czwartek, 10 grudnia 2015

50 twarzy Greya - recenzja subiektywna

E.L. James
Wydawnictwo Sonia Draga
Seria Pięćdziesiąt odcieni
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
2012 rok
608 stron



Zabierałam się, jak pies do jeża i... nie skończyłam. Zostało mi  70 stron, które skończę w najbliższym czasie. Nie, nie na siłę. Ale po kolei.
Zaczęłam i miałam ochotę rzucić. Ale słowo się rzekło, kobyłka i tak dalej, obiecałam recenzję, jak wyrazicie chęć, wyraziliście, to czytałam. Dopingował mnie Przyjaciel, który słuchał na audiobooku i lał ze śmiechu. To wzięłam się i ja jakoś rozsądniej. Na początku szło mi, jak po grudzie, język kiepski, fabuła jak z filmu porno. Ale potem... Zaczęło mi się podobać.
Christian jest słodki. Owszem, jest postacią popierniczoną, i to zdrowo, dewiant seksualny z niego pierwsza klasa, dla Freuda i innych tego typu przypadek idealny, ale jest poza tym słodki. Jego zakochiwanie się i wypieranie tego uczucia, próby racjonalizacji i umysłowe ucieczki czynią z niego osobę przeuroczą i dającą się lubić. Tak, lubię Greya, nie za wygląd, czy za kasę, ale za to, jaki jest cudownie słodki i niewinny. Dokładnie wiem, jakiego słowa użyłam. On może pieprzyć kobiety, może znać seks z każdej strony, ale uczuciowo jest niewinny. Nawet bardziej mi się podoba, niż Anastasia, która jest nowicjuszką na każdym z tych gruntów. Jej wewnętrzna bogini i podświadomość, które na początku mnie irytowały, są majstersztykiem opisywanie emocji i ich obrazowania. Do mnie przemawia i to bardzo robiąca gwiazdy bogini, czy prychająca podświadomość. To takie kobiece... I tego film nie ma prawa oddać i bardzo na tym traci. Tu widać, jak na dłoni psychikę kobiecą.
Jak już przy kobietach jesteśmy, to wiem, co one widzą w Greyu, prócz kasy. On jest zwyczajnie dżentelmenem, wymarłym gatunkiem i rycerzem na białym koniu. Tak poza seksualną sferą. Jest tak cudownie męski, nie, że brutalny, ale pozwala się czuć zaopiekowaną. A kobietom takim mężczyzn brakuje. Młodzi tak nie umieją, albo się wstydzą, a starsi, cóż, same ich tego oduczyłyśmy... A tęskni się za takim ramieniem do wsparcia się i wypłakania. Tylko ten cholerny mit silnej i niezależnej... A Christian nie pyta, on robi. Bierze, co chce i daje bardzo dużo. To chyba po części wyjaśnia fenomen zachwytu nad nim.
Erotycznie niestety książka mnie nie powala i przyznaję się bez bicia, że te fragmenty zazwyczaj omijam. Skusiłam się na scenę seksu oralnego, gdzie Christiana ze zdziwienia zatyka i się nie odzywa. Facet mnie drażni niemiłosiernie kazaniami w trakcie seksu. Może i to pasuje do kreacji postaci, ale... mnie burzy wszystko i jakby mi tak facet gadał, to bym wywaliła. Te fragmenty są więc dla mnie mało realne i mocno fikcją zalatują. Poza tym są słabe językowo, ale z drugiej strony, trudno o elokwencję przy seksie. A z trzeciej... Czytałam Tolkiena w przekładzie Łozińskiego, a potem drugi tom Skibniewskiej (nie, nie wsadzam kija w mrowisko). Jak pierwszy mnie powalił na kolana, tak drugi odstraszył. Bronię więc języka, póki nie zobaczę oryginału, bo wiem, że tłumacz może zepsuć wszystko.
Fabuła nie jest tylko erotyczna. Książka kipi seksem, jasne, wszak to literatura erotyczna, ale nie jest to sam seks. Autorka ma pomysł i go bardzo dobrze realizuje, odkrywając po kawałku. Ujawnione korzenie całej sytuacji wbiły mnie w ziemię, a potem jest podobno jeszcze ciekawiej. Czytam więc z zaciekawieniem i podoba mi się. Nie zachwyca, podoba, w ramach lektury lekkiej (hm.. zobaczymy, co będzie dalej z historią Christiana) i przyjemnej. Może i jestem jak blondynka oglądająca porno z nadzieją na happy end, ale... Nie każdy happy end to ślub, tu może to być... cii ;)

A na dowód tego, że mi się podoba:



W oryginale, żeby móc ocenić język. Używki, żeby na niedwyrężyć budżetu. W każdym razie chciałam przeczytać, żeby wiedzieć, co krytykuję. Trafiłam na coś, co z głównego przesłania mi nie zostawiło nic do zachwytu, za to z historii ukrytej dużo do przemyśleń. Dać pedagogowi książkę o seksie... Ech... Za relację od strony Christiana wezmę się z jeszcze większą przyjemnością. Ciekawe, co jemu w głowie siedzi...

8 komentarzy:

  1. Mnie nie powaliła ale recenzja zacheca żeby spojrzeć na to z innej perspektywy. Może się skuszę i przebrnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo ja jak zawsze od drugiej strony muszę ;) inaczej bym nie przebrnęła

      Usuń
  2. Ja powiem szczerze Greya przeczytałam z przekory bo mnie drażnił ten cały szum i był to szum o nic. Bo jakby nie powiedzieć słabe to to. Później przez przypadek natknęłam się na bliźniaczą konkurencje Greya w dodatku z efektami specjalnymi (jak można nazwać główną bohaterkę) i powiem, że jednak wolę Crossa. I to i to nie zalicza się do wyżyn literatury bo język to istna porażka, ale idzie poczytać w ramach nudów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam tytuł, ale nie wiem co jak i na co ;)
      No to właśnie takie na odmóżdżenie

      Usuń
    2. Tytuły tej serii o Crossie są faktycznie z samych wyżyn półki w sklepie porno :D ale czytając recenzje to chwalą tło, bo bohaterowie są jacyś i mają jakąs historię, więc może, może..

      Usuń
    3. Osobisty mnie z domu wywali, a Przyjaciel od czci i wiary odsądzi. Chyba nie zaryzykuję. Jeszcze mi się spodoba ;)

      Usuń
  3. Przeczytałam tę trylogię zaraz po premierze i specjalnie mnie nie zachwyciła ;) Aczkolwiek do dziś jest fajną odskocznią od codzienności, kiedy chce mi się poczytać w wannie coś innego, niż książki o fotografii :) Tom pisany z perspektywy Grey'a kupiłam we wrześniu i po przeczytaniu przeraziłam się- tylu błędów w polskim tłumaczeniu nie widziałam nigdy! Stylistyka, ortografia i wszystko, co ważne poszło w las i nie wróciło. Jeśli już, to czytaj tylko w oryginale ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jednak miałam dobre przeczucie, że coś jest na rzeczy z tym językiem...

      Usuń