poniedziałek, 2 stycznia 2012

2012 3


Blogerzy całego świata łączcie się!!

Namawiać Was będę dziś do dobra. Dobra, które nic nie kosztuje.
Cytując za Panti z bloga Z zapachem wanilii we włosach:
Zaproszenie do AKCJI CHARYTATYWNEJ MUFFINKI DLA MAI
Witam Kochani!
Być może zauważyliście, że ostatnio w bocznym prawym pasku pojawiło się zdjęcie Małej Dziewczynki. 
 To córeczka mojej Kuzynki, jedynie pół roczku starsza od Mojego Małego Kazika – Marysia. Od urodzenia  chora jest na rdzeniowy zanik mięśni (SMA I). Jest to wrodzona choroba nerwowo-mięśniowa, która charakteryzuje się stopniowym zanikiem i osłabieniem wszystkich mięśni. Niestety jest to choroba postępująca i nieuleczalna. Marysi udaje się od półtora roczku każdego dnia osiągać cud w postaci życia.
Majeczka komunikuje się obecnie ze światem jedynie przy pomocy mrugających oczek :(
Reszta mięśni już nie potrafi samodzielnie funkcjonować. 
Leczenie Mai jest bardzo kosztowne. Stąd mój pomysł, aby przeprowadzić AKCJĘ.
Dlatego dzisiaj zapraszam Was do
jednodniowej akcji charytatywnej 
MUFFINKI DLA MAI.
 Akcja ma na celu pomoc w zbieraniu 1% podatku dla chorej  Marysi. 
Warunek jest prosty. 
17 marca 2012 roku od godziny 0:00 do 23:59
wszyscy którzy zechcą wziąć udział w Akcji,
 mogą opublikować post z Muffinkami w roli głównej
 (czekamy na posty zarówno słodkie jak i wytrawne:) ) 
i zaznaczyć w nim, iż są One dla Mai,
 wraz z linkiem stronki Mai na facebooku oraz danymi KRS i banerem Akcji. 
Akcja będzie przeprowadzana zarówno na mikserze, jak i na durszlaku, ale banerek można pobrać i ode mnie z bloga.”
 
DANE DO ZAMIESZCZENIA W POŚCIE :
AKCJA 1% PODATKU DLA MARYSI PINDRAL 
PÓŁTORAROCZNEJ DZIEWCZYNKI CHOREJ NA RDZENIOWY ZANIK MIĘŚNI (SMA I) 
DANE KRS:  0000037904 
Cel szczegółowy 1%- 11740 Pindral Maria
strona Mai na facebooku
Ja wezmę udział. Wy macie do wyboru dwa cele na moim blogu, decyzja należy do Was. Przepis na muffinki znajdziecie też na blogu Panti, są pyszne i wychodzą każdemu, sama uległam ich czarowi. Smacznego, powodzenia i dziękuję :)

Spiskowa teoria dziejów

            A ja wiem,a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem, chciałoby się powiedzieć. Akurat ja niewiem, bo mój pies urządza od 3 dni strajk głodowy i rozmawiać z nim nie umiem,by jeść zaczął. Tylko ja nie o tym chciałam, choć też o jedzeniu będzie. Amianowicie o jedzeniu w ciąży, podczas karmienia i konsekwencji tegoż. W ciążybędąc, jadłam wszystko. To znaczy nie jadłam tego, co mi zupełnie niepodchodziło, ale generalnie wszystko. Naraziłam się przez to na gromyniektórych osób, że jak to, że szkodzę dziecku i w ogóle wyrodna matka, bozjadłam cytrusa. Tia… Domi urodziła się zdrowa, silna i jakoś nie zaszkodziłajej ta moja dieta. Po porodzie przez pierwsze dwa tygodnie jadłam raczejgotowane, również na parze rzeczy lekkostrawne. Potem wprowadziłam znów wszystko.Owszem, prócz cytrusów, pestkowych i kapusty i grochu. Wiadomo. I znowu przezniektórych jestem dziwnie postrzegana, bo przecież nie wolno tego, tamtego iowamtego, a najlepiej „jeść suchary, popijać wodą i tryskać radością, że siękarmi piersią”, jak z przekąsem o przesądach i poglądach wypowiedziała siępewna położna. Istnieje masa zakazów, nakazów i rad, które w efekcie faktycznieby do takiej diety doprowadziły. Zrozumiałam niedawno, skąd się to wszystkowzięło. Jak zawsze i na wszystko istnieje cała masa kobiet podatnych na terady, a jeśli jeszcze chodzi o dobro dziecka, to o rany, każda odda wszystko. Ipotem takie dziecko nie zna smaków pewnych potraw, jak je samodzielnie, topluje, nie chce jeść. I tu się otwiera pole do popisu przez koncernyfarmaceutyczne. Trzeba podać dziecku suplementy diety, na apetyt, witaminki,inne dodatki. Chemiczne, a jakże, super zdrowe i pożywne. Wtedy zachce, będziezdrowe, piękne, roześmiane i rumiane. Nie wiem, czy tak jest naprawdę. Ja na towpadłam przy oglądaniu którejś z kolei reklamy takiego specyfiku dla dzieci,kiedy akurat karmiłam i jadłam schabowego. Tak, zdarza mi się równocześnie.Wiem natomiast, że moje dziecko poznaje smaki, przyzwyczaja się. Jest zdrowe,silne i roześmiane. I kiedyś z radością chwyci chlebek z kiełbaską, jabłuszkoczy przyprawionego czosnkiem schabowego.

Zero tolerancji dla nietolerancji

            Wszyscymówią teraz o tolerancji, wymagają jej w stosunku do siebie, grup osób, czysytuacji. Najgłośniej krzyczy młodzież domagając się równego traktowania izrozumienia dla swojego stylu, zachowania i poglądów. Oczywiście nie mam nic domłodzieży. Sama chciałam być zrozumiana, przywilej każdego człowieka. Ale nigdynie dyskryminowałam kogoś, kto miał inne zdanie, niż ja. Jego prawo, a mojawolność kończy się wraz z granicami i dobrem drugiego człowieka. Teraz jednakobserwuję postawę „zero tolerancji dla nietolerancji”. Absolutnie sprzeczną wsamym tytule i absolutnie nie do przyjęcia przeze mnie. Na czym polega? Nawyrażaniu własnego zdania wraz z wymogiem przytakiwania, zgadzania się i pianiawręcz hymnów pochwalnych na temat. A jak nie… A jak nie to zaczyna się atak, oczym przekonała się moja koleżanka. Śmiała powiedzieć, że styl pewnejdziewczyny jej się nie podoba. Mogła? Mogła. Teoretycznie. Bo zaraz odezwałysię głosy, że się nie zna. I to bynajmniej nie była rzeczowa dyskusja, a masawyzwisk, inwektyw i bardzo nieprzyjemnych słów. Bo powiedziała, że nie w jejstylu, bo jej się nie podobało. W wyniku czego pełno młodych ludzi zrównało jąz ziemią. W imię walki o tolerancję. Bo ich trzeba tolerować, szanować. Onitego nie muszą.
            O czasy! O,obyczaje! Chciałoby się zawołać za Cyceronem. Tak… A ja spokojnie przygotujęsię teraz na słowa krytyki, że się nie znam, że nie prawda, że nie każdy. I ztym ostatnim się zdecydowanie zgadzam. Co do reszty… Jak dostanę argumenty,normalne, nie wulgarne i nie siłowe, to przemyślę. Na razie idę sobie doswojego świata, gdzie wiele toleruję, ale nie na wszystko się zgadzam. I mówięo tym głośno. I nie hasłem zero tolerancji dla nietolerancji.

Ku pamięci

            Miało być oczymś innym, ale poważny temat poczeka, a i ten jest poważny.
            Lubię, jakmój mąż przytula mnie w nocy, przygarnia do siebie. Miło mi się robi, jakotacza mnie ramionami w różnych miejscach i sytuacjach. Radość sprawia mibezzębny uśmiech mojego dziecka. Oczywiście, że najpiękniejszy na świecie.Lubię rozmowy z przyjaciółmi przy herbacie, w kuchni, pomarańczowej ;). Takie owszystkim i o niczym. Przyjemnie jest odnowić wspomnienia ze starych kalendarzyi schowanych kartek pocztowych. Lubię snuć plany i marzenia dotyczące naszegodomu. Radość wywołuje też zjedzony wspólnie z kimś obiad, lody, ciastko… Wypitaczekolada. Słońce odbijające się w strumykach topniejącego śniegu, na drodze wlesie, pęd samochodu. Zieleniejąca trawa.
            Ważne rzeczy,o których się zapomina, umykają w codziennym zabieganiu… A przez nie staję sięszczęśliwa.


Tak, jestem szczęśliwa.

O chrzcinach słów parę

     Zacznijmy od tego, że prawie się spóźniliśmy na Mszę. W domu pełno ludzi, każdy pod nogi włazi, nikt nie pomaga. Standard. Ale, że Msza była dla nas, ksiądz poczekał.
Było… Magicznie. Personalnie, ciepło, zabawnie. Szczególnie, jak świeca zgasła, bo cały knot postanowił się upalić. Chrzestny stanął na wysokości zadania i zreanimował nieposłuszną świecę, a cała reszta przebiegła bez problemu. Dzieciątko nam przespało prawie wszystko, skrzywiła się, paradoksalnie, nie przy wodzie, a przy krzyżmie.
    W kwestii prezentów i mojej obawy, czy chrzest święty, czy świecki. Dostała kilka ciuszków, kolczyki, Album Dziecka, taki, gdzie opisuje się pierwszy rok życia, piękne książeczki. Bardzo cieszę się z tego, że dostała medaliki, zamiast zabawek. Naprawdę nabrało to święto jeszcze bardziej religijnego charakteru. Najbardziej byłam jednak wzruszona i zaskoczona tym, że od księdza, który chrztu udzielał, dostała obrazek Świętej Rodziny. Nie zwykły obrazek, a rzeźbiony w drewnie. Przepiękny gest. Do tego dyplom udzielenia chrztu. Cudna pamiątka, wisi nad jej łóżeczkiem.

Chrzciny

Jutro chrzcimy naszą Dominisię. Wszystko gotowe, dom posprzątany, ubrania poprasowane. Ciasta zamówiłam u znajomej, tort u znajomego (mogę dać namiary, torty i ciasta robi pyszne i piękne), ciasta już przyjechały, po tort mąż pojechał. Jeszcze czeka nas zawiezienie tego do restauracji. Tak, robimy przyjęcie w restauracji. Mamy 20 gości. Robimy to z czystej wygody. By mieć właśnie dziś spokój, przyjść jako gość i wyjść jako gość, bez konieczności biegania, gotowania, smażenia, pieczenia i sprzątania z Małą na rękach czy w wózku, a po wyjściu gości móc usiąść, a nie zmywać, zmywać i jeszcze raz zmywać. Koszt pewnie porównywalny, ale ja sobie nie wyobrażam podania na raz świeżych mięs dwudziestu osobom. Pewnie się da, ale ja wolę tak, jak robimy.
Ubrałam obrączkę. Niesamowite, jak taki mały krążek może cieszyć. Ubrałam ją już kiedyś, a potem mi ją mąż pół godziny ściągał. Bo spuchłam niemiłosiernie. A nie przetnę obrączki, bo przecież nie kupię sobie nowej. Teraz wchodzi i schodzi normalnie. Jaka ulga. Jaka radość.

Spod śniegu nadaję

Zasypało nas dokładnie i pięknie. Przez okno pięknie, bo dalej to już gorzej. Spod domu skrobać się trzeba, wcześniej odśnieżając z godzinę. Wczoraj wyjechałam po zakupy (z trudem), wróciłam i chciałam wstawić auto do garażu. Odśnieżyłam go dwa razy po czym wjechałam do garażu i odśnieżyłam jeszcze raz.
Jak się domyślacie, żyję, mam się dobrze i ogólnie jest rewelacyjnie. Wróciłam do karmienia piersią, dziecko szczęśliwe, ja nie mniej, a może nawet bardziej. I przede wszystkim jestem znowu w stanie wszystko w domu zrobić. Dziś już posprzątałam, wymieniłam kuwetę kocią 3 razy, wstawiłam pranie, rozwiesiłam, uprzednio składając wczorajsze, obcięłam Dominice paznokcie i podlałam kwiatki. Przy czym z godzinę jeszcze wertowałam internet.
W niedzielę chrzciny. Mam nadzieję, że nas nie zasypie, że Chrzestna dojedzie, bo ma kawałek, że nie zamarzniemy i w ogóle że ja się nie pomylę. Pamiętam, jak przed ślubem obudziłam się o drugiej w nocy i zasnąć nie mogłam, bo nie wiedziałam, co kiedy się mówi. Ale po książeczkę ze ściągą wstać mi się nie chciało. A teraz w jednym miejscu też się odpowiada rozbudowaną wersję, a nie „Amen” i znów mam stresa. Na szczęście wózek jednak wchodzi do bagażnika, w jedynej słusznej konfiguracji, ale wchodzi.

Trzeba być zdrowym, żeby chorować…

            …a jamiałam pecha, bo faktycznie potrzebowałam pomocy. Zaczęło się niewinnie, wponiedziałkowy wieczór. Bolały mnie plecy. Zdarza się, Dominika swoje już waży,około 5 kilo non stop podnoszone, noszone i odkładane niewątpliwie robi swoje.O północy nie mogłam znaleźć sobie pozycji wygodnej do karmienia. Rano było jużkoszmarnie. Mąż zapakował mnie w samochód i zabrał do lekarza. Owszem, przyjętomnie od razu, ku ogromnemu niezadowoleniu kolejki, bo jak to, a recepty?Podejrzenie kolki nerkowej, od razu skierowanie na badania, czekanie na niegodzinę i powrót do gabinetu. Powinnam wejść od razu, ale jakiś miły pan, niezważając na to, że zwijam się z bólu prosił, bym go wpuściła, bo on musirecepty przepisać, bo ona ma by passy i musi mieć te leki. Nie miałam sił siękłócić, wpuściłam. Na protesty męża pan nie zwrócił uwagi. U lekarzapotwierdzenie, że nerki, dostałam zastrzyk z No-spy i Ketonalu, czyli od razudostałam też zakaz karmienia przez dwa, trzy dni. A jak mi nie przejdzie, tomam jechać na pogotowie, a potem na SOR. Do wieczora nie przeszło, ale doszpitala nie pojechaliśmy, bo Domiś tak strasznie płakała, a ja nad nią, że sięzdecydowanie nie dało. Wzięłam drugi Ketonal i jakoś przetrwałam noc. W środęrano znów wylądowałam u lekarza, dostałam skierowanie do chirurga. Ale sięspóźniłam, godzina 12.30, drugi przyjmuje od 16. A w poczekalni już pełno.Kolejny miły pan wyliczył mi, że będę 8. Na to wszystko się rozpłakałam.Kolejka o tyle się ulitowała, że kazali mi iść na pogotowie. Ale… U nas nie działa,jak są lekarze pierwszego kontaktu. Znów mąż podjął decyzję, jedziemy doszpitala. Kolejna kolejka, kolejny płacz. Mogłabym rodzić jeszcze z pięć razy,bo mniej boli, niż mnie bolało we środę. Czekałam i czekałam, w końcu kolejkasię za mną wstawiła i mnie przyjęli. Zbadali, dali leki (I tu chwała lekarce,która mnie uspokajała, bo przyznałam, że psychicznie też siadam przez to, zeodstawiłam Małą), wysłali na badania. Przyszła do mnie pielęgniarka i zapraszamnie na salę. Na moje pytanie, czy jestem przyjęta do szpitala, odpowiedziałatwierdząco, na co ja oświadczyłam, że się nie zgadzam. Powiedziała, że mamsobie rozmawiać z lekarzem i trzasnęła drzwiami. Wróciła po chwili,podejrzewam, że lekarka jej powiedziała, że ma ze mną inaczej gadać, bo ja znówsię rozpłakałam mężowi w rękaw, o siebie, o Dominikę, której nie mogłamprzecież zostawić, o czas… Wyjaśniła, że chcą podać kroplówkę i zabierze mniena taką salę, gdzie to zrobią i wypuszczą do domu. Zgodziłam się, dostałamnawet takie miejsce, gdzie mogłam spokojnie pokarm odciągnąć. Kroplówka zeszła,poszłam rozmawiać z lekarzem. Mieli już badania. Wynik: bardzo duże zakażeniedróg moczowych i kolka nerkowa. Dostałam antybiotyk, Ketonal i No-spę forte izakaz karmienia przez okres 5 dni plus 24 godziny po zakończeniu antybiotyku.Pani doktor długo ze mną rozmawiała, uspokoiła mnie odnośnie karmienia,psychicznie mi pomogła bardzo, mówiła, że Mała się będzie najadać, ja sięwyleczę i wrócimy do normy, że ważne jest moje zdrowie, a krzywdy jej nierobię. Do domu dotarliśmy o 20. Po dwóch dniach męczenia się poczułam ulgę.
            Nie mamżalu do lekarza pierwszego kontaktu, choć szkoda, że od razu nie dałaantybiotyku. Ale nie wiedziała czy może, ratowała karmienie. Mam żal do osób wkolejce, które są najważniejsze na świecie, ich sprawy są nie cierpiące zwłoki,a drugi człowiek może robić, co chce. Mam żal do systemu, który każe wypełniaćróżne druczki i papiery, kiedy potrzeba udzielić pomocy. I w końcu mam żal dotej pielęgniarki, która traktując mnie, jak osobę obyta na SORze i znającą ichprocedury doprowadziła mnie do załamania.
            Dziśostatni dzień antybiotyku, jutro wracamy do karmienia piersią. Przez cały czas walczyłamo każdy mililitr ściągając ile się da. Boję się tylko, że Domik nie będziechciała wrócić do ssania, bo z butelki łatwiej. I mam wniosek. Ile się da, chcękarmić piersią, bo zrobienie butli w nocy to zadanie dla dwóch osób, bo inaczejDominika tak się złości, że nie sposób jej uspokoić. A pierś jest raz dwa. Możeodpocznę. Bo przez karmienie sztuczne, choć karmił mąż i odciąganie, nie miałamna nic czasu.

Ogłupiający wpływ reklam

    Pamiętam jeszcze dzieci, które były przekonane, że krowy są fioletowe, za sprawą reklamy czekolady. Miałam z nimi do czynienia w przedszkolu. Jak w kolorowance była krowa, to była fioletowa i już. Teraz reklamują mleko z “normalną” krową, więc nie jest źle. Ale chwilę potem możemy zobaczyć obraz łąki, sielanki i w ogóle cud miód i … margaryna. Koniecznie z masłem. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że dostajemy informację, że krowa daje mleko, a z mleka robi się masło. No teoretycznie tak. Tylko teoretycznie, bo po drodze od mleka do masła jest śmietana. Ze spożywczych wpadek to jeszcze mnie śmieszą jogurty, w których owoce zawsze są czyste, a truskawki wpadają do nich z ogonkami. A dzieci jedzące na śniadanie tylko krem czekoladowy są okazami zdrowia, szczupłymi okazami.
    Jedna pani z uśmiechem mówi do nas z ekranu, że ma śliczne piękne ząbki. Zawsze mi się wydawało, że w celu podkreślenia jakiejś cechy używamy słowa bardzo i jego stopniowania. Głupia ja. Tak samo wykazałam się bezdenną głupotą sądząc, że kawę parzoną pije się nie mieszając jej uprzednio przed każdym łykiem. Zostałam uświadomiona dopiero przy reklamie kleju do protez, gdzie inna pani z radością oznajmia, że po użyciu tegoż fusy z kawy nie dostają się jej pod zęby.
    Inną kategorią są reklamy banków, które chętnie dadzą kredytobiorcom dodatkowe pieniądze. I na pewno nie będzie ich trzeba zwracać, można by pomyśleć. Łaskawcy. Auta mają też dożywotnią gwarancję. I jakoś mi się nie widzi, że to gwarancja do końca życia właściciela, a auta, czyli jak się zepsuje to można gwarancję wywalić. Ale reklama jest bardzo dobrym źródłem informacji. A może dobrym poprawnym? Dobrym słusznym? Nie wiem, jak to napisać. Nie myślę w kategoriach reklamowych.

Mrrrroźnie

Pogłoski o tym, że u nas zamarzają elektrony są mocno przesadzone, cytując mojego męża z wczoraj. Ale miło nie było. O 5.35 UPS dał znać, że nie ma prądu. Niby nic, ale przy tych mrozach padł na nas blady strach. Bo ogrzewanie na prąd przecież to znaczy sterownik. Prądu nie było do 10, temperatura leciała na łeb na szyję, bo na polu -22. Domisię ubrałam w dodatkowe spodenki, chciałam jej ubrać sweterek, gdy prąd włączyli. Okazało się, że zerwało linię.
Dziś było jeszcze gorzej. Na termometrze. -26. Lwiątko charczało, prychało i wszelkimi sposobami mi okazywało, że ono woli cieplej. No w końcu zwierzę z innej strefy klimatycznej ;) Zmusiło mnie jednakże do ubrania czapki, a kto mnie zna, wie, że to jest bardzo rzadki widok.
Czas rozebrać choinkę. Pamiętam, że zawsze, jak byłam mała, żałowałam, że na mamy imieniny choinka jest, a na moje urodziny już nie. Teraz mi przeszło, choć tego okresu i tak żal.
Nie wiem, co z kotem. Daliśmy mu słoninę. I albo nie lubi, albo się już nie pojawia. Wierzę, że gdzieś się przytulił.
Umrzeć, tego nie robi się kotu… – to przyszło mi do głowy, gdy usłyszałam, że Wisława Szymborska nie żyje. A minuta ciszy po umarłych, czasem do późnej nocy trwa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz