo.
Na buty.
Do tańca.
Tańcząc godzinę tygodniowo.
poniedziałek, 13 listopada 2017
Sufit, choinka i kino, czyli co u nas po weekendzie
Intensywne cztery dni za nami.
Zaczęło się już w czwartek, kiedy z Osobistym minęłam się w drzwiach, pędząc na spotkanie z Przyjacielem, a potem na burleskę. Muszkieterki nie są najlepszym obuwiem na krakowski bruk, szczególnie, jak się ma piętnaście minut do zajęć i chce się jeszcze zamówienie z księgarni odebrać. Nic to, dałam radę i mega zadowolona, choć lekko mokra wróciłam do domu.
Z kolei w piątek to Osobisty spotykał się z tymże Przyjacielem na męskiej rozmowie, przez co wrócił do domu o niebo spokojniejszy. Podjął też decyzję o niekontynuowaniu kursu szafarza, przez co w sobotę ja wykonałam rozpaczliwy telefon o ustawienie do pionu do Przyjaciela, bo sobie wkręciłam, że:
A - poszedł, bo ja go namówiłam, a nie chciał
B - zrezygnował przez nas i ja go ograniczam.
Kop w tyłek, młotek w łeb czy inne przyjemności były mi potrzebne, stąd telefon. A On jest naprawdę dobry w tym, co robi, jedno zdanie, jedna sekunda i od razu trzeźwe myślenie się włącza.
A z racji wolnej soboty poszliśmy całą czwórką na górę zrobić kolejne prace przybliżające nas do zrobienia sufitów. Bo doszliśmy do wspólnego wniosku, znaczy Osobisty i ja, bo dzieci tu niewiele mogą, że najpierw sufity, a potem schody, bo inaczej nie będzie jak wejść, bo nie otworzymy tymczasowej zastawki, bo wszystko zawilgnie. Sporo poszło w sobotę do przodu.
Za to niedziela pełen relaks. Rano kościół, potem kino. Przyszedł czas na Kucyki Pony. Jasne, przewidywalne do bólu, dzięki czemu się nie poryczałam, ale czas w kinie przeleciał mi, nie wiem kiedy. Ani razu nie zerknęłam na zegarek, ani razu nie pomyślałam, ile jeszcze. Bardzo mądra, pouczająca historia. Ale ja ogólnie lubię kucyki właśnie za to. Pośmiałam się, zrelaksowałam, dobrze spędziłam czas. Bo za rękę z ukochanym można się potrzymać też na kreskówce.
Później obiad, tym razem postawiliśmy na niezdrowe jedzenie i wylądowaliśmy w Burger Kingu. Dzieci najbardziej zadowolone z zabawek z zestawu, choć i frytki się zjadły. Z nowymi siłami poszliśmy pobuszować po sklepach. Z Leroy wyszliśmy z płytkami dla mamy, która robi remont łazienki - po złamaniu ręki chce wywalić wannę i zamontować prysznic. Obejrzeliśmy lampy, dzieciaki sobie wybrały faworytów z obietnicą zwiedzenia Ikei. Na koniec zostawiliśmy sobie Auchan i tam zgłupieliśmy. Tyle lampek, nie wiadomo, które wybrać, a chcemy oświetlić choinkę przed domem. Synowi kupiłam bombkę bałwanka, Córze chcę kupić baletnicę, ale nie było ładnych. Postanowiłam, że każdego roku dostaną ode mnie bombkę, którą potem zabiorą do własnego domu. Co prawda planują jak na razie wybudować bliźniaka z drzwiami w ścianie łączącej, na naszej działce, ale choinkę chyba będą mieli oddzielną, co?
Zaczęło się już w czwartek, kiedy z Osobistym minęłam się w drzwiach, pędząc na spotkanie z Przyjacielem, a potem na burleskę. Muszkieterki nie są najlepszym obuwiem na krakowski bruk, szczególnie, jak się ma piętnaście minut do zajęć i chce się jeszcze zamówienie z księgarni odebrać. Nic to, dałam radę i mega zadowolona, choć lekko mokra wróciłam do domu.
Z kolei w piątek to Osobisty spotykał się z tymże Przyjacielem na męskiej rozmowie, przez co wrócił do domu o niebo spokojniejszy. Podjął też decyzję o niekontynuowaniu kursu szafarza, przez co w sobotę ja wykonałam rozpaczliwy telefon o ustawienie do pionu do Przyjaciela, bo sobie wkręciłam, że:
A - poszedł, bo ja go namówiłam, a nie chciał
B - zrezygnował przez nas i ja go ograniczam.
Kop w tyłek, młotek w łeb czy inne przyjemności były mi potrzebne, stąd telefon. A On jest naprawdę dobry w tym, co robi, jedno zdanie, jedna sekunda i od razu trzeźwe myślenie się włącza.
A z racji wolnej soboty poszliśmy całą czwórką na górę zrobić kolejne prace przybliżające nas do zrobienia sufitów. Bo doszliśmy do wspólnego wniosku, znaczy Osobisty i ja, bo dzieci tu niewiele mogą, że najpierw sufity, a potem schody, bo inaczej nie będzie jak wejść, bo nie otworzymy tymczasowej zastawki, bo wszystko zawilgnie. Sporo poszło w sobotę do przodu.
Za to niedziela pełen relaks. Rano kościół, potem kino. Przyszedł czas na Kucyki Pony. Jasne, przewidywalne do bólu, dzięki czemu się nie poryczałam, ale czas w kinie przeleciał mi, nie wiem kiedy. Ani razu nie zerknęłam na zegarek, ani razu nie pomyślałam, ile jeszcze. Bardzo mądra, pouczająca historia. Ale ja ogólnie lubię kucyki właśnie za to. Pośmiałam się, zrelaksowałam, dobrze spędziłam czas. Bo za rękę z ukochanym można się potrzymać też na kreskówce.
Później obiad, tym razem postawiliśmy na niezdrowe jedzenie i wylądowaliśmy w Burger Kingu. Dzieci najbardziej zadowolone z zabawek z zestawu, choć i frytki się zjadły. Z nowymi siłami poszliśmy pobuszować po sklepach. Z Leroy wyszliśmy z płytkami dla mamy, która robi remont łazienki - po złamaniu ręki chce wywalić wannę i zamontować prysznic. Obejrzeliśmy lampy, dzieciaki sobie wybrały faworytów z obietnicą zwiedzenia Ikei. Na koniec zostawiliśmy sobie Auchan i tam zgłupieliśmy. Tyle lampek, nie wiadomo, które wybrać, a chcemy oświetlić choinkę przed domem. Synowi kupiłam bombkę bałwanka, Córze chcę kupić baletnicę, ale nie było ładnych. Postanowiłam, że każdego roku dostaną ode mnie bombkę, którą potem zabiorą do własnego domu. Co prawda planują jak na razie wybudować bliźniaka z drzwiami w ścianie łączącej, na naszej działce, ale choinkę chyba będą mieli oddzielną, co?
czwartek, 5 października 2017
Znieczulica
Mama ma rękę w gipsie. Pech chciał, że prawą, ale w niektórych sytuacjach nawet złamana lewa nic by nie pomogła. W domu sobie jeszcze jakoś radzi, ale zakupy dla niej to koszmar. Bułek sobie nie zapakuje, wózka też nie weźmie, bo nie da rady go dobrze prowadzić. Ale najgorzej ma przy kasie. Wyjmowanie pieniędzy, głównie monet nastręcza jej mnóstwa problemów, pakowanie zakupów do reklamówek też. I wiecie co? Nikt nie pomoże. Raz poprosiła panią, zna ją z widzenia, by jej potrzymała przy bułkach reklamówkę, to usłyszała, że tamta jest kaleką i pomocy nie wymaga. Pani miała wszystkie kończyny zdrowe. Kasjerki jak za karę pomogą zapakować parę rzeczy, łaskawie wezmą sobie pieniądze. A mama nie chce mnie prosić, woli sobie iść sama. Dziś zabrałam ją na zakupy, to było jej łatwiej, ale poza takimi sytuacjami mama wstydzi się chodzić do miasta, bo potrzebuje pomocy! Chore, okropne i wstyd mi za tych wszystkich ludzi. Jedna pani tylko w mięsnym zaproponowała, że pokroi kotlety, bo ja mówiłam mamie, że ja jej mogę dopiero w sobotę, bo dziś już nie miałam czasu. Jedna pani. Nie zważając na oburzoną kolejkę...
Gdzie ci ludzi? Gdzie współczucie? Gdzie w ogóle jakiś ludzki odruch i zrozumienie?
Gdzie ci ludzi? Gdzie współczucie? Gdzie w ogóle jakiś ludzki odruch i zrozumienie?
czwartek, 28 września 2017
Kochane K
Niektóre zakupy kocham. I tak:
Przedwczoraj przyszły klamki, kupiłam sobie kwiatki, w sensie cebulki i książki.
Dobrze mi:)
A dziś będę biegać za kosiarką i to jest to k, którego nie lubię.
Przedwczoraj przyszły klamki, kupiłam sobie kwiatki, w sensie cebulki i książki.
Dobrze mi:)
A dziś będę biegać za kosiarką i to jest to k, którego nie lubię.
piątek, 1 września 2017
Starość? Wariactwo?
Starzeję się. Albo zwariowałam. A może dorosłam? Nie, to ostanie raczej nie. W każdym razie, jaki nie byłby tego powód w mojej łazience miejsce prostownicy zajęła ... lokówka. Tak, tak, wiem, wszyscy co mnie znają, właśnie zbierają szczękę z podłogi, a męska część jednocześnie zaciera ręce, bo zawsze za lokami była. Nawet moją mamę wczoraj zszokowałam, bo zawszy wyprasowane, a wczoraj pogięte :P
W końcu pojechałam po nasze drzwi. Rozmowa była burzliwa, a jej finałem jest to, że drzwi przyjadą na ich koszt w sobotę. Lodowata uprzejmość i pewność siebie przynoszą rezultaty, no i osobista obecność, bo przez telefon dowiedziałam się, że w środę były wszystkie, a wczoraj już nie było, bo przyszło na sklep, a nie na moje zamówienie. Ups. Mogą nie mieć na sklepie, moje zamówienie miało być 19. Rozstaliśmy się pełni ciepła, uśmiechu i przyjaźni.
Z Leroy wyszłam z trzema storczykami po przecenie, bo kwiatów nie mają. Jeden pan się dziwił, że kupuję takie brzydkie, a przecież one zakwitną.
A potem zostałam sama. Taaa... Kupiłam prezent na urodziny i zawędrowałam do outletu Intimissimi. Oczywiście, że wyszłam z biustonoszem. Większa miłość, niż buty ;)
Miałam wcześniej pisać, ale jakoś nie wychodziło. Nareszcie uwierzyłam, że z moim sercem jest faktycznie w porządku. Jasne, jak lekarz mówił, tuż po zabiegu, że się udało to niby mu wierzyłam, ale jak się choruje dwadzieścia lat z hakiem, to tak do końca uwierzyć jest trudno. Ale były upały, zmachałam się nie raz i nie dwa i cisza. Nie było ataku, serce nawet na chwilę nie przyspieszyło. Oddycham pełną, zdrową piersią, z ulgą i bez strachu, że kichnięcie czy schylenie się spowoduje wyłączenie z życia na jeden dzień, albo skończy się szpitalem.
W końcu pojechałam po nasze drzwi. Rozmowa była burzliwa, a jej finałem jest to, że drzwi przyjadą na ich koszt w sobotę. Lodowata uprzejmość i pewność siebie przynoszą rezultaty, no i osobista obecność, bo przez telefon dowiedziałam się, że w środę były wszystkie, a wczoraj już nie było, bo przyszło na sklep, a nie na moje zamówienie. Ups. Mogą nie mieć na sklepie, moje zamówienie miało być 19. Rozstaliśmy się pełni ciepła, uśmiechu i przyjaźni.
Z Leroy wyszłam z trzema storczykami po przecenie, bo kwiatów nie mają. Jeden pan się dziwił, że kupuję takie brzydkie, a przecież one zakwitną.
A potem zostałam sama. Taaa... Kupiłam prezent na urodziny i zawędrowałam do outletu Intimissimi. Oczywiście, że wyszłam z biustonoszem. Większa miłość, niż buty ;)
Miałam wcześniej pisać, ale jakoś nie wychodziło. Nareszcie uwierzyłam, że z moim sercem jest faktycznie w porządku. Jasne, jak lekarz mówił, tuż po zabiegu, że się udało to niby mu wierzyłam, ale jak się choruje dwadzieścia lat z hakiem, to tak do końca uwierzyć jest trudno. Ale były upały, zmachałam się nie raz i nie dwa i cisza. Nie było ataku, serce nawet na chwilę nie przyspieszyło. Oddycham pełną, zdrową piersią, z ulgą i bez strachu, że kichnięcie czy schylenie się spowoduje wyłączenie z życia na jeden dzień, albo skończy się szpitalem.
środa, 30 sierpnia 2017
Płyń, płyń, łódko płyń i Tour de Lidl
W planach wakacyjnych mieliśmy również rejs statkiem. Kupiliśmy groupona na godzinną wyprawę i... zapomnieliśmy o nim. W tamtym tygodniu patrzę na nasze plany, czego nie udało się zrealizować i mnie olśniło. Tylko wszystkie rejsy do południa, postanowiliśmy czekać na urlop Osobistego, aż tu nagle w poniedziałek dzwoni, że na wtorek jest rejs o 15,30 i czy jedziemy. Jasne, że tak!
Wczoraj wziął moje auto, a my dojechaliśmy busem. Na bulwarach dzieci zażyczyły sobie pić i jeść, kupiłam obwarzanki i... gołębie były bardzo zadowolone, na pewno sobie pojadły :P
Chodziliśmy wczoraj koło Wawelu, nawet smok zionął ogniem, a ja czułam się, że jestem gdzieś indziej, bo kurczę, polskiego nie uświadczyliśmy prawie wcale. Jakby nie angielski, to trudno czasem przejść, porozumieć się, cokolwiek. Tak, wiem, pod Wawelem to pełno turystów, jeszcze pod koniec wakacji, a my takie swojskie, że aż dziwne. Na statku też sami Niemcy, pominę, że cztery panie wsiadły, zasnęły, obudziły się na końcu. Dziwne, ale co kto lubi.
A potem pojechaliśmy do Lidla. Zupełnie nieświadomi, co tam się dzieje, a tam maskotki owoców i warzyw. Odpowiedź na świeżaki Bierdonkowe, przed którymi uchroniłam dzieci w ostatniej edycji, ale zobaczyły ostatnio na żywo, a wczoraj jeszcze reklamę i one by chciały, czy możemy sobie uzbierać. Jako że do Biedronki to nam raczej nie po drodze, to tłumaczyłam, że może jednego, czy dwa się uda, ale nie obiecuję, bo nie chodzimy i nie kupujemy tam. A w Lidlu wczoraj za 10 złotych były, ot tak. W pierwszym były tylko trzy, więc Osobisty pojechał do następnego i następnego... Udało nam się zdobyć pięć z sześciu. Pomijając porachunki między sklepami, podoba mi się ta akcja. A patrząc na to, że wyszły w poniedziałek, a wczoraj już w niektórych Lidlach śladu po nich nie było, Lidl zrobił trochę na złość. Ciekawe, czy powtórzy akcję z innymi maskotkami.
Wczoraj wziął moje auto, a my dojechaliśmy busem. Na bulwarach dzieci zażyczyły sobie pić i jeść, kupiłam obwarzanki i... gołębie były bardzo zadowolone, na pewno sobie pojadły :P
Chodziliśmy wczoraj koło Wawelu, nawet smok zionął ogniem, a ja czułam się, że jestem gdzieś indziej, bo kurczę, polskiego nie uświadczyliśmy prawie wcale. Jakby nie angielski, to trudno czasem przejść, porozumieć się, cokolwiek. Tak, wiem, pod Wawelem to pełno turystów, jeszcze pod koniec wakacji, a my takie swojskie, że aż dziwne. Na statku też sami Niemcy, pominę, że cztery panie wsiadły, zasnęły, obudziły się na końcu. Dziwne, ale co kto lubi.
A potem pojechaliśmy do Lidla. Zupełnie nieświadomi, co tam się dzieje, a tam maskotki owoców i warzyw. Odpowiedź na świeżaki Bierdonkowe, przed którymi uchroniłam dzieci w ostatniej edycji, ale zobaczyły ostatnio na żywo, a wczoraj jeszcze reklamę i one by chciały, czy możemy sobie uzbierać. Jako że do Biedronki to nam raczej nie po drodze, to tłumaczyłam, że może jednego, czy dwa się uda, ale nie obiecuję, bo nie chodzimy i nie kupujemy tam. A w Lidlu wczoraj za 10 złotych były, ot tak. W pierwszym były tylko trzy, więc Osobisty pojechał do następnego i następnego... Udało nam się zdobyć pięć z sześciu. Pomijając porachunki między sklepami, podoba mi się ta akcja. A patrząc na to, że wyszły w poniedziałek, a wczoraj już w niektórych Lidlach śladu po nich nie było, Lidl zrobił trochę na złość. Ciekawe, czy powtórzy akcję z innymi maskotkami.
wtorek, 25 lipca 2017
Nieistniejący
Pan od drzwi podał nam taką cenę, że się ugięliśmy pod jej ciężarem. Dodatkowo, o ile z jego ojcem mi się rozmawiało dobrze i konkretnie, tak ten pan wywarł na mnie całkiem odwrotne wrażenie. Wiemy też, z dobrego źródła, że potrafią nie wywiązywać się z terminów, zwlekać i kręcić. Zrezygnowaliśmy. W związku z tym w niedzielę, po obiedzie postanowiliśmy spędzić czas, jak przystało na tradycyjną polską rodzinę i pojechaliśmy do centrum handlowego.
Na pierwszy ogień poszło Leroy (poszedł Leroy?), gdzie chciałam kupić małe lampki solarne, coby je wetknąć na taras. Taka mała aluzja do Osobistego, który co prawda lampę nad taras kupił, ale nie spełnia ona swych funkcji. Pewnie to, że nadal leży w pudełku, ma coś z tym wspólnego. W każdym razie poszliśmy obejrzeć drzwi. I nawet zgodnie uznaliśmy, że podobają nam się jedne, cena też niczego sobie, więc pewnie je kupimy. Obejrzeliśmy jeszcze podłogi, czemu jest taki mały wybór paneli winylowych? I pewnie stanie na bambusie na połysk ;) Oprócz lampek kupiliśmy jeszcze dwie pochodnie i olej przeciw komarom, Osobisty dołożył orchideę, więc doniczkę i podpórkę do tego.
Leroy blisko Futury, więc też postanowiliśmy zajrzeć. Jesteśmy na kupnie rowerów, więc do sportowego zaszliśmy. I znalazłam swoje wymarzone dwa kółka, dzieciaki też, Osobisty stwierdził, że nadal nie wie. Potem jeszcze kilka sklepów, lody i do domu.
A wczoraj się zaczęło...
Zajrzeliśmy na stronę producenta rowerów. Mojego roweru nie ma. Ani w tym roku, ani w dwóch poprzednich, nie ma go w ogóle na stronie. Można go odszukać trochę od tyłu, ale nie ma specyfikacji. Te, które wybrały dzieci niby są, ale nie w takim kolorze. A ja mam zdjęcia! Ok, może to produkt dedykowany do tego sklepu. Ale... Na ich stronie też nie ma tych rowerów. Nawet Ceneo odmówiło współpracy.
Zrezygnowana patrzę na stronę producenta drzwi i zgadnijcie co? TAAAK. Nie ma ich. Nie istnieją! Na szczęścia na stronie Leroy są, Ceneo też melduje, że są, jedynie w Leroy. Znowu mamy coś, co nie istnieje.
Po kolei:
- okno dachowe w łazience: nie istnieje w żadnym katalogu
- umywalka i szafka pod nią - dedykowane dla Obi, poza tym występują tylko na Ukrainie
- grzejnik łazienkowy - jak go zamawiałam, nie istniał dla sześciu sklepów, choć widziałam go na własne oczy
Teraz dojdą jeszcze rowery i drzwi. Nawet wczoraj się śmiałam, że skoro te drzwi nie istnieją, to jak je założymy to tak, jakby nadal ich nie było. Osobisty tylko ubolewa, że dość drogie te nasze "nie ma". Jednak jeśli chodzi o drzwi, to wyjdzie dwa razy taniej, niż u tamtego gościa.
Na pierwszy ogień poszło Leroy (poszedł Leroy?), gdzie chciałam kupić małe lampki solarne, coby je wetknąć na taras. Taka mała aluzja do Osobistego, który co prawda lampę nad taras kupił, ale nie spełnia ona swych funkcji. Pewnie to, że nadal leży w pudełku, ma coś z tym wspólnego. W każdym razie poszliśmy obejrzeć drzwi. I nawet zgodnie uznaliśmy, że podobają nam się jedne, cena też niczego sobie, więc pewnie je kupimy. Obejrzeliśmy jeszcze podłogi, czemu jest taki mały wybór paneli winylowych? I pewnie stanie na bambusie na połysk ;) Oprócz lampek kupiliśmy jeszcze dwie pochodnie i olej przeciw komarom, Osobisty dołożył orchideę, więc doniczkę i podpórkę do tego.
Leroy blisko Futury, więc też postanowiliśmy zajrzeć. Jesteśmy na kupnie rowerów, więc do sportowego zaszliśmy. I znalazłam swoje wymarzone dwa kółka, dzieciaki też, Osobisty stwierdził, że nadal nie wie. Potem jeszcze kilka sklepów, lody i do domu.
A wczoraj się zaczęło...
Zajrzeliśmy na stronę producenta rowerów. Mojego roweru nie ma. Ani w tym roku, ani w dwóch poprzednich, nie ma go w ogóle na stronie. Można go odszukać trochę od tyłu, ale nie ma specyfikacji. Te, które wybrały dzieci niby są, ale nie w takim kolorze. A ja mam zdjęcia! Ok, może to produkt dedykowany do tego sklepu. Ale... Na ich stronie też nie ma tych rowerów. Nawet Ceneo odmówiło współpracy.
Zrezygnowana patrzę na stronę producenta drzwi i zgadnijcie co? TAAAK. Nie ma ich. Nie istnieją! Na szczęścia na stronie Leroy są, Ceneo też melduje, że są, jedynie w Leroy. Znowu mamy coś, co nie istnieje.
Po kolei:
- okno dachowe w łazience: nie istnieje w żadnym katalogu
- umywalka i szafka pod nią - dedykowane dla Obi, poza tym występują tylko na Ukrainie
- grzejnik łazienkowy - jak go zamawiałam, nie istniał dla sześciu sklepów, choć widziałam go na własne oczy
Teraz dojdą jeszcze rowery i drzwi. Nawet wczoraj się śmiałam, że skoro te drzwi nie istnieją, to jak je założymy to tak, jakby nadal ich nie było. Osobisty tylko ubolewa, że dość drogie te nasze "nie ma". Jednak jeśli chodzi o drzwi, to wyjdzie dwa razy taniej, niż u tamtego gościa.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Weekendowe szaleństwo
Sobotę rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo musiałyśmy jechać na próbę. Ubrania przygotowane, na Family Day także, bo pogoda taka niepewna. Córze wzięłam krótkie spodenki, Synowi przygotowałam spodnie do podwinięcia, jakby co. Sobie sweter, kurtkę, przed wyjazdem zmieniłam długie spodnie na rybaczki.
Próba gorąca, głównie na końcu, gdy postawiłam sobie za punkt honoru pomóc innym mamom przebrać dziewczynkę w 48 sekund. Od stóp do głowy, dosłownie. Bo ona wychodzi jako drzewko, brązowe rajstopy, czarne body i spódnica, listki na dłoniach, a za 48 sekund jako Wróżka Diamentów, białe rajstopy, body, tutu i diadem. I Pani Ania uznała, że nie zdążą jej przebrać i wchodzi jako to drzewo. Głupio, bo nikt nie wie, kim jest w takim razie. I mówię tym mamom, że zdążymy, jedna ściąga górę, podnosi ją w górę, a dwie zakładają po kolei nowe ubrania. Koniec próby, proszę panią Anię o 48 sekund. Puściła i.......
Bo jak nie my to kto o o !!! Zrobiłyśmy w 15!!!!!
W drodze na Family Day chciałam zebrać od mojej mamy ciepłe ubrania, bo pogoda się psuła, ale Osobisty stwierdził, że szkoda czasu, bo tam pogoda cudna, dopiero co się smarowali kremem do opalania. No to nie pojechałam. Tylko pogoda też się zmieniła, Osobisty zapomniał dzieciom kurtek, a spodnie długie dla Syna się zapodziały, więc... Zmarzłam mimo, że byłam najlepiej przygotowana :P Ale sweter wziął Syn, kurtkę Córka i tak jakoś wyszło :P Plus taki, że pogoda wystraszyła ludzi i dzieciaki się wyszalały, bo kolejek do dmuchańców i na karuzelę prawie nie było.
A wczoraj wielki dzień, Córa jedzie po złoto. Od rana tak mówiła i nic nie pomagało nasze stopowanie, że najważniejsze, by zatańczyła najlepiej, jak potrafi i się tym cieszyła. Przyznała nam rację. I dodała, że dostanie za to złoty medal.
Pierwszą załamkę zaliczyłam, jak na walcu chwilami stała i się rozglądała, by potem nie wiedzieć, jakie kroki zrobić. Tia... Wolne tańce jej zdecydowanie nie leżą i to widać, co z kolei mnie doprowadzało do załamek. Ale szybkie to jest jej żywioł. Rock and roll mnie zachwycił. Jurorów zapewne też, bo zdobyła ze swoją partnerką wymarzone złoto w swojej kategorii. Nie można im było dobrego zdjęcia zrobić, tak się cieszyły.
Z turnieju wyjeżdżaliśmy nie tylko ze złotem, ale z oświadczeniem Syna, że on też idzie do Pani Ani, ale tylko na taniec. Towarzyski. Nie balet. Żebym na pewno wiedziała, na co go zapisać.
Popołudnie to kupno ochraniaczy an dłonie dla mnie, bo zakupiłam rolki, kask i część ochraniaczy i całego kompletu ochraniaczy dla Córy. Syn ma komplet, Osobisty musi poczekać, bo jego rozmiaru nie było. Potem obiad, miały być lody, ale się nie zmieściły i... rajd z powrotem do Krakowa, bo w Biedronce blisko nas była tylko poduszka Mruka, a Córa chciała Poppy. Na szczęście w drugiej była ta wymarzona.
Myśleliśmy, że padną w aucie, nic bardziej mylnego, bo po powrocie do domu jeszcze na trampolinę wskoczyli i o 20 nie mogliśmy ich ściągnąć.
Dziś Osobisty natomiast jedzie dowieźć brakujące dokumenty i jak dobrze pójdzie jutro zapadnie decyzja o odbiorze budynku i oficjalnie nie będziemy już mieszkać na budowie :)
Próba gorąca, głównie na końcu, gdy postawiłam sobie za punkt honoru pomóc innym mamom przebrać dziewczynkę w 48 sekund. Od stóp do głowy, dosłownie. Bo ona wychodzi jako drzewko, brązowe rajstopy, czarne body i spódnica, listki na dłoniach, a za 48 sekund jako Wróżka Diamentów, białe rajstopy, body, tutu i diadem. I Pani Ania uznała, że nie zdążą jej przebrać i wchodzi jako to drzewo. Głupio, bo nikt nie wie, kim jest w takim razie. I mówię tym mamom, że zdążymy, jedna ściąga górę, podnosi ją w górę, a dwie zakładają po kolei nowe ubrania. Koniec próby, proszę panią Anię o 48 sekund. Puściła i.......
Bo jak nie my to kto o o !!! Zrobiłyśmy w 15!!!!!
W drodze na Family Day chciałam zebrać od mojej mamy ciepłe ubrania, bo pogoda się psuła, ale Osobisty stwierdził, że szkoda czasu, bo tam pogoda cudna, dopiero co się smarowali kremem do opalania. No to nie pojechałam. Tylko pogoda też się zmieniła, Osobisty zapomniał dzieciom kurtek, a spodnie długie dla Syna się zapodziały, więc... Zmarzłam mimo, że byłam najlepiej przygotowana :P Ale sweter wziął Syn, kurtkę Córka i tak jakoś wyszło :P Plus taki, że pogoda wystraszyła ludzi i dzieciaki się wyszalały, bo kolejek do dmuchańców i na karuzelę prawie nie było.
A wczoraj wielki dzień, Córa jedzie po złoto. Od rana tak mówiła i nic nie pomagało nasze stopowanie, że najważniejsze, by zatańczyła najlepiej, jak potrafi i się tym cieszyła. Przyznała nam rację. I dodała, że dostanie za to złoty medal.
Pierwszą załamkę zaliczyłam, jak na walcu chwilami stała i się rozglądała, by potem nie wiedzieć, jakie kroki zrobić. Tia... Wolne tańce jej zdecydowanie nie leżą i to widać, co z kolei mnie doprowadzało do załamek. Ale szybkie to jest jej żywioł. Rock and roll mnie zachwycił. Jurorów zapewne też, bo zdobyła ze swoją partnerką wymarzone złoto w swojej kategorii. Nie można im było dobrego zdjęcia zrobić, tak się cieszyły.
Z turnieju wyjeżdżaliśmy nie tylko ze złotem, ale z oświadczeniem Syna, że on też idzie do Pani Ani, ale tylko na taniec. Towarzyski. Nie balet. Żebym na pewno wiedziała, na co go zapisać.
Popołudnie to kupno ochraniaczy an dłonie dla mnie, bo zakupiłam rolki, kask i część ochraniaczy i całego kompletu ochraniaczy dla Córy. Syn ma komplet, Osobisty musi poczekać, bo jego rozmiaru nie było. Potem obiad, miały być lody, ale się nie zmieściły i... rajd z powrotem do Krakowa, bo w Biedronce blisko nas była tylko poduszka Mruka, a Córa chciała Poppy. Na szczęście w drugiej była ta wymarzona.
Myśleliśmy, że padną w aucie, nic bardziej mylnego, bo po powrocie do domu jeszcze na trampolinę wskoczyli i o 20 nie mogliśmy ich ściągnąć.
Dziś Osobisty natomiast jedzie dowieźć brakujące dokumenty i jak dobrze pójdzie jutro zapadnie decyzja o odbiorze budynku i oficjalnie nie będziemy już mieszkać na budowie :)
piątek, 9 czerwca 2017
Nic tak nie poprawia kobiecie humoru, jak...
... zakupy i jedzenie. Dziś połączyłam oba i kupiłam sobie blaszkę do pieczenia. Prostokątną miałam jedną, małą, sernik znikał tego samego dnia. I tortownicę. Dziś upatrzyłam w Lidlu fajną, dokupiłam jeszcze rabarbar i właśnie testuję nowy zakup. Osobisty nie bardzo lubi ciasto z rabarbarem, ale mojego nie jadł, bo głupia uznałam, że nie lubi, to nie robię. A on znał pewnie tylko wersję teściowej, a sam ostatnio przyznał, że jej ciasta są niezjadliwe. Ale jeśli do orzechów można dodać margaryny i cukru i to jest masa, to się nie dziwię. Tłusto, za słodko, błeeeh... A rabarbar na sucho wrzucany, a ja zasypuję cukrem minimum pół godziny przed przygotowaniem. Zobaczymy.
Jutro próba generalna na scenie. Idzie im bardzo dobrze, więc to tylko formalność. Potem rajd na Family Day. A w niedzielę turniej. Mega tanecznie i mega intensywnie. Ale potem już tylko ostatni występ w środę z rozdaniem dyplomów na zakończenie roku.
A w środę na próbę pojechał z nami Syn. Bałam się tego, bo on cierpliwy nie jest, ale obiecał pomagać i faktycznie przez półtorej godziny podawał fartuszki, tutu, odkładał, pilnował sukienek i nie marudził. Potem się przyznał, że myślał, że na zakupy pojedziemy, ale nie marudził, bo sam chciał jechać.
Natomiast we wtorek mój Najlepszy Przyjaciel idzie na rozmowę o pracę. Strasznie się cieszę i kciuki trzymam odkąd wiem, choć będzie pracował z Osobistym. A oni dwaj razem to masakra, więc się ciut boję ;) najbiedniejsza będę ja, ale może jak się nagadają w pracy, to u nas nie będą o niej gadać.
Jutro próba generalna na scenie. Idzie im bardzo dobrze, więc to tylko formalność. Potem rajd na Family Day. A w niedzielę turniej. Mega tanecznie i mega intensywnie. Ale potem już tylko ostatni występ w środę z rozdaniem dyplomów na zakończenie roku.
A w środę na próbę pojechał z nami Syn. Bałam się tego, bo on cierpliwy nie jest, ale obiecał pomagać i faktycznie przez półtorej godziny podawał fartuszki, tutu, odkładał, pilnował sukienek i nie marudził. Potem się przyznał, że myślał, że na zakupy pojedziemy, ale nie marudził, bo sam chciał jechać.
Natomiast we wtorek mój Najlepszy Przyjaciel idzie na rozmowę o pracę. Strasznie się cieszę i kciuki trzymam odkąd wiem, choć będzie pracował z Osobistym. A oni dwaj razem to masakra, więc się ciut boję ;) najbiedniejsza będę ja, ale może jak się nagadają w pracy, to u nas nie będą o niej gadać.
poniedziałek, 13 marca 2017
Zakupowa niedziela
Dzieciaki zakaszlane i zakatarzone. Mogą wychodzić, ale nie na długo i nie do przedszkola, żeby czegoś nie dołapać. Pogoda kiepska łamana na lodowato. Postanowiliśmy więc, że pojedziemy do Leroy Merlin po podstawki do doniczek, doniczki dla storczyków i ziemię dla nich i do Deichmanna, wykorzystać mój kupon urodzinowy.
W Leroy kupiliśmy co zamierzyliśmy plus miednicę do prania (jakoś się jeszcze do tej pory nie dorobiliśmy, pranie wynosiłam w pudle na spinacze) i dwie wierzby. Z tym to śmiesznie było, bo wisząca Iwa z baziami była po 20 złotych i ta kolorowa też. Mnie się podobała ta z baziami, Osobistemu kolorowa. Kupił obie. One już duże, ponad metr mają, więc będzie coś widać.
Później jego nie było, stałam tylko z dziećmi, przeszła koło nas jakaś para i pani mówi: "Zobacz, jaka piękna wierzba!", a on do niej: "i po co ci wierzba?"
Mam fajnego męża ;)
I jeszcze dwie borówki amerykańskie kupiliśmy, bo mieliśmy dwie, ale po zimie jedna wyparowała ;) a one owocują tylko, jak jest więcej, niż jedna. Dziś będziemy sadzić.
W Futurze weszliśmy do Dajara, bo chcemy sobie sztućce dokupić. Szkoda nam używać ślubnego Gerlacha, a te codzienne już nie są takie ładne. Tylko, że te, co mi się podobają, nie nadają się do zmywarki.
Kupiliśmy jeszcze spodnie dla Syna i golf dla Córy, a potem cel podróży, czyli Deichmann. Wyszliśmy z trzema parami butów, z czego poszkodowany wyszedł tylko Syn, bo dla niego nic nie było. Zresztą, tak dokuczał, że już nie było czasu szukać. Osobisty kupił takie pseudo eleganckie, ja klasyczne na obcasie, szerszej szpilce, jak na mnie baaardzo niskiej, a Córa tenisówki. Moje i Córy na ostatnich parach, więc wydaliśmy naprawdę niewiele.
W Leroy kupiliśmy co zamierzyliśmy plus miednicę do prania (jakoś się jeszcze do tej pory nie dorobiliśmy, pranie wynosiłam w pudle na spinacze) i dwie wierzby. Z tym to śmiesznie było, bo wisząca Iwa z baziami była po 20 złotych i ta kolorowa też. Mnie się podobała ta z baziami, Osobistemu kolorowa. Kupił obie. One już duże, ponad metr mają, więc będzie coś widać.
Później jego nie było, stałam tylko z dziećmi, przeszła koło nas jakaś para i pani mówi: "Zobacz, jaka piękna wierzba!", a on do niej: "i po co ci wierzba?"
Mam fajnego męża ;)
I jeszcze dwie borówki amerykańskie kupiliśmy, bo mieliśmy dwie, ale po zimie jedna wyparowała ;) a one owocują tylko, jak jest więcej, niż jedna. Dziś będziemy sadzić.
W Futurze weszliśmy do Dajara, bo chcemy sobie sztućce dokupić. Szkoda nam używać ślubnego Gerlacha, a te codzienne już nie są takie ładne. Tylko, że te, co mi się podobają, nie nadają się do zmywarki.
Kupiliśmy jeszcze spodnie dla Syna i golf dla Córy, a potem cel podróży, czyli Deichmann. Wyszliśmy z trzema parami butów, z czego poszkodowany wyszedł tylko Syn, bo dla niego nic nie było. Zresztą, tak dokuczał, że już nie było czasu szukać. Osobisty kupił takie pseudo eleganckie, ja klasyczne na obcasie, szerszej szpilce, jak na mnie baaardzo niskiej, a Córa tenisówki. Moje i Córy na ostatnich parach, więc wydaliśmy naprawdę niewiele.
piątek, 30 grudnia 2016
Nie wytrzymałam
Nie dałam rady. No nie wytrzymałam i wyszłam z domu, bo mnie już trafiało to siedzenie. W środę, opatulona powyżej nosa pojechałam z całą rodzinką do Krakowa. Kierunek - kino. Film - Trolle. To już nie pierwsza nasza wizyta w kinie, wiedzieliśmy, że może się skończyć siedzeniem na schodach, ale jednak nie. Dzieciaki, a głównie Syn, bo to on wcześniej chwilami wędrował, przesiedziały cały seans wpatrzeni w ekran. Nawet popcorn stracił w pewnym momencie na znaczeniu, choć przed wejściem Syn zażyczył sobie taką maszynę na urodziny.
Jak dla mnie bajka cudna, choć coraz bardziej mam wrażenie, że z tych bajek więcej korzystają dorośli. Owszem, tu nie było odniesień politycznych i tego typu, ale i tak... W końcu to dorośli znają przeboje w oryginalnej wersji. Muzycznie pięknie. True colours, Sound of silence czy Hello powaliło mnie na kolana i łzę wycisnęło (tak, mój drogi M, znów ryczałam na filmie).
Po seansie zahaczyliśmy o sklep, a nawet kilka, bo szczoteczki do przedszkola trzeba donieść, a mieliśmy tylko jedną, mleko się skończyło, a u nas jest 6 mlekopijców w porywach do gości ;) no i zaopatrzenie na Sylwestra kupiliśmy, bo jak zapowiedziałam, tak choćby w 5 szalikach do dotrę. A mogą się przydać, bo ui nas mróz się stawia ostry.
Jeszcze troszkę o świętach - zgodnie z Osobistym uznaliśmy, że to były najlepsze święta w naszej niekrótkiej już historii. Razem, z masą pyszności przygotowywanych też razem, nie spiesząc się, z kolędami na cztery głosy. 10 lat wcześniej przegadałam z Osobistym wigilię i to dało początek naszej historii. Mam nadzieję, że każdy kolejny rok będzie lepszy, aż do kolejnych pełnych 10.
Jak dla mnie bajka cudna, choć coraz bardziej mam wrażenie, że z tych bajek więcej korzystają dorośli. Owszem, tu nie było odniesień politycznych i tego typu, ale i tak... W końcu to dorośli znają przeboje w oryginalnej wersji. Muzycznie pięknie. True colours, Sound of silence czy Hello powaliło mnie na kolana i łzę wycisnęło (tak, mój drogi M, znów ryczałam na filmie).
Po seansie zahaczyliśmy o sklep, a nawet kilka, bo szczoteczki do przedszkola trzeba donieść, a mieliśmy tylko jedną, mleko się skończyło, a u nas jest 6 mlekopijców w porywach do gości ;) no i zaopatrzenie na Sylwestra kupiliśmy, bo jak zapowiedziałam, tak choćby w 5 szalikach do dotrę. A mogą się przydać, bo ui nas mróz się stawia ostry.
Jeszcze troszkę o świętach - zgodnie z Osobistym uznaliśmy, że to były najlepsze święta w naszej niekrótkiej już historii. Razem, z masą pyszności przygotowywanych też razem, nie spiesząc się, z kolędami na cztery głosy. 10 lat wcześniej przegadałam z Osobistym wigilię i to dało początek naszej historii. Mam nadzieję, że każdy kolejny rok będzie lepszy, aż do kolejnych pełnych 10.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
